Filip Paluch: Raport spod Ostrej Bramy

Wyprawa na Wileńszczyznę, w której uczestniczyłem w dniach 5-9 lipca na długo zostanie mi w pamięci. Organizowana przez Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Krakowie, związana była z 70 rocznicą akcji „Ostra Brama”. Nie chciałbym jednak skupiać się tutaj na jej historycznym i edukacyjnym charakterze, gdyż rzeczą która urzekła mnie najbardziej jest sama Wileńszczyzna.

5 lipca w godzinach wieczornych przekraczamy granicę z Litwą. Świat po tamtej stronie niezbyt różni się od naszego. Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy jest dużo mniejsze zaludnienie, z okien autokaru widać ciągnące się po horyzont pola i lasy. Gdzieniegdzie przy drodze pojawiają się domy, których w dużej części obecnej Polski (czy też Korony jak zwykli mówić Polacy mieszkający na Litwie) już się nie uświadczy. Parterowe chałupy otoczone są pięknymi ogrodami, które zdają się kwitnąć bez wyraźnej ingerencji ludzkiej dłoni. Często tuż obok pięknych kwiatów uprawiane są warzywniaki, które żywią mieszkańców. Ponoć na Litwie nie ma dużego bezrobocia, co związane ma być przede wszystkim z masową emigracją. Z perspektywy autokaru jadącego przez litewskie bezdroża ciężko szukać innych przyczyn, gdyż nie sposób zanotować oznaki jakiegoś znaczącego rozwoju gospodarczego. W tym przypadku „bezdroża” nabierają znaczenia dosłownego, gdyż znaczna część dróg lokalnych to drogi bite. Tworzy to piękny krajobraz pustkowia, które przemierzając, zostawiamy za sobą kilkuset metrowy ogon unoszącego się pyłu. Zachodzące słońce w sposób magiczny ociera się o tę kwitnącą ziemię. Pierwszego dnia lepiej dostrzegać w tym krajobrazie czyste piękno i nie myśleć o biedzie, która kryje się po małych wioskach rozrzuconych pomiędzy lasami.

Jerzy Widejko pod Ostrą Bramą

Jerzy Widejko pod Ostrą Bramą

6 lipca rozpoczyna Msza Święta w kościele Św. Teresy, tuż przy Ostrej Bramie. Świątynia pęka w szwach, uczestnikami są jednak ludzie w średnim i podeszłym wieku. Kilka pocztów sztandarowych partyzantów z AK. Wśród nich uczestnik wyprawy, Jerzy Widejko, który jako 11-letni chłopak dołączył do III Wileńskiej Brygady AK „Szczerbca”. Na ramieniu ma biało-czerwoną opaskę z wyszytą nazwą jego oddziału. Na piersi zawieszonych kilka medali, nad nimi góruje ryngraf z Matką Boską Ostrobramską. Kazanie w Kościele Św. Teresy przejmuje do głębi. Widać w nim rozgoryczenie sytuacją Polaków na Litwie, żal do rodaków ale przede wszystkim organów RP o brak pomocy i zainteresowania. Nie oszczędzono również „letnich” kapłanów, do których skierowano gorzkie słowa. W tym wszystkim widać jednak nadzieję, determinację i wolę walki choć bez wyraźnych perspektyw na zwycięstwo. Kazanie bardzo emocjonalne porywa i mnie, po zakończeniu w świątyni rozlegają się brawa. Zaczynam czuć, że wizyta na Wileńszczyźnie zmieni moje podejście do kwestii ziem utraconych po II wojnie światowej. Do tej pory bez zapału podchodziłem do zagadnienia rewizji granic, uznawałem historyczny fakt wyodrębnienia się niezależnych narodów, które dawniej współtworzyły Rzeczypospolitą, krytykowałem nawet koncepcję ekspansji Wielkiego Narodu autorstwa Adama Doboszyńskiego. Teraz jednak emocje wzięły górę nad realizmem, w niektórych rejonach Polacy stanowią po 60, 70… 90% mieszkańców. Na ulicach Wilna często słychać ojczysty język, w samym mieście po licznych wysiedleniach i rugowaniu, Polacy stanowią wciąż koło 20% mieszkańców.

Uroczystości na Rossie

Uroczystości na Rossie

Po Mszy odbywają się uroczystości na cmentarzu na Rossie. Przemawiają kombatanci i przedstawiciele Polaków na Litwie. Ogółem w uroczystościach uczestniczy około 200 osób. Żar leje się z nieba, temperatura w słońcu jest zabójcza, stoję jednak nieprzerwanie trzymając polską flagę. Ukradkiem spoglądam na kombatantów, Ci stojący w słońcu rozluźniają krawaty i rozpinają koszule, ocierają nerwowo pot z czoła. Podczas składania kwiatów pod jednym uginają się nogi i upada. Smutny to widok, który częściowo przyćmiewa piękny śpiew chóru i delegację wileńskich harcerek. Po uroczystościach wizyta na cywilnej części cmentarza, jestem nieco zdegustowany jego wyglądem i brakiem uporządkowania, nie wiem jednak że przy kolejnych odwiedzanych nekropoliach, ta zdawać się będzie harmonijną i piękną.

W drodze powrotnej przy grobie Piłsudskiego, spotykamy bardzo zgarbioną, malutką kobiecinę, która z uporem recytuje kolejne wiersze na cześć Marszałka. Patrząc na jej pomarszczoną twarz można by sądzić, że rzeczywiście mogła mieć szansę spotkać go osobiście i to nie jako małe dziecko. Ogólnie zaobserwować można dużą sympatię do Piłsudskiego i muszę przyznać, że mnie jako nacjonalisty to nie razi. Z pewnością spowodowane jest to sentymentem za dawnymi czasami, może za nim samym. Już dawno stwierdziłem, że krytykę tej postaci należy zostawić publikacją naukowym i akademickim dyskusją. Naród potrzebuje odwoływać się do jakiejś postaci, osobowego symbolu, którym niewątpliwie stał się Piłsudski. Nie powinno się tego negować lecz w formie pozytywnej mówić o zasługach i tradycjach obozu narodowego. Prosty człowiek nie zrozumie sensu negacji mitu Marszałka.

Kolejnego dnia odwiedzamy miejscowość Krawczuny gdzie stoczyła się bitwa z wycofującymi się  Niemcami, podczas operacji „Ostra Brama”. Dojazd do wsi liczącej zaledwie parę chałup prowadzi przez bite drogi. Wieś położona jest w lekkim zagłębieniu terenu pośrodku pól, parę kilometrów dalej rozpościera się las. Zapach ziół i lekki powiew wiatru nadaje temu miejscu idylliczny charakter, zdaje mi się że jedna noc spędzona w pobliskiej chałupie byłaby o niebo lepsza od każdej spędzonej w najbardziej nawet luksusowym hotelu. Wyobrażam sobie otwarcie okna o poranku i uderzający w nozdrza zapach ziół na polach i rosnących wokół chałupy kwiatów.

Uroczystości w Krawczunach

Uroczystości w Krawczunach

Znów pojawiają się kombatanci i poczty sztandarowe, tym razem jest nas mniej, może niecała setka. Uroczystości mają miejsce przy małym pomniku upamiętniającym największe bezpośrednie starcie polskich oddziałów z Niemcami, podczas operacji „Ostra Brama”. Pomimo ogromnej niemieckiej przewagi udało się wyeliminować z dalszych walk około 1000 wrogich żołnierzy.
Musiał być to bój pełen determinacji i poświęcenia. Walczący partyzanci musieli wierzyć w zwycięstwo, musieli wierzyć w sens „Burzy”, która miała wyzwolić tereny spod hitlerowskiej okupacji i uchronić je od kolejnej – sowieckiej. Czy gdyby wiedzieli jak potoczy się historia to czy podjęli by walkę?  Zamiast defilad i orderów czekały ich więzienia i wywózki w głąb czerwonego imperium. Ich bohaterstwo jednak zawsze będzie napawało dumą kolejne pokolenia.

W drodze do autokaru znów spotykamy starą kobietę, która opowiada nam o sytuacji Polaków na Wileńszczyźnie. Nie mówi jednak o dyskryminacji czy prześladowaniach lecz o biedzie, braku pracy i masowym wyjeździe młodych. Jest jednak pewna ich powrotu w rodzinne strony. Po jej zniszczony dłoniach i zgarbionej postawie widać, że jej życie nie jest łatwe i dostatnie. W jej oczach widać jednak radość, radość tego rodzaju, której nie zdobędzie się dzięki luksusom i łatwemu życiu.

Jakże jej postawa jest daleka od naszej, jak jej spojrzenie inne jest od spojrzeń dużej liczby starców w moim Krakowie. Myślę o tym, że chciałbym na starość właśnie tak spoglądać na świat.

Jerzy Widejko w Miednikach Królewskich, miejscu swojego uwięzienia

Jerzy Widejko w Miednikach Królewskich, miejscu swojego uwięzienia

Kolejnym punktem podróży są Miedniki Królewskie, gdzie w ruinach zamku przetrzymywani byli przez sowietów polscy żołnierze. Wśród nich był Jerzy Widejko (pseudonim „Jureczek”), który opowiada o warunkach jakie mieli w tym miejscu. Nocleg na gołej ziemi, jedzenie takie by wywołać dyzenterie.
Mówi o ukrytym przez niego w gruzach muru pistolecie. Jego oczy są niesamowicie błękitne pomimo przykrywającej je mgiełki. Staram się znaleźć w nich żal, gorycz czy nienawiść. Bez skutku.

Jedziemy dalej polną drogą do Zułowa, miejsca urodzin Piłsudskiego. W takim terenie nie ma co liczyć na nawigację. Zatrzymujemy się przy jednym z 

domów. Nie dziwi nas, że wychodzi z niego Polka i wskazuje nam prawidłową drogę. Do autokaru wsiada z nami wiejski dziad, który ma pełnić rolę przewodnika. Ma koło 65 lat, długą siwą postrzępioną brodę, w prawej ręce trzyma kij, którym się podpiera. Z racji swojego doświadczenia, wynikającego z wielokrotnych pobytów na Litwie,  rozmowę prowadzi z nim Jerzy Widejko. Gdy zapytałem go w jakim języku mówił chłop, nie potrafił odpowiedzieć. „Trochę po litewsku, trochę po białorusku, niewiele zrozumiałem. Mówił po wsiowemu.” To zapewne był jeden z tych ludzi, którzy zapytani w spisie ludności o narodowość odpowiada: tutejszy, swój, stąd.

Zułów

Zułów

Zułów jest bardzo skromnym miejscem położonym jak większość tego typu miejscowości, pośrodku niczego. Innowacją są jedynie pozostałości po jakiś magazynach. Na miejscu jest duża tablica pamiątkowa informująca, że tu mieszkali Piłsudzcy. Pośrodku rośnie duży dąb pamięci. Tuż obok kilkanaście tablic ku czci polskich patriotów, przekrój jest dość szeroki. Za każdą z nich sadzonki drzew, sądząc po ich wysokości zasadzone dość niedawno. Jedziemy dalej do Powiewiórek gdzie stoi drewniany kościół, w którym ochrzczono Piłsudskiego. Informuje o tym tablica zawieszona pod chórem. Docieramy na uroczystości w Kolonii Wileńskiej gdzie odbywa się Msza w pięknym drewnianym kościółku pod wezwaniem Chrystusa Króla, potem krótkie uroczystości na cmentarzu parafialnym gdzie spoczywają ciała poległych. Znów te same twarze kombatantów, znów jeden z nich mdleje. Kilku musi usiąść na grobach swoich przyjaciół. Mimo wycieńczenia przyjechali by oddać cześć poległym kolegom.
Ich obecność sprawia, że jest mi wstyd za to że w myślach wyklinałem trudy podróży.

Rzeczą na którą zwracałem szczególną uwagę we wszystkich odwiedzanych miejscach, były ich polskie akcenty. Na próżno szukać dwujęzycznych nazw miejscowości, polskie są jedynie nagrobki,  ogłoszenia w kościołach pisane są po polsku i litewsku, również niektóre z tablic pamiątkowych opatrzone są polskimi napisami. Odetchnąłem z ulgą widząc dwujęzyczne tablice w Wilnie informujące o miejscu zamieszkania, pobytu czy odosobnienia, Adama Mickiewicza. To że pod wieloma z nich umieszczono cytat z Inwokacji „Litwo Ojczyzno moja…”  bardziej mnie bawiło niż drażniło. Ciężko po tak krótkim pobycie mówić o Litwinach jako takich. Mnie nie spotkała z ich strony żadna przykrość jednak kontakt miałem z nimi tylko podczas wizyt w sklepach. Początkowo z przyzwyczajenia zwracałem się do nich w języku angielskim, jednak było to zbędne gdyż większość z napotkanych znała dość dobrze język polski. Problemy w kontaktach polsko-litewskich zdają się być problemami centralnymi, które często są upolityczniane. Faktem jednak jest, że problemy te istnieją i dopóki nie zostaną rozwiązane w duchu wzajemnego szacunku i miłości do wspólnej ziemi, to ciężko będzie mówić o prawdziwym porozumieniu. Na wsiach jednak tracą one na znaczeniu, bieda zdaje się integrować wszystkich.

Miejsce pamięci w Ponarach

Miejsce pamięci w Ponarach

Ostatnie uroczystości miały miejsce 8 lipca w Ponarach. Były to najbardziej przygnębiające obchody. Mój stosunek do sposobu przedstawiania martyrologii polskiej jest ambiwalentny, uważam że jak najbardziej należy upamiętniać i niejako czcić miejsca męczeństwa polskiego, jednak nie należy robić z tego narodowej religii. Niekiedy można się spotkać z traktowaniem polskiej martyrologii na sposób żydowski. Postawy nasze nabierają wtedy znamion cierpiętnictwa, Naród staje się w naszym pojęciu męczennikiem a my przypominamy sobie o ideach mesjanizmu. To niezbyt napawający dumą i motywujący do działania mit narodowy. Historia pozostaje jednak historią choć to od nas zależy jak będziemy ją pojmowali. Czy w partyzantach biorących udział w operacji „Ostra Brama” widzieć będziemy beznadziejny zryw męczenników, którzy szli na śmierć, bo taka nasza dziejowa rola, czy też może dumnych bohaterów, którzy rzucili się w bój, woląc zginąć z bronią w ręku niż w stalinowskich i hitlerowskich więzieniach. Romantyków, którzy zerwali się do walki nie przeliczając sił na zamiary czy też może ludzi, którzy posiadając wszelkie przesłanki ku temu by mieć nadzieję na zwycięstwo, zagrali vabank – zwycięstwo lub śmierć.

 W Ponarach zamordowano około 100 tysięcy osób, spośród których około 20 tysięcy stanowili Polacy. W zbrodni aranżowanej przez SS brały udział oddziały Litewskie. Żydom poświęcono duży pomnik tuż przy wejściu na miejsce masakry, kolejny w centralnym miejscu lasku, pośród alejek. Obok niego budynek z małą wystawą przedstawiającą metody eksterminacji Żydów. Żydzi doczekali się oficjalnych przeprosin ze strony władz państwowych Litwy.
Polakom pozostawiono miejsce na uboczu tuż przy torach. Betonowy murek otacza kołem pomnik ku czci pomordowanych Polaków, jego kształt ma charakter ołtarza. Za nim wmurowane tablice z nazwiskami części ofiar. Na uroczystościach obecni są po raz kolejny różni przedstawiciele, Rodzina Ponarska, kombatanci. Przejeżdżające nieopodal pociągi zagłuszają część przemówień.

Uroczystością znów towarzyszy chór, a one same kończą cykl tej części wszystkich obchodów, stąd podziękowania i wdzięczność za obecność. Tym razem mdleje chyba kapłan, który przyjechał z Kraju.

Tatarska nagrobek z polskim napisem

Tatarski nagrobek z polskim napisem

Podczas dalszej podróży odwiedzamy jedną z tatarskich miejscowości. Lud ten, od wieków zamieszkujący tereny Rzeczypospolitej okazał się niesłychanie wiernym naszej Ojczyźnie. Stanowiąc integralną część społeczeństwa polskiego, zachował swoje zwyczaje i religie. Współcześnie ciężko posądzać Tatarów o litewską tożsamość narodową. Wielu z nich mówi po polsku, zachowany został zwyczaj opisywania nagrobków w języku polskim. Cmentarzyk znajdujący się obok malutkiego, drewnianego meczetu, zarośnięty jest trawą sięgającą po kolana. Kilometr dalej mieści się współczesna nekropolia, na której odbywają się bieżące pochówki.

Jedziemy dalej. Kolejny przystanek ma miejsce w miejscowości, w której w międzywojniu 99% mieszkańców stanowili Polacy. Sytuacja zmieniła się po 1945 kiedy to zorganizowano litewskie osadnictwo i przesiedlono część Polaków. Jeden z uczestników naszej wyprawy wywodzi z tego miejsca swoje korzenie. Opowiada nam gdy w 1989 r. pewien młody chłopak wywiesił polską flagę na urzędowym maszcie. Ponoć spowodowało to zjazd licznych sił policyjnych, które rozpoczęły dochodzenie w tej sprawie. Sprawcy nie znaleziono, a ten postanowił się nie ujawniać – jak widać, przynajmniej oficjalnie.

Wizyta na Wileńszczyźnie zapewne odciśnie na mnie duże piętno. Sytuacja Polaków na dawnych Kresach bez wątpienia wymaga poprawy. Żywioł polski musi być wzmacniany działaniami z Kraju zarówno dla poprawy bytu rodaków, jak i utrzymaniu polskości tych ziem. Świadomość tego, że w okręgu wileńskim Polacy stanowią ogrom jego mieszkańców powinna zmienić postrzeganie tych ziem jako „bezspornie litewskich” o czym próbują przekonywać władze Litwy. Ciężko jednak znaleźć oficjalne statystyki będące obiektywne, gdyż komu może zależeć na prawdzie? Nie wiem czy po tej podróży stanę się zwolennikiem rewizji polskich granic, czy na ulicznych manifestacjach będę wznosił okrzyki domagające się powrotu Wilna do macierzy. Zapewne będę jednak postrzegał sprawy okręgu wileńskiego z większą rozwagą, inaczej odniosę się do idei ekspansji kulturowej Wielkiego Narodu, o której pisał Doboszyński. Jestem jednak pewien, że by mówić o powrocie Wileńszczyzny do Polski, należy najpierw ją odwiedzić i przez długi czas analizować poznane z autopsji problemy regionu.
By mówić o szowinistycznych Litwinach czy Ukraińcach należy przyglądnąć się sytuacji z bliska, przeanalizować ją na wszystkie możliwe sposoby, popatrzeć obiektywnie, i dopiero zająć stanowisko. O tym, że świat nie jest czarno-biały świadczy anegdota opowiedziana mi przez Jerzego Widejkę, który przemierzając świat w mundurze polskiego żołnierza, podczas tego wyjazdu nie spotkał się z żadnymi nieprzyjemnościami, a będąc w latach wcześniejszych na Ukrainie kilka razy proszony był o wypicie zdrowia za przyjaźń polsko – ukraińską, raz nawet zasalutowali mu tzw. Banderowcy.
Świat zdecydowanie nie jest czarno – biały.

1 comment

Get RSS Feed

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.