Trzecia Droga

Portal Nacjonalistyczny

Dawid Kaczmarek: Z Pamiętnika Szczura #10

Człowiek jest taką istotą, która tak długo jak nic złego wokół niej się nie dzieje, w ogóle nie zastanawia się nad jakimikolwiek poważnymi sprawami. Jak jest w tym wypadku z Tobą? Czy kiedykolwiek siadłeś sobie po męczącym dniu i wróciłeś pamięcią do dawnych wydarzeń, próbując przypomnieć sobie to co spotkało Cię w życiu najgorszego? Z jakimi złymi rzeczami musiałeś się w życiu zetrzeć- przechodząc przez jego kolejne etapy i rzucane Ci pod nogi przeszkody? Z resztą, może żeby było trochę łatwiej, zapytam inaczej. Jak dobrze znasz ból? Czy czułeś w życiu kiedyś taki mocny, naprawdę mocny ból? Chodzi mi o ból, który nie mija po tabletkach- nawet tych zapijanych drogim i markowym alkoholem. Chodzi o ból- tak wielki i mocny, że masz już wszystkiego dosyć. Ból, po którym pragniesz po prostu ze sobą skończyć, dać za wygraną i przestać już biec. Odejść. Ból ten pali. Pali tak prawdziwie, że zmienia człowieka nie do poznania. Zniekształca jego istotę. Wykoślawia ją. Wypala z niego do cna duszę i wszystko co w nim dobre i wyjątkowe. Wszystko co sprawia, że jest on zdolny nie tylko do miłości i do wiary, lecz także do walki o rzeczy wyższe i większe niż on sam i wszystkie jego doczesne potrzeby wzięte razem w tym samym momencie.

Taki właśnie wtedy byłem. Właśnie to wyniosłem ze sobą z więzienia, o którym Wam wcześniej opowiadałem. Wolny i cały- ale nie nienaruszony. Żywy- ale mimo wszystko trup. Trup- z rozwaloną psychiką i umarłym umysłem. Miałem wiele ran na całym ciele. Jedna z nich szczególnie się wyróżniała: wielka szpetna szrama na lewym policzku. Paskudne. Złamano mnie. Mentalnie też. To mnie wtedy chyba najbardziej męczyło. Tego najbardziej się wstydziłem. Moja świadomość? Przetrwała. W kawałkach. Rozbito ją. Nie na setki, lecz na tysiące małych kawałków, których nie sposób już było złożyć w jedną całość. Kawałki, cząstki, części- znalazłem się na granicy. Granicy tego co prawdziwe i nieprawdziwe, tego co żywe i martwe. Żywy- umarły, rzeczywistość- fikcja. Taniec na linie. Danse macabre. Gdzie byłem? W którym miejscu byłem na serio? Czy byłem? Czy w ogóle byłem? Nawet jeśli tego nie mogłem być wtedy do końca pewien to wiedziałem przynajmniej, że była przede mną pewna lina. I owszem. Lecz nie nad przepaścią- tylko w jej środku, na samym dnie, daleko pod ziemią- bez dostępu do słońca i nadziei. Bez żadnych widoków na to by wydostać się na powierzchnie. Z resztą nawet jeśli, nawet jeśli ktoś dałby mi szansę to nie wiem czy bym wtedy skorzystał. Żyłem- ale tego nie chciałem. Żyłem ale czułem do siebie taką odrazę, że rzygać mi się chciało po każdej nocy, którą przetrwałem. Uratowano mnie- ale jaki to miało sens? Skoro w ten sposób jedynie wypełniono czyiś wcześniej ustalony plan. Więzienie odniosło sukces, bo wryło mi w głowę głęboką nienawiść do samego siebie. Chciałem umrzeć. Nie dbałem o nic i o nikogo. Miałem gdzieś to co się ze mną stanie i chciałem by inni też w końcu zostawili mnie w spokoju.

Pierwsze dni, tygodnie czy nawet miesiące od mojego odbicia- nie pamiętam z nich niczego konkretnego. Od momentu kiedy mnie uratowano- w mojej głowie wyrosła jedna wielka, czarna plama. Czułem się jakby ktoś na starannie zapisane stronice moich wspomnień wylał butelkę gęstego, ciemnego atramentu. Pochłonął on wszystko- dosłownie wszystko. Była więc tylko ciemność- tak jak poprzednio, choć była to ciemność zdecydowanie innego rodzaju. Niejednorodna. Przeplatana wspomnieniami z więzienia. Wspomnieniami- czy raczej koszmarami; tak bardzo żywymi i realistycznymi. Koszmarami w których postacie rzeczywiste mieszały się ze złudzeniami- z tym czego się bałem, lub z tym co roiło się w najgłębszych zakamarkach mojego umysłu. Fikcja w tych warunkach pęczniała; rosła i rosła nabierając unikalnych cech, kolorów i właściwych odruchów- stawała się rzeczywistością. Tak bardzo cholernie rzeczywistą. Koszmary, które tak dokładnie pamiętałem jeszcze od czasów mojego dzieciństwa- stały teraz koło mnie- od tak na wyciągnięcie ręki. Tuliły mnie do snu, śpiewały mi kołysankę stojąc nad moim łóżkiem, trzymały nade mną wartę- blokując dostęp światła i nie pozwalając mi na powrót. Drogie koszmary- a może drodzy bracia? Przez to co zrobili mi w więzieniu, stałem się jednym z was i nie miałem ani sił ani chęci by to zmienić. Otępienie w jakie wtedy wpadłem- było moim własnym, skrojonym na moją miarę i potrzeby. Ten marazm zapewniał mi bezpieczeństwo i wygodę. Zombie- ten który wyrósł z rzeczywistości w jakiej żyliśmy, ten sam przed którym nie raz mnie ostrzegano, stał się wówczas częścią mnie, kładąc swoją ciężką, włochatą łapę na moim sercu, ściskając je i pozbawiając mnie niezbędnego do życia tchu.

********

Żyłem tak. Przez całe dni, tygodnie, czy nawet miesiące. Byłem w letargu; żeglowałem daleko po odległych zakamarkach mojej wyobraźni i swoich własnych myśli. Byłem tylko ja i ciemność. Ciemność- bo w więzieniu wtedy mnie nią zarażono i wkuto ją w płyty mojego własnego ja. Sprzężono ją z moją osobowością i już na zawsze wzajemnie związano nasze losy. Na wierzch wydobyto moje cieniste odbicie. I w tym leżało ich zwycięstwo. Nic jednak na tym świecie nie jest ostateczne. Nie ma ciemności bez światła. Żeglarz, który spędza lata poza domem, żyjąc sam na sam z bezkresem oceanu, raz na jakiś czas, prędzej czy później wraca do portu, do domu, do ludzi. Do rodziny? Nawet jeśli nie ma na tym świecie nikogo- musi mieć taką osobę przy której czuje się dobrze. Choćby ten jeden raz na dekadę, jeden raz w całej erze, czy eonie tego zaburzonego świata- siłą rzeczy znajdujesz się blisko swojego własnego centrum- blisko miejsca, w którym granica z rzeczywistością i najczystszym duchem staje się płynna. Widocznie i ja wtedy musiałem też znaleźć się w takim momencie mojego rejsu. Być może był to właśnie ten port; jeden na sto, w którym to usłyszałem ten niezwykły dźwięk. Słodki, anielski, kojący- dźwięk, który z otwartymi szeroko ramionami, zapraszał mnie z powrotem. Do siebie. Do życia. Do tego by raz jeszcze spróbować otworzyć oczy. Dawał nadzieję. Dawał niezwykłą nadzieję, na której wspomnienie dziś lecą mi gęste łzy. I otworzyłem je. O tak. To w tym miejscu zdecydowanie powinna się rozpocząć moja właściwa historia.

Oczywiście: nie wyszło mi to wszystko idealnie tak od razu. Sami rozumiecie: po takiej śpiączce- trochę mi zeszło. Musiało. Najpierw jedno oko, potem drugie. Muzyka cały czas trwała- i to nie byle jaka! Nie z tego świata! Otworzyłem oczy i lekko się poruszyłem. Zaczęło do mnie powoli powracać światło, a wraz z nim nieśmiało do mojej głowy wdzierał się już obraz. I to całkiem konkretny. Leżałem na jakimś łóżku, cały przewiązany bandażami i opatrunkami. Na skraju siedziała odwrócona do mnie plecami dziewczyna o ognistych włosach. Była naga. Patrzyłem zafascynowany, lekko nie dowierzając, jak zwinnie przesuwała palcami po strunach zabytkowej wiolonczeli. Raz jedna, raz druga; grubsza i cieńsza, raz nad, raz pod. Ręce, które tworzyły taką muzykę musiały być święte. To wtedy pochodziło prosto z jej serca. Ten dźwięk- to ona wezwała mnie z powrotem do życia. Czy to magia? Bo jeśli nie magia to co? Jak inaczej to wytłumaczyć? Wróciłem tu tylko dzięki niej.

-… Dominika?– zapytałem niepewnie

Wszystko wskazuje na to, że mój stan w tamtym momencie musiał być naprawdę ciężki- bo swoim powrotem sprawiłem jej nie lada niespodziankę. Z krzykiem zaskoczenia wypuściła z rąk wiolonczelę i zapominając na chwilę o własnym wstydzie, gwałtownie się do mnie odwróciła. Niemalże w tej samej chwili na jej twarzy pojawił się wyraz tak ogromnego zdziwienia, do którego dołączyły łzy prawdziwego i szczerego szczęścia. Czystego jak najpiękniejszy górski kryształ. Nie dało się wówczas zaznać bardziej rzeczywistego uczucia na całym świecie. Rzuciła mi się na szyję:

Au! Uważaj. To chyba szwy- nie byłem zbytnio pewien tego; gdzie jestem i tego w jaki sposób opatrzono moje rany

Jej przepraszam! Z tego wszystkiego kompletnie zapomniałam. Boże! Tak się cieszę. Wreszcie wróciłeś. Żyjesz!- powiedziała, przełykając naprędce napływające jej do gardła łzy

Tak. Chyba tak. Będziesz mi musiała wszystko opowiedzieć. Nic nie pamiętam i nie wiele więcej z tego wszystkiego rozumiem…

Zgodziła się. Ale był jeden warunek: musiałem się ubrać. To znaczy: najpierw ona, bo dopiero w tamtym momencie zrozumiała w jak dziwnej sytuacji się przede mną znalazła. I to jak blisko. Potem ja. Byłem wobec tej tak prostej czynności bezradny jak dziecko. Ja- jeden z dowódców Szczurów! Nie byłem w stanie nawet zapiąć guzików w koszuli. Jak mogłem do tego doprowadzić? Zacząłem się tego wstydzić, ona nawet jeśli to zauważyła- nie skomentowała ani słowem. Po wszystkim podała mi tylko rękę- wstałem z łóżka i powoli wyszliśmy z domu.

Gdzie byłem? Wraz z pierwszym krokiem za próg, uderzył mnie niezwykły zapach drzew. Tak, to było najpierw. Zdecydowanie. Potem dołączył do tego: na początku lekko słyszalny, potem z minuty na minutę, coraz głośniejszy śpiew ptaków. Dawno nie słyszałem już tego odgłosu. W mieście: spaliny i trucizny generowane przez zależny od partii przemysł skutecznie odstraszały jakiekolwiek zwierzęta. To co to jest w takim razie za miejsce? Niczym nie przypominało tego z czym do tej pory miałem do czynienia. Coś jak uzdrowisko. Raj na wyciągnięcie ręki czy może jednak pensjonat dla bezużytecznych? Tak wiele pytań… i tak mało odpowiedzi. Jak długo jeszcze?

Co to za miejsce? I jak…? Jak tu się znalazłem?

– Umm… to nie takie łatwe. Nic nie pamiętasz?

– Niewiele

Kiedy Cię odbito… Kiedy Cię odbiliśmy, bo ja przecież w sumie też tam byłam. Byłeś w mega ciężkim stanie. Rany i złamania. Ledwo Cię poznałam… Ale nie to było najgorsze: coś Ci musieli podać, jakieś narkotyki, wiłeś się i szarpałeś, nie chciałeś żeby Cię zabrać. Kopnąłeś jednego z chłopaków w głowę kiedy chciał Cię podnieść. Mówiłeś o jakiś wizjach, kształtach. Miałeś takie puste oczy… Byłam przerażona, przekonana że nie zdołamy Cię dowieźć w jednym kawałku

– Podano mi coś? Nic nie pamiętam- nawet moment jazdy w konwoju, nawet to jest teraz takie niejasne, poszarpane…

– Dostałeś jakiegoś szoku; obficie krwawiłeś z tej rany na policzku. Byłeś w amoku. Człowiek, który przedstawił nam się jako Komendant- dał Ci coś co miało zadziałać jak antidotum, ale doprowadziło jedynie do silniejszego wstrząsu, z którego wynikła ta cała śpiączka. Leżałeś tu parę dobrych tygodni. Ja… Nawet straciłam poczucie czasu- zaczęli mi mówić, że możesz się nie obudzić…

Ale się obudziłem… I żyję. Chyba- nastała kłopotliwa cisza, która zaczęła się przedłużać-Jest tu jakaś woda? Niedaleko?- Woda? W takim momencie? No co. Nie oceniajcie mnie- jakoś musiałem zmienić temat, a że w słaby sposób? No cóż- jak zobaczycie dalej- kwestii na które nie umiałem odpowiedzieć miało być co raz więcej i więcej.

-Woda? Yyy… tak. Jest jezioro. Coś w tym stylu

– Zaprowadzisz mnie tam?

– Tak, jasne. Chyba nic złego się nie stanie? Co nie?

Jezioro, woda… Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie wówczas powodu; zaczynało mnie wprost roznosić. Nie mogłem usiedzieć w miejscu. Nie wiem czy to wina narkotyków- ich resztek, które jeszcze krążyły mi w żyłach, czy może była to kwestia tego, że cudem wyrwałem się objęciom śmierci, ale zachwycałem się tym miejscem coraz bardziej, wraz z każdym kolejnym postawionym przeze mnie krokiem. Szedłem powoli- ledwie stawiając odwykłe od chodzenia nogi. Łatwo nie było.

Byłem pod rękę z Dominiką, pomagała mi jak mogła, szeptała do ucha coraz to nowe i nowe rzeczy. Ciągle gadała, bez przerwy- nie zamykała się jej buzia. Patrząc wokoło: nie było żadnego innego domu prócz naszego azylu. W najbliższej nam okolicy. Nas dwoje; pośród kompletnej głuszy. Bez telefonów i Internetu. W królestwie natury. Schodziliśmy z góry, pomału, starając nie ześlizgnąć się z dość stromej skarpy. Weszliśmy na drogę; taki mały i dawno już nieużywany trakt. Świadectwo dawnych czasów. Świadectwo chwały dawno minionych już lat. Pomimo przechodzących przez niego korzeni- wciąż był jako tako równy i bardziej zdatny do użytku niż nie jeden chodnik w środku miejskiego Mordoru. Nabierałem coraz większej pewności siebie. Krok za krokiem. Po dłuższej chwili Dominika kazała mi się zatrzymać; podeszła trochę sama i delikatnie rozgarnęła gałęzie stojącego nam na drodze krzaku:

To tu. Trzeba tylko zejść z górki. Prawie jesteśmy na miejscu. Podaj mi rękę, pomogę Ci

Nie wiem czy uznacie to za dziwne; ale zacząłem wtedy dostrzegać rzeczy, których większość z Was pewnie nie uznała by za zbytnio godne uwagi. Każda część jej była wtedy taka pełna życia. Jej twarz promieniowała niezwykłą, zupełnie obcą mi energią. Jeśli cokolwiek ją wówczas niepokoiło- nie dawała mi tego po sobie poznać. Dzięki jej za to. Złapała mnie pewnie za rękę i pomogła postawić pierwszy krok. Dalej- poszło już lepiej, dosłownie jak z górki. Byłem na miejscu. Jezioro było ogromne- wyrastało daleko nie tylko poza granice mojego wzroku, ale także poza granice mojego pojmowania. Żyjąc na co dzień i walcząc w warunkach miejskiej dżungli- nie miałem możliwości widzieć wcześniej takich cudów. A rzeczywiście: było na co wtedy popatrzeć. Właśnie o taki świat walczyłem. Kim byłem wobec ogromu zgromadzonego w jego granicach żywiołu? Jakim cudem woda- tak burzliwa w swojej naturze- stanowiąca tak złowrogi i niszczący żywioł- była teraz tak spokojna? Tak idealnie gładka jak blat wypolerowanego stołu? To coś pięknego. Po tym pięknie i po tym jak je odczuwałem, zaczynałem poznawać, że być nie może nie tylko wzrok i sprawność lecz także… serce? Zaczynało powracać u mnie do normy.

Taką przynajmniej można było mieć wówczas nadzieję, czy może bardziej taką wówczas nadzieję chcieć miałem. Jakbyście spojrzeli z góry na tą niezwykłą scenerię- na tle idealnie niebieskiej wody, dostrzeglibyście mały- bardzo chwiejny- lecz ciągle dzielnie stawiający opór mijającym latom mostek. Weszliśmy na niego ostrożnie i usiedliśmy na samym skraju trzymając nogi tuż nad lustrem wody. Jak dzieci- beztrosko korzystające z ostatnich chwil uciekających wakacji…:

Dlaczego woda? – zapytała zaciekawiona. Rozgryzła mnie? Chciała pociągnąć za język?

A bo ja wiem?

Patrzyła się na mnie zaciekawionym wzrokiem. Muszę przyznać, że zdawała egzamin. Nie mogę sobie wyobrazić jak bardzo gniotła ją niepewność- gdy co dzień zajmowała się moim bezwładnym ciałem. Nie mogę nawet udawać, że wiem- jak szybko musiała dorosnąć z dnia na dzień- gdy częściowo nie z własnej woli została wrzucona w kompletnie inny świat. Ja miałem wybór. Ona nie. Ja byłem chłopakiem z dżungli, a ona? Dobre pytanie: przez ten czas nie mieliśmy nawet za bardzo okazji się zbyt dobrze poznać- życie Szczura nie sprzyja chodzeniu na randki, a ona mimo wszystko wciąż była przy mnie, także tu i teraz. Nie mogła nie zadać tego pytania, tego które padło w następnym momencie- które po prostu wylało się z jej ciekawskich oczu i wiecznie tak uroczo paplających ust:

Jak?Jak tam było?– zapytała powoli, uważnie ważąc każde słowo. Nie dziwie się jej. Mogłem tylko się domyślać jak wyglądałem z boku w jej oczach.

Nie wiem Dominika, nie wiem co miałbym Ci niby na to odpowiedzieć w takiej sytuacji– czy serio byłem wtedy tak głupi i myślałem, że to zamknie temat?

-Co się działo po tym jak się rozdzieliliśmy? Czego od Ciebie chcieli?- dalej drążyła…

Powiesz, że to słabo, że w takiej chwili, w takim miejscu urządzała jakieś przesłuchanie- ale nie oceniaj jej źle. Mogła być czymś najlepszym co spotkało mnie przez całe życie i tak było w istocie. Ale wciąż nie była i nie mogła być osobą z tego samego świata co ja. Pytała- już nawet nie tylko z wrodzonej ciekawości, lecz dlatego, że po prostu przeciekał przez nią strach, którego mimo tego co czuła wobec mnie, nie potrafiła ukryć. Może chciała- ale nie mogła zrozumieć. A ja? Może też chciałem jej o wszystkim powiedzieć- ale też nie mogłem. Był to prawdziwy pat. Nie mogłem znaleźć właściwych słów. Nie sposób było przełożyć tego co się działo w mojej pobijanej głowie na jakiś prosty komunikat, który trafił by do niej bez żadnych przeszkód.

Domini…- zacząłem niepewnie

Nie, słuchaj!- przerwała mi- Ja wiem co chcesz mi powiedzieć: że to nie mój świat, że nie chciałeś mnie w to wciągać, że Ci przykro i powinnam o Tobie zapomnieć. Jasne! Ale już za późno. I to tak do jasnej cholery nie działa!

I niby co mogłem na to odpowiedzieć? Przecież miała rację.

Posłuchaj…– tak to już był monolog, to tak jakbyś chciał spróbować zatrzymać rozpędzoną lokomotywę. Nie da się- Chcę tylko żebyś wiedział, że według mnie powinieneś mi o tym opowiedzieć- jak najszybciej. Nie możesz tego zamknąć w sobie- bo to… to Cię w końcu zniszczy. A ja… Ja tego nie wytrzymam.

Co mogłem niby na to odpowiedzieć? No co? Wybrałem ciszę. Wybrałem ciszę, bo żadne inne słowa nie były w stanie obronić mojego zachowania. Tchórz. Ona miała rację- o tak miała ją! Ale ja nie chciałem tego wtedy przyznać. Nie chciałem o niczym mówić, ani niczym się dzielić. W głowie dzielonej pół na pół z rozlewającą się ciemnością- nie było takich słów jakie mogły mnie uratować.

Zaczęła powoli się do mnie przysuwać… Dlaczego nie przewidziałem tego co się wkrótce potem miało stać?

No proszę… Odwróć się do mnie- mówiąc to próbowała delikatnie pociągnąć mnie za ramię. Błąd. Dlaczego to zrobiłaś? To jak chcieć zbliżyć się do dzikiego zwierzęcia. Zawsze kończy się tak samo.

Dzikie zwierzę? A no tak. Nie wiem czy mieliście kiedyś coś takiego w życiu. Ale to było jak grom. Ułamek sekundy. Siedzisz sobie na mostku i próbujesz unikać odpowiedzi na pytania, które nie mogą pozostać bez odpowiedzi. Nagle bum- sekunda- niespodziewany dotyk na moim ramieniu- bez świadomości i zareagowałem instynktownie. Wszystko tak szybko poszarzało! A potem stało się niezwykle jasno i zareagowałem nie ja, lecz mój organizm w moim imieniu- bez mojego udziału. Kolejna sekunda czy może nawet jej połowa: złapałem ją za wyciągniętą rękę- wykręciłem ją i w szale pociągnąłem do dołu.

Nie rozumiesz? To popatrz. Wystarczyła sekunda, zwykły głupi przypadek- a ja znów byłem w więzieniu. Spojrzałem na dół: mostek nie był już mostkiem lecz więzienną pryczą. Nie było lasu, nie było drzew- były znów tylko te białe ściany. Ściany, które tak bardzo wtedy znienawidziłem. Ściany wśród których przysięgałem, że umrę! Zaczęło mi się mienić w oczach. Most począł niebezpiecznie się chybotać ale wtedy nawet to nie miało szansy do mnie dotrzeć. Spojrzałem na nią… zaraz jej też nie było! Był za to jakiś żołnierz. W szarym mundurze. Zacząłem dyszeć z wściekłości- zaciskając ręce coraz to mocniej i mocniej. Znowu byłem w więzieniu. Znowu mnie złapali! Ale jak? Aaaaał! Znowu. Znowu rażą prądem! Znowu się nade mną znęcają!

Nic Wam nie powiem! Nic! Rozumiesz mnie?- zacząłem krzyczeć do strażnika

Co? Uspokój się!- słyszałem jej przerażony głos, ale nie. To było wtedy stanowczo za mało!

Zawyłem z wściekłości. Jak zwierze złapane w potrzask! Aaaaał! Znowu! Złapałem się za serce i spojrzałem w górę. Byłem znów wśród gwiazd. Znów szybowałem. Gdzieś daleko… Nawet to jednak nie mogło tu pomóc. Nie tym razem.

Proszę Cię…– znów ten głos. Skąd dochodził?- Proszę Cię… wróć do mnie!– był krzyk a potem płacz. Ten płacz był tutaj czymś co odmieniło sytuację.

Spojrzałem na dół. I w jednej chwili: już nie było pryczy. Zniknęły ściany i więzienny strażnik. Była ona. Śmiertelnie przerażona. I jej oczy- nie błyszczały- były takie… takie puste! Odskoczyłem z krzykiem, upadając na plecy i prawie spadając do wody. Co to było? Podniosłem z trudem głowę. Widziałem ją. A może bardziej jej strach? Ona czy strach? Powoli się wycofywała…

Przepraszam! To nie byłem ja!

Próbowałem ją jakoś zwrócić- ale nic nie poskutkowało. Z resztą trudno się jej dziwić. Zeszła z mostku- cały czas cofając się przodem do mnie. Gdy była już wystarczająco daleko, odwróciła i pobiegła do domu kryjąc w dłoniach twarz.

Czy bycie Szczurem znaczy niszczyć wszystko to co przychodzi w życiu dobrego? Ukryłem głowę w dłoniach- zatapiając się w moim szaleństwie. Trzymałem oczy zamknięte tak długo- chciałem mieć pewność, że to już koniec- ale koniec nie przyszedł. Przyszła tylko ciemność, która wzięła mnie pod rękę- jak najlepszy przyjaciel, szczelnie okrywając mnie swoim mrocznym płaszczem. Wiele mi wtedy ułatwiła.

Obudziły mnie krople deszczu rytmicznie uderzające o moje policzki. Krople? Deszcz sam w sobie to byłoby za mało. Przyszła więc burza. Naprawdę mocna: w ziemię uderzał wtedy grzmot za grzmotem. Dałbym przysiąść że uderzały one w same jezioro tuż obok mnie! No dawaj skończmy to! Zacząłem płakać. Jeden piorun i po wszystkim. Upadłem bezsilny. Nie ruszę się, nie wrócę do niej, nie zasługuje… Rozumiesz? Czy moje szaleństwo raczej nieszczególnie do Ciebie przemawia? Tyle razy robiłem coś dla ludzi, a Ciebie Boże nie stać na ten jeden, jednorazowy akt miłosierdzia?

Wstań– usłyszałem to czy tylko poczułem? Raczej to drugie, bo nikogo tam wtedy nie było. Wstań! Znowu to samo. Dziś kiedy kreślę te słowa- nie wiem jak to wytłumaczyć- chyba nie mogło być po prostu za łatwo. Za łatwo? Tak. Śmierć jest zawsze łatwa. Jest najłatwiejszym wyjściem. A ja? Musiałem dalej biec. Powoli wstałem otrzepując się z ziemi. Byłem brudny i zły. Na siebie. Przede wszystkim na siebie. Muszę wrócić. Jakoś wrócę. Przecież tyle rzeczy mi się już w życiu udało. Teraz też. Dam radę. Szedłem krok za krokiem- chwiejnie zataczając się jak jakiś pierwszy lepszy pijak. Krok za krokiem- potem skarpa. Kurde. Wysoko tu. Wejdę. Noga za nogą. Powoli- lecz nie wystarczająco uważnie. Jedna śliska kępa trawy i upadłem staczając się na sam dół. Dlaczego dopiero upadki otwierają nam głowę? Znów nastała ciemność- lecz tym razem był to jej szczególny rodzaj- kojarzący się nie z błogim spokojem i zapomnieniem, lecz złamanymi kończynami i wstrząśnieniem mózgu.

********

Cholera jasna! Jest tutaj! Cho musisz mi pomóc!– jedyne czego byłem pewien to tego, że był to głos kobiety.

Kurwa! No jakim cudem powiedz mi. Miałaś go pilnować. Czy ty w ogóle rozumiesz kto to jest?- mężczyzna. Nie traktował jej zbyt poważnie. Trochę z góry. Mało? No cóż. Tyle szczegółów musi Wam na tą chwilę wystarczyć

Tak? Zostawiliście mnie z nim samą! O mało mnie wczoraj nie zabił rozumiesz?

-Zgodziłaś się na to. Pamiętasz?- nastał ten rodzaj ciszy, która pojawia się przy kompletnie niepotrzebnych kłótniach. Taką ciszę kończy zawsze ten kto wie, że w danym sporze nie ma słuszności- Chodź. Weźmiemy go pod ramię. Trzeba go zaprowadzić do domu i opatrzyć. Znowu.

Podnieśli mnie do góry. Byłem uratowany? Tylko czy to cokolwiek zmienia. Próbowałem chyba jeszcze o coś ich zapytać, ale z moich ust wydobył się tylko jakiś bliżej niezrozumiały bełkot.

Nic nie mów szefie. Zajmiemy się Tobą– czyli byłem wśród swoich? To ktoś ode mnie? Jeden ze Szczurów?

********

Zanieśmy go od razu na górę. Połóżmy go do łóżka. Potem go przebiorę- powiedziała dziewczyna. Ogniste włosy.

Słuchaj- chłopak złapał ją za rękę- Poczekaj chwilę. Jeśli nie chcesz się nim zajmować to powiedz. Możesz teraz zrezygnować. On jest dla nas zbyt ważny- nie mogę go stracić rozumiesz? Nikt z nas nie może!

-Tak? A patrzysz na niego jak na człowieka czy jak na kundla, którego zamierzasz wystawić do następnej walki?

-Kobieto… To mój szef. Dał mi wszystko co mam. Jesteś w stanie zrozumieć to co on dla mnie znaczy?

-Szczerze? Za cholerę- bo ani ty ani on nie chcecie mnie wpuścić do tego świata. Ale tak. Zostanę z nim. To już się nie powtórzy. Obiecuje…

-Robisz świetną robotę. Nie masz pojęcia co się dzieje. On musi stanąć na nogi. Są rzeczy, które stoją ponad nami wszystkimi rozumiesz?

-Stanie na nogi- tylko pod warunkiem, że wróci do życia. A on tego nie chce rozumiesz? Po tym co mu zrobili- on nie chce żyć.

Jeśli ktoś jest w stanie to zmienić… To tylko Ty

Byli przekonani, że nie słyszę tego o czym rozmawiają. Ale słyszałem i choć chciałem się wtrącić, choć chciałem przerwać ich kłótnię- to zwyczajnie nie miałem jak. Byłem wtedy poza światem… Wiecie co? Ciężko to tak naprawdę do końca wytłumaczyć.

********

Od zawsze lubiłem pływać. Było to jedyne zajęcie, które pozwalało mi uspokoić wiecznie skołatane nerwy. Tak było i teraz. Szykowałem się do szkolnych zawodów. Obok na widowni siedziała moja rodzina. Byli także koledzy z klasy, Dalej, dalej! Wiwatowali na moją cześć. Lubiłem to. Na dźwięk gwizdka odepchnąłem się od murka i wystrzeliłem. Pewnie- bez zbytniego wysiłku wyprzedziłem konkurentów znacznie ich odstawiając. Wygram– pomyślałem. Pływało mi się tak lekko. Woda nie stawiała w zasadzie żadnego oporu. Ludzie gwizdali, publiczność zaczęła krzyczeć: Będzie rekord! Będzie rekord! Uśmiechnąłem się. Byłem nie byle kim. Kimś ważnym, kimś kogo zapamiętają i o kim będą mówić.

Wyobrażenia. Wyobrażenia jakie o sobie mamy. To co rodzi się nam w głowie i buduje obraz świata. Nakłada na nasze postrzeganie okulary, które nie tyle co poprawiają wzrok- lecz tak naprawdę w całości go zmieniają. Tak jest właśnie z wyobrażeniami- z tym co nam się wydaje. Zapewnia to dobry nastrój, umacnia w przekonaniach- lecz nic więcej, bo gdy pęka… Wszystko wokół także pęka- jak balon.

Wtedy także usłyszałem pękający balon. W środku mojej własnej głowy. Spojrzałem na moją mamę- w jednej chwili jej twarz wykrzywiła się w grymasie niespodziewanego przerażenia. Widownia zaczęła buczeć i krzyczeć. A ja? Płynąłem, płynąłem i płynąłem. A basen wydłużał się i wydłużał. Jak długo może trwać takie coś? Ile można walczyć- gdy wszystko zdaje się występować przeciwko Tobie?

Zacząłem przegrywać starcie z wodą. Może nie tylko z wodą, co? Pierwszy raz pod powierzchnią był jeszcze do przeżycia. Tylko chwila bez oddechu. Małe zdatne do naprawienia zakłócenie. Drugi znacznie trudniejszy- przyjąłem do płuc sporą dawkę wody. Za trzecim straciłem już nad sobą kontrolę, a świat po prostu zniknął.

********

Wyrwałem się tego z krzykiem, kaszląc i plując jak oszalały:

Woda. WODA. Jezu moje płuca!

-To był tylko sen. Spokojnie

Rozejrzałem się ze strachem po pokoju nie mogąc z początku niczego dostrzec wokół siebie. Cały spocony próbowałem unieść się na poduszce. Bez słowa pomogła mi Dominika delikatnie podsuwając mnie nad krawędź łóżka.

Chcesz się czegoś napić?– zapytała

Nie. Dzięki…

Zaczęło do mnie powracać to co stało się dnia poprzedniego. Mój atak i wiele innych kwestii za które powinienem co najmniej przeprosić. Co najmniej, bo nie jeden uznałby w tym miejscu i to pewnie całkiem słusznie, że wobec ogromu tego co się wtedy stało, powinienem po prostu siedzieć cicho. Ja jednak nigdy nie umiałem słuchać, a wyrzuty sumienia zbyt często zwykłem zagłuszać czczą gadaniną:

Posłuchaj… Jeśli chodzi o to co wydarzyło się wczo…– zacząłem wcale nie będąc pewnym dokąd zaprowadzi mnie rozpoczęcie tego wątku.

Nie to ty mnie teraz posłuchaj!– przerwała mi głosem nieznoszącym sprzeciwu.

Zmiana o 180 stopni. Jej głos był jakiś inny niż dotychczas. Płonął żywym ogniem. Jej oczy; przeważnie roześmiane i beztroskie też się zmieniły. Nie były puste jak wtedy nad jeziorem, lecz raczej ciemne i stanowcze. Oczy, które żądały posłuchu i nie znosiły sprzeciwu:

Możesz sobie myśleć co chcesz. Możesz sobie myśleć, że jestem jedynie głupią gówniarą, która nie ma pojęcia o tym co się dzieje wokół niej. Ale nie masz prawa. Nie masz prawa zachowywać się tak jak jakbyś nadal żył na tym świecie sam!

Gdybym nie był w tamtym momencie wyczerpany ranami i godzinami spędzonymi na mokrym pomoście poczułbym pewnie ogromny wstyd. Te słowa nie były łatwe, ale były prawdziwe. Te słowa nie miały przynieść ukojenia; miały trafić prosto w serce i w końcu coś z nim naprawdę zrobić.

Pomimo tego, że to nie jest mój świat to wiem coś o nim. Pomimo tego, że nie walczę tak jak ty to ja też zdążyłam już go poznać, zrozumieć i… kogoś stracić

Stracić? O czym ona mówi? Zbyt często nasze umysły zaćmiewa zbyt duża pewność siebie. Nasze głowy zatruwa ciężar naszych osób, naszego bólu i doświadczenia. To wszystko nie pozwala nam spojrzeć na świat takim jak jest on w istocie. Jedynie w nielicznych przypadkach przez tą chorą zasłonę naszego ego jest w stanie przebić się jakiś lichy promyk światła.

Miałam ojca. Mój ojciec w domu pokazywał nam jak się powinno żyć i żył tak jak nam pokazywał. Z podniesioną głową kroczył przez życie nie bojąc się niczego i nie zginając kolana przed nikim i niczym prócz Boga…

Historia. Każdy ma swoją własną historię; bagaż doświadczeń, który ciągnie za sobą przez życie. Jedną, wielką, ciemną walizkę, którą trzyma obijając o kolejne schody życia. To często przestawia szyki. Bardzo mocno bruździ. Zbyt wielka czeka na nas pokusa by to zignorować. Nie wolno tego jednak zrobić.

W tym świecie taka postawa mogła się skończyć tylko w jeden sposób. Gdy na tatę doniósł człowiek z jego firmy do naszego domu rano wpadła służba bezpieczeństwa. Nie widzieliśmy go równe dwa tygodnie…

Co było dalej?– zapytałem choć przecież wcale nie trudno było się wtedy domyślić tego jaki ta historia będzie miała dalszy ciąg

Wrócił do nas. Wrócił. Ale nie był już tym samym człowiekiem co wcześniej

Po tych słowach na chwilę zapadła krępująca cisza. Ona musiała przemyśleć co powie dalej i nabrać tchu. A ja? Ja wreszcie się zamknąłem i chyba pierwszy raz odkąd spisuje dla Ciebie tą historie zacząłem jej słuchać.

Pamiętam gdy pierwszy raz spojrzałam mu w oczy po powrocie; pomyślałam sobie że ktoś podmienił mi tatę. I tak było na serio. Przestał się do nas uśmiechać; nie wiele jadł, nie wiele mówił. Wrócił do nas jako kompletnie inny człowiek.

Inny człowiek? Jak bardzo jego historia była podobna do mojej? Co mnie czeka jeśli nie znajdę drogi z powrotem? Jeśli na zawsze zostanę takim jakim uczyniło mnie więzienie? Złamanym, rozbitym, zeżartym i przeżutym…

Nie wiem ile to trwało. Miesiąc? Może maksymalnie dwa. Nie było nocy kiedy wszyscy w domu nie słyszeli jego koszmarów. Nie było nocy kiedy strażnicy ze służby bezpieczeństwa nie przychodzili także do mojego pokoju. I wiesz co? On nam nie powiedział o tym nawet słowa!

Bohater” tak sobie w tamtym momencie pomyślałem.

Nie! Nie bohater!niby jakim cudem usłyszała moje myśli?- W końcu znaleźliśmy go na jednym z głównych placów w mieście. Powieszonego. Do dzisiaj do końca nie wiem jak wyglądał jego koniec. Wiem za to jedno; zabiło go milczenie. Zabiło go to, że był zbyt dumny by podzielić się choć odrobiną swojego ciężaru z tymi, którzy kochali go ponad życie!

A więc o to chodzi. W tym miejscu spotykają się te dwie historie. Przeszłość i teraźniejszość. Przy takich rozmowach nagle czujesz jak zaczyna gęstnieć powietrze. To moment, w którym tryby przeznaczenia są na tyle blisko siebie, że mogą zamienić się miejscami i dać początek czemuś nowemu. To chwila, w której należy podjąć decyzje. Taka decyzja przeważnie posiada niezwykłą wagę.

Musisz zacząć dzielić się ze mną swoim życiem. Wiem, że nie możesz mówić wszystkiego. Wiem, że zawsze będą jakieś rzeczy, które pozostaną przede mną zakryte. Ale musisz zacząć mówić! O sobie, o tym co czujesz i o tym co Cie gnębi. Inaczej nigdy do niczego nie dojdziemy.

To nie była prosta sprawa.

Rozmawiałam ze Szczurami. Jutro może mnie tu już nie być. Gdy zobaczyłam Cię wtedy po raz pierwszy w klubie od razu wiedziałam, że nie chce być z nikim innym. Tylko musi Cię w końcu zacząć obchodzić Twoje własne życie…

Decyzje. Kłopotliwa chwila ciszy kiedy nikt nie wie co powiedzieć. Albo raczej nikt nie wie co należy powiedzieć. Ja wtedy też nie za bardzo wiedziałem. Oczywiście wszystkie jej słowa były prawdziwe. Miała racje jednakże granica pomiędzy tym co się myśli, a tym co się mówi lub do czego się przyznaje jest niezwykle szeroka i bardzo ciężko… bardzo ciężko ją przejść. Z drugiej strony wiedziałem, że sam nie wstanę na nogi. Może powinienem raczej zapytać samego siebie czy w ogóle chciałem wrócić do życia? Odpowiedź powinna być w tym miejscu oczywista.

Spojrzałem w jej piękne oczy, które w trakcie opowieści na nowo stały się żywe i błyszczące:

Zostań proszę- tylko na tyle mnie stać? To jednak trochę za mało; nawet jeśli weźmiemy pod pewnego rodzaju okoliczności łagodzące- Zrobię wszystko co będzie trzeba żebyś przy mnie została- no to się nagadałem. Na nic więcej nie mogła liczyć. Wy też lepiej nie liczcie.

To jednak wystarczyło. W tym niezwykle rzadkim wypadku kiedy dwoje różnych ludzi pochodzących z odmiennych światów łączy prawdziwa nić porozumienia; nie trzeba zbyt wiele mówić. Tak było też wtedy. Chwilę trwało zanim to do niej doszło. W miarę gdy łapała każde kolejne moje słowo jej twarz coraz bardziej się rozpromieniała. Uśmiechnęła się szeroko i rzuciła mi się na szyję:

Wiedziałam! Wiedziałam, że to się tak nie skończy!- powiedziała całując mnie po całej twarzy

Zdecydowałem się na to by wybrać życie

Usiadła na łóżku a ja podniosłem głowę i złożyłem ją na jej nogach. Głaskała mnie po niej czule, aż do momentu kiedy poszedłem spać.

Gdyby ktoś wtedy zajrzał przez okno naszej sypialni- ujrzałby śpiącego zwykłego chłopaka i rudowłosą piękność cicho grającą na zabytkowej wiolonczeli, próbując w ten sposób rozgonić piętrzące się jej w głowie smutki i wątpliwości.

********

Tego dnia, chyba pierwszy raz od mojego przyjazdu tutaj obudziłem się po nocy przeżytej bez żadnych koszmarów. To nie była jedyna zmiana jaka zaszła przez ten czas. Otworzyłem oczy i pierwszy raz poczułem się dobrze. Po prostu dobrze; tak jakby na chwilę odpuścił gniotący mnie ciężar i strach. Poruszyłem się i zrozumiałem, że udało mi się także odzyskać ciut większą władzę nad własnym ciałem. Wstałem i usiadłem na skraju łóżka. Trochę za szybko? Zachwiałem się delikatnie, utrzymując jednak równowagę. Skoro mogę wstać, to powinienem móc się też ubrać bez niczyjej pomocy.

Chwilę to potrwało zanim sobie ze wszystkim poradziłem. Spróbuj kiedyś zmusić do współpracy ciało, które od dłuższego czasu po prostu z Tobą nie współpracowało. Jednak się udało. Stanąłem wyprostowany przed lustrem. Wciąż było widać wiele z moich blizn. Szrama na policzku z całą pewnością nie zaleczy się już do końca życia. Nie wszystko zrosło się we mnie jeszcze tak jak powinno ale żyłem. To nie było przecież pozbawione znaczenia. Zaszła we mnie jakaś doniosła zmiana; po raz pierwszy od czasu więzienia stanąłem spokojnie przed własnym odbiciem w lustrze i z lekko kpiącym uśmiechem rzuciłem mu wyzwanie.

Stałem tak chwilę napawając się tym nowym dla mnie uczuciem. Wreszcie się udaje? Wreszcie wszystko idzie dobrze. Musiałem jak najszybciej znaleźć Dominikę i jej o tym opowiedzieć. Pewnie robiła coś na dole. Zejdę do niej. Tylko powoli; bez żadnych wpadek. Wszedłem na schody. Prowadziły one wprost do salonu- gdzie stał wielki dębowy stół. Tam przeważnie o tej porze jedliśmy razem śniadanie. Może teraz ja coś przygotuję? Krok i krok w dół. Jestem coraz niżej. Faktycznie tam była. Siedziała na pierwszym krześle. Jednak nie była sama. Wymieniłem z nią znaczące spojrzenie. Mieliśmy gości.

Przybyły Szczury.

********

Ciężko czasem wytłumaczyć coś takiego ale był to pierwszy raz kiedy wizyta członków własnej organizacji wywołała we mnie niepokój. Czy coś przeczuwałem?

W pierwszej chwili nie udało mi się ukryć zdziwienia. Trwało to jednak tylko ułamek sekundy. Wziąłem głęboki oddech, wyprostowałem się i zszedłem ze schodów. Stanąłem przed stołem stanowczo i omiotłem wzrokiem wszystkich gości.

Witam wszystkich– powiedziałem nie odrywając od nich wzroku. Odpowiedziały mi miarowe pomrukiwania. Obecny był cały mój oddział. Wszyscy ludzie związani ze mną więzami przelanej krwi i doświadczenia. Wydawało mi się, że wszyscy bez wyjątku wyraźnie cieszyli się na to, że wróciłem do życia i wreszcie mogłem stanąć na własnych nogach. Problem był jednak w tym przypadku gdzie indziej. A konkretnie leżał on w osobie, która swoim zachowaniem odstawała od reszty i siedziała w delikatnym oddaleniu od nich; wprost naprzeciwko mnie. Poznałem go już wcześniej. Przy okazji pogrzebu był tym, który prosił mnie o pozwolenie na zorganizowanie towarzyszących mu uroczystości. Jednak teraz siedział tu przede mną jakiś odmieniony. Kompletnie inny człowiek; taki pyszny, wypinający przed siebie pierś z jakiegoś rodzaju orderem.

Awansowano mnie na komendanta miejskiego!– powiedział dumny jakby zgadł o czym myślę- Także yyy… z racji mojego stażu i osiągniętego stopnia podlegasz właśnie mi!– był wyraźnie zadowolony z tego co się działo. W pierwszej chwili odpowiedziała mu tylko moja zdumiona twarz i niechętne spojrzenia reszty zgromadzonych przy stole ludzi. Przysiągłbym, że gdybym tylko dał im wtedy jakiś znak byliby gotowi go na miejscu rozszarpać- i to gołymi rękami. Jednak nic takiego się nie wydarzyło, zebrałem myśli: trochę mnie nie było, czy to jednak możliwe by aż tyle się zmieniło? W naszej organizacji stopnie nie miały znaczenia. Nie mogły mieć. Brak formalnej struktury dowodzenia, stosunki oparte na szacunku i doświadczeniu były tym co zabezpieczało nas przed reakcją systemu, a jednak z drugiej strony nie był tutaj bez powodu. Musiało coś za nim wówczas faktycznie stać, coś co spowodowało, że zechciał się pofatygować aż tutaj. Musiałem długo spać. Zbyt długo. Nie było więc sensu sprzeciwiać się temu co rozgrywało się na moich oczach.

To co wynika z twojego stopnia to jedno, ale ja nikomu nie podlegam. Organizacja o tym wiedziała i zawsze to szanowała– powiedziałem spokojnie patrząc mu w oczy. To taka chwila, w której z napięcia zdają się aż lecieć iskry. Co stało się z tym człowiekiem, z którym kiedyś można było się w różnych sprawach nie zgadzać, ale którego autorytet i charyzma zawsze ucinała wszelkie dyskusje. Teraz siedział przede mną i nie potrafił zabrać głosu bez uciekania się do swojego wieku i zasłaniania się przypiętym na piersi orderem.

Tak naprawdę to nie masz nic do powiedzenia…Inni zdecydowali za Ciebie. Twoja historia w części sama wydostała się do mediów, a w części została umiejętnie podana innym przez moich ludzi. Czasy się zmieniają; organizacja zmienia metody. Potrzebujemy przede wszystkim symboli i ty nim zostaniesz…

-Czyli, że co? Chcesz zrobić z tego co przeżyłem jakieś pieprzone Holywood? Przecież to jakiś dramat…

W tym momencie pięścią w stół uderzył jeden ze Szczurów i powiedział:

-Ma rację!

To nie ma znacze…- próbował ratować swoją sytuację komendant- Jesteście mi winni posłuszeństwo. Inaczej Wasz oddział zostanie rozwiązany!

Odpowiedziało mu teraz już nie jeden, lecz prawie dwadzieścia gniewnych pomruków.

Nie masz takiego prawa!– krzyknął któryś ze Szczurów

Wasz szef będzie robił to co mu każę, albo niech nie wraca do Organizacji!– krzyczał czerwony na twarzy Komendant

Zastanawiam się czy każdego napotkanego człowieka traktuje pan jak psa, czy tylko tych, którzy są od pana zwyczajnie lepsi?– tym razem wtrąciła się Dominika. Celnie.

Co za burdel. Należało to w końcu przerwać. Uniosłem się i rzuciłem w ścianę pierwszym talerzem jaki miałem pod ręką.

Cisza! Przysiągłem oddać życie dla tej organizacji nie dla Ciebie. Nie będę słuchał rozkazów nikogo kto od dłuższego czasu walkę zna tylko z telewizji. Nadal będę robił to co robiłem i to na swoich zasadach. Sam rozmówię się z władzami naszej Organizacji po czym wstałem gwałtowanie od stołu, odwróciłem się do niego plecami i wyszedłem z domu.

Odpowiedziały mi brawa moich ludzi. Słyszałem tylko krzyki zadowolenia. Ktoś głośno powiedział: „Wrócił! Wrócił!”. Wstąpiło w nich coś nowego, czego jeszcze dotąd nie widziałem. Komendant próbował jeszcze krzykiem nakłonić ich do posłuszeństwa, jednak to nie miało żadnego znaczenia. To był jego koniec. Tego dnia nastał koniec człowieka niegdyś szanowanego.

A co się działo ze mną? Jeśli wcześniej przed tym wydarzeniem miałem jeszcze jakieś wątpliwości, a w gruncie rzeczy je miałem i były one nie małe, to po spięciu z komendantem niemal całkowicie się one rozwiały. Powiedz mi mój Drogi Czytelniku czy mogłem postąpić inaczej? Czy to nie jest trochę tak, że mamy we krwi to co mamy i nie sposób tego zmienić. Jak niby miałbym zaprzeć się swojego dziedzictwa i zarazem tego na co się narodziłem? Przez ten ułamek sekundy kiedy zastanawiałem się co mu odpowiedzieć, spojrzałem w oczy moim ludziom i zrozumiałem, że bez względu na to co się działo wokół nas; oni nadal czekali. Czekali na mnie. Dlatego zdecydowałem się walczyć.

Stałem tak oparty o wielkie drzewo, w którego cieniu stał nasz dom. Skrywałem twarz w dłoniach nie wiedząc dalej zrobić. Podjąłem decyzje- to prawda, ale wciąż pomimo wielkich słów i doniosłego charakteru spraw jakie do mnie wówczas doszły; pozostawałem zwyczajnym chłopakiem i tak po prostu, po ludzku się bałem. Więzienie i to wszystko co się wydarzyło… zrozumiałem, że nie ma powrotu do przeszłości. Jeśli wrócę to będę musiał zacząć od nowa. Myśląc tak poczułem rękę na swoim ramieniu. Opuściłem ręce i podniosłem głowę do góry. Stał przede mną jeden ze Szczurów i serdecznie się uśmiechał:

-To co jesteś gotowy do drogi?– zapytał

Ja? Do drogi?

-No tak. Mamy sporo do nadrobienia. Jeśli mamy ze wszystkim zdążyć to musimy wyjść już zaraz.

-A jeśli… Jeśli przez to wszystko zwyczajnie zapomniałem jak iść?

-To ja nauczę Cię od nowa

Ludzie. Nie przetrwałbym bez nich nawet jednego dnia.

Tak na nowo rozpoczęła się nasza gra.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.