Trzecia Droga

Portal Nacjonalistyczny

Dawid Kaczmarek: Trzecia Pozycja- powrót awangardy radykalnego nacjonalizmu

Cywilizacja. Kultura. Społeczeństwo. Pomimo tego że obecnie elita nowoczesnego świata stara się za wszelką cenę, nieustannie, ze wszystkich możliwych sił, w duchu filozofii modernistycznej, pozbawić współczesnego nam człowieka jakiegokolwiek trwałego oparcia i punktu odniesienia do spraw wyższych w życiu codziennym, to jednak mimo wszystko, wciąż jeszcze te pojęcia, czy raczej pewnego rodzaju konstrukty teoretyczne, które przywołałem powyżej, zajmują istotne miejsce w powszechnej świadomości większości ludzi, będąc dla nich niejednokrotnie synonimem stałości i trwałości. Mocnych więzów i niezbywalnych oraz nienaruszalnych fundamentów, na których w dużej mierze opiera się prowadzone przez nich życie. Jednak trzeźwy osąd i spokojna analiza faktów oraz doświadczeń historycznych każe nam zadać sobie pytanie jak to jest naprawdę z ich trwałością? Czy na pewno nie podlegają one zmianom? Cywilizacje przecież nie są wieczne; pojawiają się i znikają, w zależności od tego w jaki sposób wyjdą z historycznych zawieruch. Kultura nigdy nie jest w stu procentach odporna na obce jej wpływy, co często w znaczny sposób może ingerować w jej istotę oraz strukturę. Społeczeństwa natomiast, to najsłabszy element z tych trzech, jest podatne na manipulacje ze strony całego szeregu czynników, od ekonomicznych przez propagandowe po polityczne. Czyli zmiany w ich zakresie także są możliwe. Teraz następne pytanie: czy taka zmiana zawsze musi być negatywna? Według mnie odpowiedź brzmi nie. Siła Cywilizacji Łacińskiej tkwiła właśnie w tym, że była ona zdolna, w odpowiednim momencie i we właściwy sposób adaptować się do przekształceń społecznych, cały czas niezachwianie i wysoko wznosząc sztandar swoich wartości na przestrzeni mijających dziejów. Tylko co w takim razie sprawiło że on upadł i wciąż leży w stosie zwykłych, bezwartościowych śmieci, nikogo już tak naprawdę nie obchodząc?

To nasza wina. To przez naszego ducha jest obecnie tak jak jest. A w zasadzie przez jego brak. Przez brak jakichkolwiek zasad. Wymagań. Kompletna patologia powiedziałbym. Jednak nasza generacja nie zasługuje nawet na takie określenie. Obecnie to coś bardziej jak stracone pokolenie, przeżarte konsumpcjonizmem i materializmem. Niezdolne do jakiegokolwiek wysiłku, czy nawet do pomyślenia o nim. Potrafimy tylko ciągle narzekać i wzdychać. Nie wiadomo po co i nie wiadomo do czego, oczekując przy tym ratunku, który sam z siebie przecież nigdy nie nadejdzie. Pomagają nam jedynie trochę nasze własne marzenia, ale te choćby nie wiem jak bardzo mokre by były, nie są przecież w stanie wpłynąć bezpośrednio na zastaną przez nas rzeczywistość. To samo dotyczy też nacjonalistów. Spójrzmy na nas samych. Rozejrzyjmy się wokoło. Porównajmy obecny stan naszego środowiska (nie tylko w Polsce) do tego co miało miejsce choćby jeszcze przed wojną. Ile tak naprawdę osiągnęliśmy? Albo lepiej zapytam: jak dużo udało nam się w tym czasie stracić? Ruch, który ma ambicje zmieniać świat, może obecnie jedynie jakoś tam sobie wegetować i czekać. Na cud? Być może to nie będzie do końca dobre słowo. Więc powiem inaczej, na: „Przełom”. Tak. To by nas faktycznie uratowało. Tylko zmiana okoliczności to nie wszystko. Trzeba jeszcze być w stanie przyjąć rękę którą wyciąga do nas wtedy los. Mieć odwagę. Być przygotowanym. Nacjonaliści zmarnowali swoją szansę na zrobienie czegoś więcej, gdy rozpadł się Związek Sowiecki. To można jeszcze jednak jakoś wytłumaczyć. Słabe i w dużym stopniu rozbite organizacje, rozgonieni i na masową skalę represjonowani działacze, brak elit i społecznego poparcia. Dobra. Zgoda. Tylko zastanawiam się czy w przyszłości, za jakiś czas, ktoś kto może będzie chciał znaleźć na swój własny użytek podobne słowa, do tych które ja teraz tutaj kreślę, znajdzie coś co posłuży za usprawiedliwienie dla nas?

Dlaczego o to pytam? Bo wkrótce może być tak że przełom, którego większość z nas od lat nieustannie wygląda i ciągle się spodziewa, zacznie się dziać już na serio. Właśnie tu i teraz. Dokładnie na naszych oczach. I oczywiście nie mówię tu o roku czy o dwóch, chodzi mi o znacznie dłuższą perspektywę, może nawet dwudziestoletnią czy jeszcze dłuższą, ale wciąż jak najbardziej realną. Powolne rozluźnianie się systemu międzynarodowego to fakt. Postępujące osłabienie globalnej pozycji Stanów Zjednoczonych jest prawdą, o której zaczynają debatować już nawet eksperci i analitycy z głównego nurtu. Wzrost destabilizacji na całym świecie. Naruszenie struktury globalnego układu bezpieczeństwa. To bezsporne. Tendencje te implikują najdelikatniej rzecz ujmując rozwój i wzmocnienie niepewności, co bez dwóch zdań będzie miało charakter zjawiska transgranicznego. Z resztą widać to już teraz. Zjawisko to dla innych będzie niezwykłym problemem, a dla nas jest szansą i według mnie powinno zostać obrane nawet za paradygmat całej naszej aktywności. To nie łatwe, ale przecież nie niemożliwe. Potrzebny jest tylko konkretny i jasno ukierunkowany wysiłek, by nie tylko przygotować się do takich okoliczności, ale zbudować mocną i trwałą strukturę zdolną reagować w takiej sytuacji. I wygrać.

Mentalność. Myślenie. Choć to samo w sobie nie wystarczy i nie ma w swojej istocie wystarczającej mocy sprawczej do zmieniania rzeczywistości to stanowi ono bez wątpienia istotny fundament, bez którego żadna zmiana nie może mieć miejsca, a już na pewno nie będzie ona trwała. Myślenie determinuje bieg rzeczywistości. Myśli wskazują kierunek rozwoju, definiują cele i ujawniają sposoby na ich osiągnięcie. Tak więc, skoro tendencje o których tutaj wspominam, są jeszcze póki co z naszego punktu widzenia rewolucyjne, to nasz nowy sposób myślenia także powinien być ze wszech miar rewolucyjny. Europejscy nacjonaliści jako zorganizowany ruch musi przyjąć i trwale zaadaptować wszystko to co składa się na istotę i strukturę twardego światopoglądu rewolucyjnego. Czy to frazes? Ktoś mógłby mi zwrócić uwagę w tym momencie, że nacjonaliści, przynajmniej w Polsce już od dłuższego czasu o tym piszą. W czym jest więc problem? Dlaczego to tak naprawdę nie działa? Oczywiście odpowiedzią na to pytanie może być niski poziom odpowiedzialności za słowa w naszych szeregach. Jednak według mnie spory problem leży w tym przypadku przede wszystkim w kwestii prawidłowej definicji tego zjawiska. Bo czym tak naprawdę jest radykalizm? Czy to kominiarki i groźne transparenty? Krzyki, mocne hasła, flagi i marsze? Nie zrozumcie mnie źle. To wszystko jest fajne i jak najbardziej potrzebne, lecz na dłuższą metę; kompletnie bezwartościowe, jeśli nie będziemy potrafić tego przekuć na coś więcej niż tylko chwilowa popularność i zaangażowanie. Tak ujęty radykalizm ma zatem w sobie ten problem, że tak naprawdę jest on jedynie emocją. Emocje mogą być porywające, lecz są też ulotne i ułomne. Emocjami kierują się dzieci. Dzieci mają to do siebie że rzadko kiedy wychodzą z piaskownicy. Przyjęcie takiej postawy na stałe, pokazuje jedynie słabość i nie ma tak naprawdę nic wspólnego z rewolucyjnością. To czego potrzebujemy to radykalizm który jest mocną i stabilną postawą. Opartą na konkretnych przemyśleniach i jasno określonym stosunku do Idei. Tworzącą sytuację, w której człowiek jest zdolny do prowadzenia swojej walki we wszystkich, nawet najmniej korzystnych dla siebie warunkach. W której Idea trwa i jest rozwijana w toku pracy i doświadczeń następujących po sobie pokoleń kolejnych aktywistów. Światopogląd rewolucyjny jaki musimy przyjąć to zupełnie nowy dla nas sposób myślenia, który nakazuje nam odrzucić reakcyjne przesądy i przyzwyczajenia, przestać zamykać oczy na otaczającą nas rzeczywistość i zawsze starać się wyciągać bezpośrednie korzyści dla naszej sprawy, w każdym możliwym projekcie, inicjatywie czy sprawie. Nieustannie.

Myślenie jest więc naszą bazą. To podstawa. Jeśli jest ono zorganizowane w odpowiedni sposób i razem ze sobą tworzy zwarty i właściwie uformowany światopogląd, to w naturalny sposób będzie nam ono wskazywać konsekwentnie na właściwe sposoby kształtowania rzeczywistości. Tak więc wydaje się to całkiem rozsądnie ujęte; że to myślenie/światopogląd decyduje o wyznaczeniu i przyjęciu odpowiedniego do danych okoliczności modelu działania. Ale efekt podejmowanych przez nas akcji, choćby najbardziej genialnych i widowiskowych, będzie prędzej czy później marnotrawieni jeśli nie wypracujemy także nowego sposobu organizacji. Odpowiednia struktura, możliwie maksymalnie zdecentralizowana w regionach i jedynie animowana, a nie „rządzona” przez mocno ze sobą związany i odpowiednio skoordynowany zarząd stanowiący jej właściwe centrum, to najlepszy i najbardziej odpowiedni przykład. W o wiele większym stopniu odpowiadający wyzwaniom obecnej rzeczywistości. To także kompromis pomiędzy niepowiązanym ze sobą i chaotycznym miszmaszem jaki tworzy ruch typu AN a do bólu hierarchicznymi i legalistycznymi organizacjami, w których zbyt często skuteczny i całościowy model zarządzania istnieje i działa jedynie na papierze i znajduje się w sferze życzeniowego myślenia. Jest złudzeniem nie przedstawiającym rzeczywistości. Złudzenie to jest co najmniej niebezpieczne, bo jak pokazuje praktyka, prędzej czy później odbija się ono w sposób demoralizujący na potencjale całej grupy. Robimy wtedy jako środowisko dwa kroki do przodu, a potem przez coś takiego cofamy się o trzy. Kompletnie bez sensu. Przy tak szerokim arsenale technicznym jaki dysponujemy w obecnych czasach, mówię tu o środkach takich jak sieci społecznościowe, szyfrowane komunikatory, video konferencje, prowadzenie czegoś takiego we właściwy sposób, nie powinno być w rzeczywistości żadnym problemem. To przecież zakrawa co najmniej na ironię że mamy XXI wiek, a nasze grupy, zwłaszcza na poziomie lokalnym, w wielu przypadkach nadal są zarządzane według rozwiązań wyniesionych wprost z parafialnych kółek.

Jeśli myślenie dla naszej organizacji jest bazą, to jej strukturę należy uznać za pewnego rodzaju ramę. Oba te elementy są ze sobą nawzajem w bezpośredni sposób związane. Ich wzajemna relacja jest niezwykle istotna i jak pokazuje praktyka; tak naprawdę nierozerwalna. Gdy struktura działa tak jak powinna, to umożliwia ona naszym grupom przekształcanie podejmowanych działań w konkretne korzyści i pozytywne „skutki” dla prowadzonych przez nas przedsięwzięć czy w szerszym ujęciu; dla całej naszej Sprawy. Jednak ruchy nacjonalistyczne w całej Europie potrafią robić tyle samo dobrych akcji co złych i kompletnie nieprzemyślanych, a to nie jest bez znaczenia, bo niejednokrotnie tuzin dobrych inicjatyw daje mały owoc, a jedna zła potrafi przekreślić lata ciężkiej i często frustrującej pracy organizacyjnej. Dlatego ostatnim elementem stworzonej przeze mnie w tym tekście układanki, będzie przyjęcie i zaadaptowanie do obecnych warunków: nowego sposobu działania. Nie ulega wątpliwości, że aktywizm nacjonalistyczny, jeśli ma być czymś więcej niż tylko sposobem na zabicie nudy czy życiowej frustracji, powinien być prowadzony w oparciu o konkretnie wyznaczone zasady i koncepcje. Po pierwsze, nasze organizacje powinny przestać działać w oparciu o wąsko i naiwnie rozumiany interes własny, a zacząć działać w oparciu o właściwie zbilansowane spojrzenie na dobro i interes całego środowiska. Brzmi to pewnie dość nierealnie, bo wymaga od nas co oczywiste odrzucenia osobistych ambicji i większego skupienia się na wykonywaniu własnej „roboty” w obszarze w którym na co dzień działamy i w którym to jesteśmy najlepsi. Jednak czy zastanawialiście się w jakim miejscu byśmy byli, gdybyśmy połowę z tego czasu który poświęcamy obecnie na plotki, bezsensowną krytykę innych i bezwartościowe dyskusje na jeszcze bardziej bezwartościowych forach w Internecie, przeznaczyli na pracę formacyjną lub konkretne rozwijanie spójnych ze sobą rozwiązań ideowych i organizacyjnych? To czego potrzebujemy to nacjonalizm rozumny i dojrzały, to organizacje które mogą się między sobą różnić i ze sobą współzawodniczyć, ale robić to bez prowadzenia na siebie nawzajem wzajemnych ataków i wreszcie to prawdziwe środowisko; społeczność na tyle szeroka by móc mówić o tym że posiada ono swoje własne liczące się zaplecze i ma coś więcej do zaoferowania ludziom niż jedynie odrobina zabawy dla młodych ludzi czy przystań dla miernot, którzy działalność traktują jako sposób na zasypanie swojej własnej próżności. Jeśli nacjonalizm ma być nadal zabawą, subkulturą czy niezdefiniowaną bliżej modą, to warto będzie sobie prędzej czy później pytanie czy nie będzie lepiej dla nas wszystkich, żeby go nie było w ogóle?

Znajdując się obecnie w samym środku szalejących przekształceń politycznych, społecznych i cywilizacyjnych, szczególnie ważne i istotne dla nas jest to co od zawsze w pierwszej kolejności cechowało wybitne jednostki i zorganizowane grupy ludzi, które wykazały i dowiodły swojej zdolności do twórczego wpływania na rzeczywistość. Dlatego dziś musimy przede wszystkim właściwie rozpoznać ducha panujących czasów. Twierdząco odpowiedzieć na wymagania jakie przed nami stawia obecna epoka. Przyjąć i wyjść naprzeciwko wyzwaniu jakie stawiają przed nami nasze czasy. Powstałą w latach 70 ubiegłego wieku ideologię Trzeciej Pozycji należy według mnie odczytywać jako próbę wypracowania właśnie takiej odpowiedzi. Złotego środka zdolnego rozsadzić obecny porządek społeczny i wyprowadzić nacjonalizm z katakumb znów na powierzchnię, przywracając mu tym samym należne mu miejsce. Dziś, choć z wielu powodów płomień tej idei w znacznym stopniu przygasł, pozwalając tym samym na rozwój różnego rodzaju patologii i deformacji w naszym środowisku, pragniemy w ten drobny i być może nie wystarczający sposób ogłosić wszystkim powrót na stałe, awangardy radykalnego nacjonalizmu na nasze salony.


I choć autor z pewnością nie rości sobie prawa do stu procentowej słuszności stawianych przez siebie tez to ma jednak gorącą nadzieję, że rozpocznie w ten sposób środowiskową dyskusje na kluczowe dla nas kwestie, wśród których wiele z nich jest wciąż możliwych do wspólnego i trwałego wypracowania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.