Portal 3droga.pl

Portal Nacjonalistyczny

Dawid Kaczmarek: Czy możemy zaufać Stanom Zjednoczonym?

Poczucie bezpieczeństwa stanowi jedną z najważniejszych potrzeb każdej jednostki. Potwierdzająca to piramida Maslowa jest tak szeroko rozpowszechniona i akceptowana w naukach społecznych, że twierdzenie to, zgodnie z sentencją wywodzącą się jeszcze z prawa rzymskiego manifestum non eget probatione, mogłoby równie dobrze nosić miano faktu na tyle oczywistego, że sam w sobie nie wymaga on już dalszego udowadniania. Bez względu jednak na to czy docenimy jego wagę, czy też uznamy za kolejny, pozbawiony głębszego znaczenia truizm, to ta z pozoru prosta i zwyczajna konstatacja niesie za sobą doniosłe konsekwencje nie tylko dla życia ludzi oraz interakcji pomiędzy nimi, lecz także dla działalności państwa; zarówno w sferze stosunków wewnętrznych, jak i zewnętrznych.

Postać należąca do kanonu obowiązkowego tak zwanej geopolityki klasycznej, niemiecki badacz z końca XIX wieku, Friedrich Ratzel jako pierwszy przedstawił w swoich pracach koncepcję państwa organicznego. W dużym stopniu uproszczenia zakładała ona to, że państwa funkcjonują na podstawie tych samych zasad co inne organizmy żywe i działają według modeli zachowań, które występują także w stosunkach społecznych lub w środowisku naturalnym. Tak więc gdybyśmy chcieli niejako rozwinąć jego stwierdzenie, idąc nadal w granicach tego toku rozumowania, moglibyśmy wysnuć wniosek, że państwo (które przecież jest w pewnym sensie niczym innym jak właśnie sumą jednostek), posiada w swojej istocie taką samą hierarchię potrzeb co człowiek i kierują nim te same instynkty. Dlatego więc: w sytuacji zagrożenia lub utrzymującej się dłużej niepewności co do swojego bezpieczeństwa, będzie ono ponad wszystko promować interes własny i wszelkimi możliwymi sposobami (z pominięciem obowiązującej moralności) dążyć do jego zabezpieczenia.

Wątpliwości na temat tego, czy koncepcja geopolityczna z końca XIX wieku, w ogóle nadaje się jako kontekst do analizy polityki zagranicznej państwa współczesnego, powinny zostać stanowczo rozwiane przez nasze doświadczenia z ostatnich paru lat. Aneksja Krymu przez Federację Rosyjską w 2014 roku (uznawana przecież przez Rosję za w pełni uzasadnioną- ze względu na konieczność obrony „bliskiej zagranicy” przed zbyt ofensywnie rozwijającymi się w ich mniemaniu strukturami NATO), trwająca od tamtego momentu wojna na wschodzie Ukrainy (pierwszy taki konflikt w Europie od dłuższego czasu, mający niebagatelny wpływ na system bezpieczeństwa całej wschodniej granicy Unii Europejskiej), powstanie islamskiego kalifatu proklamowanego przez tzw. Państwo Islamskie (co stanowi jednocześnie skutek destabilizacji regionu, a zarazem symptom zachwiania się globalnego systemu bezpieczeństwa stworzonego i istniejącego w oparciu o Stany Zjednoczone), czy wreszcie kryzys migracyjny z 2015 roku i rozpoczęcie procesu Brexitu rok później; wydarzenia te są w różnym stopniu jednocześnie przyczyną, powodem, jak i rezultatem pęknięcia w poczuciu bezpieczeństwa nie tylko wśród państw (de facto na całym świecie), lecz także wśród ich obywateli (co po raz kolejny pokazuje wpływ interakcji na linii obywatele-państwo).

Fakt ten w przypadku Europy, eksperci uznają za źródło powstania między innymi zjawiska „fali populizmu”, która doprowadziła w wielu miejscach do wzmocnienia, czy nawet wyniesienia do władzy sił ochrzczonych w mainstreamie mianem „antyliberalnych”. W tym kontekście; w większości opracowań, w przypadku Polski podnosi się w ramach przykładu sukces wyborczy Prawa i Sprawiedliwości z 2015 roku.

Choć można by się w tym miejscu spierać, czy pewnego rodzaju fenomen wyborczy PIS należy umieścić w ramach opisanej w poprzednim akapicie dynamiki, to jednak faktem jest to, że partia ta doskonale odnalazła się w ówczesnych nastrojach społecznych i umiejętnie je skanalizowała: zarówno poprzez zapewnienie poczucia bezpieczeństwa wewnętrznego (stanowcza decyzja ws. systemu relokacji uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki), jak i zewnętrznego (deklaracja zintensyfikowania obecności w NATO i wzmocnienia sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi). Dziś po pięciu latach rządów Dobrej Zmiany wiemy, że jej stanowisko w stosunku do migracji było jedynie sprytnym i całkowicie obliczonym na zdobycie głosów manewrem. Pozostaje w takim przypadku pytanie: co z bezpieczeństwem zewnętrznym? Czy udało się na tej płaszczyźnie osiągnąć coś istotnego? W jakim stopniu jest ono uzależnione od związków z USA i wreszcie:

Jak na początku lat dwudziestych XXI wieku wygląda stan bezpieczeństwa Polski na arenie międzynarodowej.

Punkt pierwszy i ostatni: Stany Zjednoczone

W ramach kronikarskiej dokładności, na samym początku tej części artykułu, należy zauważyć, że postulat wzmocnienia relacji z USA i stworzenia „transatlantyckiej” Polski w agendzie politycznej Prawa i Sprawiedliwości nie był niczym nowym lub wyjątkowym. Na różne sposoby i przy różnych okazjach był on artykułowany przez to środowisko już od czasów działalności publicznej śp. Lecha Kaczyńskiego. Tym razem jednak wszystko mogło potoczyć się całkowicie inaczej. Na polu relacji ze Stanami Zjednoczonymi, obóz Dobrej Zmiany rozpoczął swoje działania od poważnej wpadki, zaliczonej już w okolicach listopada 2016 roku.

Jak to często bywa w przypadku naszej politycznej rzeczywistości, moglibyśmy się o niej nawet nie dowiedzieć, gdyby nie mieszanka przypadku, dociekliwości mediów i nieudolności decydentów. Witold Waszczykowski, ówczesny Minister Spraw Zagranicznych w rządzie Beaty Szydło (notabene chyba największe rozczarowanie okresu 2015-2020), pytany o kontakty rządu z otoczeniem Donalda Trumpa, powiedział w rozmowie z Bogdanem Rymanowski na antenie TV24, że: „Z tego, co wiem, tam są Polacy, związani z Polonią. Trzeba natychmiast uruchamiać wszystkie kanały”. Ta krótka, prawie jednozdaniowa wypowiedź mogłaby przejść bez echa, gdyby nie była w zasadzie równoznaczna z tym, że administracja państwowa praktycznie w przededniu wyborów w Stanach Zjednoczonych, nie była właściwie przygotowana na rozwój sytuacji politycznej u naszego „strategicznego” sojusznika.

Czy fakt ten był w tamtym momencie wynikiem słabego przygotowania merytorycznego do pełnienia określonych zadań, czy też może chodziło o zbyt wielkie przywiązanie do przedwyborczych sondaży i mainstreamowej narracji, która jak pamiętamy w zasadzie ustawiła wtedy debatę na temat ówczesnych wyborów prezydenckich na całym świecie? Na tą chwilę nie sposób udzielić w tym miejscu jednoznacznej odpowiedzi.

Dość rzec, że wspomniane powyżej zaniedbanie mogłoby w określonych warunkach stanowić poważną i długotrwałą przeszkodę na drodze do zrealizowania sztandarowego postulatu wyborczego PIS w zakresie polityki zagranicznej. Jednak jak wiemy z perspektywy obecnego stanu wiedzy, w jakiś sposób zdołano je wówczas przezwyciężyć. Jak? To kolejne pytanie bez stuprocentowo pewnej odpowiedzi. Można spekulować, że dla zawiązania bliskich relacji pomiędzy PIS a administracją Trumpa nie bez znaczenia były takie czynniki jak: bliskość ideowa (ze względu na deklaratywny konserwatyzm Trumpa), spełnienie przez Polskę kryterium finansowego 2% PKB na wydatki na zbrojenia w ramach NATO oraz znacznie bardziej prozaiczny (lecz nie mniej istotny) fakt, że wobec rezerwy społeczności międzynarodowej i chłodnego przyjęcia z jakim spotkał się na początku nowy prezydent USA, jego administracja została niejako zmuszona do oparcia się o tradycyjne więzy i ustabilizowane na przestrzeni lat kontakty w przeprowadzaniu swoich działań w sferze zewnętrznej.

Faktycznie trzeba tu przyznać, że relacje dyplomatyczne ze Stanami Zjednoczonymi udało się za czasów obecnych rządów znacznie zintensyfikować.

Widać to wyraźnie zwłaszcza, gdy porównamy aktywność zagraniczną Prezydenta Andrzeja Dudy do działalności jego poprzednika. W latach 2015-2020 (czyli właściwie przez pięć lat rządów) odbył on prawie dwa razy więcej wizyt w Stanach Zjednoczonych niż za czasów prezydentury Bronisława Komorowskiego (stosunek 11 do 6). Wyraźnie widać, że Polska starała się aktywnie podejmować kontakt z władzami Stanów Zjednoczonych przy różnych okazjach. W trakcie rozmów lobbowano głównie za wsparciem USA w zakresie dywersyfikacji dostaw energii, oraz wzmocnienia obecności wojsk amerykańskich w Polsce. Do oficjalnych spotkań z Donaldem Trumpem doszło dwa razy: we wrześniu 2018 roku i w czerwcu 2019 roku. Choć należy odnotować, że zdjęcie z podpisywania przez Andrzeja Dudę umowy energetycznej na stojąco obiegło Internet, całkiem słusznie stając się powodem do żartów i kpin, to trzeba także przyznać, że późniejsze forsowanie hasła „Fort Trump” w kontekście utworzenia bazy amerykańskich wojsk w Polsce, było całkiem ciekawą i trafną taktyką negocjacyjną.

Ogólnie rzecz ujmując trzeba przyznać, że pomijając małe załamanie w trakcie sporu z Izraelem nt. Ustawy o IPN (Onet ujawnił wtedy m.in. poufną notatkę ambasady polskiej w Waszyngtonie, która mówiła o blokadzie spotkań polskich władz z prezydentem USA do czasu zażegnania sporu z Izraelem. Nie została ona nigdy przekonująco zdementowana), relacje pomiędzy oboma krajami są bardzo dynamiczne i odbywają się na znacznie wyższym poziomie niż za czasów rządu koalicji PO-PSL.

Na szczególną uwagę w tym kontekście zasługuje współpraca na polu:

dyplomatycznym: tu przede wszystkim trzeba wymienić Inicjatywę Trójmorza, która pomimo tego, że jak się oficjalnie deklaruje jest niezależną inicjatywą państw Europy Środkowo-Wschodniej (wspomina się w tym kontekście głównie o Polsce i Chorwacji), to jednak trudno sobie wyobrazić. by mogła zawiązać się w określonym kształcie bez wsparcia politycznego Stanów Zjednoczonych. Dobitnie pokazuje to między innymi honorowa obecność Donalda Trumpa na II szczycie Państw Trójmorza w Warszawie (jedyna głowa państwa spoza państw uczestniczących), czy też stosunkowo niedawna deklaracja Sekretarza stanu Mike’a Pompeo, który na ostatniej konferencji w Monachium, ogłosił w imieniu Waszyngtonu plan przekazania jednego miliarda dolarów amerykańskich do Funduszu Trójmorza celem wsparcia animowanych przez niego projektów energetycznych i infrastrukturalnych. Dodatkowo warto w tym miejscu wspomnieć o aktywnych działaniach Stanów Zjednoczonych przeciwko niemiecko-rosyjskiemu projektowi Nord-Stream 2 (stanowcze sankcje ekonomiczne z grudnia 2019 nałożone na firmy biorące udział w budowie gazociągu).

energetycznym: tu prócz podpisanych w listopadzie 2017 roku i w czerwcu 2018 kontraktów na dostawy amerykańskiego gazu skroplonego LNG do Polski, należy wymienić przede wszystkim dwie długoterminowe umowy z października tego samego roku, zawarte pomiędzy PGNiG oraz firmami Venture Global Calcasieu Pass i Venture Global Plaquemines LNG. Obie zakładają dostawę około 1 miliona ton LNG rocznie przez okres 20 lat, co według ówczesnego prezesa spółki PGNiG, Piotra Woźniaka, stanowiło pierwszy tak długoterminowy kontrakt na zakup amerykańskiego surowca w Europie Środkowo Wschodniej.

zbrojeniowym: dzięki pogłębionym relacjom z USA, Polska uzyskała możliwość zakupu sprzętu wojskowego, faktycznie dostępnego jedynie dla sojuszników wyższego rzędu. Chodzi w tym miejscu o: dwie baterie systemu rakietowego ziemia powietrze MIM-104 Patriot oraz trzydziestu pięciu myśliwców nowej generacji F35A Lightning, które zostały szczególnie entuzjastycznie przyjęte przez obóz władzy, a Minister Obrony Narodowej Mariusz Błaszczak podkreślał, że dadzą nam one przewagę w powietrzu.

Głos przeciwny

Faktycznie; jeśli miałbym zakończyć w tym miejscu artykuł, zostawiając czytelnika jedynie z pewnego rodzaju zbiorem komunikatów prasowych na temat relacji ze Stanami Zjednoczonymi, rzeczywiście można by było wysnuć uprawniony wniosek, że rok 2015 wprowadził nas w nową erę aktywności Polski na arenie międzynarodowej, a kraj nasz, jak obiecywano to w czasie przedwyborczych przepychanek, rzeczywiście „wstał z kolan”. Tak skrojona myśl przewodnia tekstu, bez wątpienia pasowałaby do serwisu TVP, lecz z drugiej strony nie zmienia to faktu, że bez dodania głębszej analizy, ten tekst nie mógłby być po prostu nazwany merytorycznym.

Kiedy pochylimy się nad szczegółami, jak na dłoni widać, że działania aparatu państwowego, które w mediach publicznych przedstawia się jako przełomowe, w swej istocie są znacznie bardziej efekciarskie niż efektowne.

W każdym z omawianych przypadków: albo Stany Zjednoczone odnoszą dwukrotnie większe korzyści od Polski, albo waga otrzymanych przez nas korzyści nie jest tak duża jak starano się to przekazać opinii publicznej, albo też Polska uzyskuje korzyści w perspektywie krótkoterminowej, znacznie komplikując swoje położenie w perspektywie długoterminowej.

Szczególnie widać to na przykładzie Inicjatywy Trójmorza. Realizacja takiej idei w praktyce, może budzić ciepłe odczucia w kręgach narodowych, ze względu na pewnego rodzaju zbieżność z przedwojenną ideą Intermarium. Jednak w tym przypadku podobieństwo kończy się tak naprawdę na z grubsza podobnym zasięgu geograficznym. Należy zauważyć, że przez pięć lat swojego istnienia, realizacji doczekał się jedynie ekonomiczny aspekt Trójmorza. Projekt ten nie przełożył się natomiast na żadne wymierne korzyści polityczne (np. w zakresie pozycji Polski w Unii Europejskiej), co nasuwa wniosek nt. ograniczonej funkcjonalności tej inicjatywy na arenie międzynarodowej. Dodatkowo trudno oprzeć się wrażeniu, że za wsparciem Amerykanów dla Trójmorza stoją trzy bardzo namacalne kwestie, które w dłuższej perspektywie niosą za sobą zagrożenie dla naszego kraju.

Po pierwsze Stany Zjednoczone zdawały się (zwłaszcza na początku) promować Trójmorze jako pewną alternatywę/klin wbity w Unię Europejską na linii podziału pomiędzy starą i nową Europą. Zabieg taki w momencie gdyby okazał się sukcesem, mógłby de facto posłużyć do trwałej dezintegracji kontynentu europejskiego i wyłączyć go z rywalizacji na arenie globalnej.

Po drugie: Trójmorze doskonale wpisuje się w amerykańską strategię przeciwdziałania chińskim wpływom w regionie (Grupa 16+1). Przy odpowiednio silnym nacisku; udział USA w tej inicjatywie mógłby z powodzeniem uniemożliwić Polsce prowadzenie polityki wielowektorowej, która zwłaszcza na płaszczyźnie gospodarczej leży w naszym żywotnym interesie. Po trzecie: nie trudno sobie wyobrazić wykorzystania przez Amerykanów Inicjatywy Trójmorza w ramach dźwigni negocjacyjnej w stosunku do Federacji Rosyjskiej. To z jednej strony stawia nas w roli zakładnika relacji rosyjsko-amerykańskich, a z drugiej po raz kolejny w charakterze „ofiary”, która mogłaby zostać złożona przez Amerykanów na ołtarzu poparcia Rosji dla działań skierowanych przeciwko wzrastającym w siłę Chinom.

Dzięki współpracy na polu zbrojeniowym rzeczywiście uzyskaliśmy dostęp do sprzętu uznanego na całym świecie i to na zasadach, które byłby niemożliwe do uzyskania w przypadku poprzednich ekip politycznych. Na tym jednak w gruncie rzeczy kończy się kwestia pozytywów. Wspomniane powyżej zakupy (zwłaszcza w przypadku myśliwców F-35) odbyły się z pominięciem postępowania przetargowego i uznanych zasad transparentności. Ich realizacja niebezpiecznie mocno uzależniła nas od jednego państwa, co w przypadku np. zmiany kursu politycznego Stanów Zjednoczonych mogłoby okazać się dla nas okazać poważnym zagrożeniem. Podpisane umowy przyniosły nikłą korzyść dla wzmocnienia zdolności krajowego przemysłu zbrojeniowego (tę kwestię podnoszono w przypadku systemu Patriot, gdzie obniżkę ceny zamówienia osiągnięto kosztem zniwelowania offsetu). Wreszcie: w obu przypadkach zakup wspomnianego uzbrojenia przedstawiono jako fundamentalny krok w modernizacji Wojska Polskiego- co było sprawnym zabiegiem propagandowym, lecz niczym ponadto.

Transakcje przeprowadzone dzięki relacjom ze Stanami Zjednoczonymi właściwie zamknęły tak potrzebną obecnie dyskusje na temat reformy i modernizacji Polskich Sił Zbrojnych. Podobnie wygląda kwestia ze współpracą na polu energetycznym. Dzięki dostawom LNG z USA, Polska zyskuje szansę na choć częściowe uniezależnienie się (lub zyskanie przestrzeni w negocjacjach) od Federacji Rosyjskiej.

Jednak z drugiej strony tak mocne związanie się ekonomiczne ze Stanami Zjednoczonymi zamyka nam drogę do uzyskiwania surowców z innych źródeł. To de facto stoi w jaskrawej sprzeczności z deklarowanym przez rząd dążeniem do dywersyfikacji dostaw w tym sektorze (za przykład może posłużyć w tym miejscu zatrzymanie inwestycji PGNiG w Iranie ze względu na groźbę amerykańskich sankcji gospodarczych).

Tą część artykułu można by doskonale podsumować wyborem rzeczywistego symbolu relacji polsko-amerykańskich w latach 2015-2020. Zamiast rządowego „wstawania z kolan”, bardziej nadaje się w tym miejscu tutaj pani ambasador Mosbacher, której szereg wpadek i skandali z jej udziałem, nasuwa całkiem możliwy wniosek, że nie traktuje ona Polaków poważnie jako politycznych partnerów, lecz raczej jako chwilowych zarządców kolejnej zdobyczy w akwarium globalnego Pax Americana.

Stan faktyczny

Model obecnych relacji Polski z USA w zasadzie w stu procentach odpowiada typowemu modelowi relacji Imperium z państwem o statusie, który nie mieści się nawet na dobrą sprawę w granicach naukowego pojęcia „mocarstwa regionalnego”. W takim przypadku z uwagi na oczywistą dysproporcje sił i kompletnie inną płaszczyznę działań, w warunkach zagrożenia perspektywa zauważona przez Ratzela w XIX wiek będzie w miarę upływu czasu zaznaczać się coraz mocniej i mocniej. Oznacza to tyle, że Stany Zjednoczone będą kontynuować zapoczątkowany jeszcze za czasów Baraka Obamy zwrot w kierunku Azji, wskutek czego Europa (a zwłaszcza Europa Środkowo Wschodnia) zacznie tracić dla Amerykanów znaczenie strategiczne, przez co gwarancje bezpieczeństwa dla Polski mogą się wkrótce okazać nie wiele warte, zwłaszcza gdy zostaną zderzone z koniecznością globalnego przeciwdziałania postępom Chin.

Sprawa naszego bezpieczeństwa została złożona przez polityków Zjednoczonej Prawicy (choć nie jest to tylko ich wina) w ręce państwa, co do którego działań nie możemy być niczego tak naprawdę pewni. Jest tak już nie tylko ze względu na opisywaną powyżej, oczywistą dysproporcje sił, lecz także ze względu na kwestie znacznie bardziej prozaiczne. Nowe i niespodziewane otwarcie w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi okazało się możliwe dzięki nieortodoksyjnemu podejściu Donalda Trumpa do liberalnego porządku w stosunkach międzynarodowych. Związana z nim dynamika może jednak zostać równie szybko odwrócona, choćby nawet w imię partykularnych korzyści w polityce wewnętrznej, jeśli zostanie on zastąpiony przed kandydata Demokratów, czy nawet bardziej ostrożnego Republikanina (jeśli nie w tej kadencji, to w następnej ze względu na ograniczenia konstytucyjne). Bezpieczeństwo Polski jest zatem poważnie zagrożone, los naszych relacji z USA zdaje się być jasny, a jego przypieczętowanie łączy się z pytaniem: nie czy to się stanie, lecz kiedy.

Nic dobitniej nie pokazuje braku zdolności do myślenia długoterminowego polskich elit niż sprawa relacji ze Stanami Zjednoczonymi. Austriacki myśliciel Erik von Kuehnelt-Leddihn trafnie kiedyś zaważył, że: „Ogromna różnica między politykiem a mężem stanu polega na tym, że dla polityka ważny jest ponowny wybór lub sukces wyborczy jego partii, zaś dla męża stanu liczy się tylko dobro jego kraju i przyszłych pokoleń”.

Nie mógłbym znaleźć bardziej trafnego podsumowania dla swojego artykułu.

Powyższy artykuł został opublikowany w trzecim numerze pisma “W Pół Drogi”. Cały numer jest dostępny TUTAJ. Wcześniejsze numery naszej gazety można ściągnąć TUTAJ.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.