Portal 3droga.pl

Portal Nacjonalistyczny

Dawid Kaczmarek: Zmierzch Zachodu 2.0? Miejsce Polski w świecie pozbawionym wymówek

Dr. Tomislav Sunić, znany pisarz, analityk i ideolog chorwackiego ruchu nacjonalistycznego, wygłosił we Francji na uroczystościach ku czci Dominique’a Vennera w 2013 roku przemówienie, które nosiło wielce znaczący tytuł: Zachód przeciwko Europie. Podchodząc do przyjętego przez siebie tematu w sposób należycie uporządkowany, rozpoczął wywód od przedstawienia słuchaczom refleksji o naturze semantycznej. Po to, by uniknąć nieścisłości na wstępnym etapie, odwołał się do etymologii słowa Zachód i omówił różnice w jego postrzeganiu, których zakres i stopień jest zależny w głównej mierze od kraju i regionu Europy, który weźmie się w danym momencie pod uwagę.

Trafnie zauważył, że w dużym uproszczeniu słowo to posiada dwa główne znaczenia: geograficzne (to przykład Europy Wschodniej: języka polskiego, czeskiego, chorwackiego i rosyjskiego) i w pewnym sensie ideologiczne (co według niego w szczególnie jaskrawy sposób widać w przypadku języka francuskiego, gdzie termin Occident i Occidentalisation łączy się nie tylko z określonym kierunkiem świata, leczna przestrzeni ostatnich lat nabrał także znaczenie pejoratywne, porównywalne w pewnym stopniu ze słowem westernizacja, które funkcjonuje w Polsce. To zapożyczenie z języka angielskiego i jest znacznie mniej wyraziste od swojego francuskiego odpowiednika). Sunić wskazał w ten sposób na coś co czytelnikom może się wydawać oczywiste – jednak wyraźne zaznaczenie tego faktu, umożliwi nam płynne przejście do następnego wątku w tym artykule. Słowa, nawet jeśli z pozoru są takie same pod względem strukturalnym, nabierają różnego znaczenia i wydźwięku. Jest to zależne w głównej mierze od indywidualnych dróg rozwoju i meandrów historii każdego narodu i państwa.

Jak to wygląda w przypadku Polski? Prócz tego co naturalnie zauważył w swoim przemówieniu Sunić, nie trudno wysnuć wniosku, że w naszym kraju słowo Zachód na przestrzeni lat urosło znacznie bardziej ponad swoje podstawowe znaczenie. Nie ulega wątpliwości, że w skutek tego zdominowało ono także debatę publiczną na temat prowadzenia polityki zagranicznej. Dlaczego? Wyczerpująca odpowiedź na to pytanie mogłaby z powodzeniem stać się tematem oddzielnego artykułu.

Dość rzec, że po upadku komunizmu w Europie osłabione państwo polskie, pozbawione ze względu na niesprzyjające okoliczności oraz ogólną dynamikę układu międzynarodowego – luksusu obrania ewolucyjnego kierunku na „okres przejściowy”, niezwykle szybko „wkroczyło” w kompletnie nowy świat. Okoliczności te zastały solidarnościowe „elity” całkowicie nieprzygotowane i wręcz opóźnione względem tempa zachodzących wypadków. Ten szok poznawczy (bo tak przypuszczalnie nazwałaby to zjawisko współczesna psychologia) doprowadził do wykształcenia się wśród środowisk opiniotwórczych w naszym kraju swoistego kompleksu wobec Zachodu. To właśnie on, podobnie jak każdy schemat poznawczy, wypaczył i zatarł prawdziwe znaczenie tego słowa i sprawił, że dziś w kontekście Polski można byłoby je rozpatrywać na trzech głównych poziomach:

marzenia (o wielkiej i dostatniej przyszłości poza granicami kraju),

wymówki (dla niepodejmowania starań o poprawę sytuacji państwa i obywateli),

gwarancji (dla bezpieczeństwa i dobrobytu, który będzie trwał już po wsze czasy i bez względu na zachodzące wokół zmiany).

Czy wobec tak jasnych i namacalnych ograniczeń o naturze mentalnej, których linie przebiegają poprzez przekrój całego społeczeństwa, nie patrząc przy tym na podziały polityczne, można zachować w ogóle spokój i optymizm w momencie prowadzenia rozważań na temat tego jakie miejsce może zająć Polska w świecie pozbawionym Zachodu?

Zmierzch Zachodu?

Zmierzch Zachodu (koncept znany czasem także jako: Upadek Zachodu w zależności od tego jakim posługujemy się tłumaczeniem) nie jest tak naprawdę jakimś nowym i niepoddawanym do tej pory analizie terminem. Po raz pierwszy pojawił się on w obiegu publicznym w 1918 roku, kiedy to Oswald Spengler, niemiecki filozof sztuki i kultury, napisał książkę pt. Zmierzch Zachodu (niem. Der Untergang des Abendlandes).

Był to przełomowy traktat z dziedziny historii cywilizacji, który prezentował cykliczną wizję dziejów (zamiast tradycyjnie linearnej) i przedstawiał w perspektywie „morfologii” historii tezy dotyczące nieuchronnie zbliżającego się krachu cywilizacji Zachodu. Wniosek ten idealnie wpasował się wówczas nie tylko w nastroje europejskich społeczeństw zmęczonych doświadczeniami I wojny światowej, lecz także w nową dynamikę stosunków międzynarodowych, która nieuchronnie zmierzała do destabilizacji kontynentu europejskiego. Przedstawiony przez niego koncept okazał się na tyle silny, wyrazisty i przemawiający do zbiorowej wyobraźni, że na przestrzeni kolejnych lat, był on omawiany w różnych postaciach, modyfikowany i ciągle na nowo podnoszony, nie wykraczając jednak przy tym ponad zasięg szeroko pojętych kręgów tożsamościowych, wciąż pozostając na marginesie oficjalnego dyskursu naukowego. Zmianę w tym zakresie przyniósł dopiero rok 2020 i odbyła się ona w dość niespodziewany sposób. Po ponad stu latach od momentu wydania swojego opus vitae, Oswald Spengler i jego Zmierzch Zachodu został przywołany w ramach wprowadzenia do raportu z tegorocznej Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium. Za każdym razem przygotowuje go grono szeroko uznanych ekspertów od spraw bezpieczeństwa i polityki zagranicznej. W tym roku nadano mu tytuł: Westlessness, co w wolnym tłumaczeniu na język polski należałoby rozumieć jako Brak Zachodu. Główną tezę wspomnianego dokumentu z powodzeniem można byłoby streścić w trzech, przedstawionych poniżej zdaniach:

1. Świat, który znaliśmy dotąd chyli się ku upadkowi.

2. Zachód jest kontestowany zarówno przez siły wewnętrzne jak i zewnętrzne.

3. Musimy nauczyć się żyć w świecie bez Zachodu.

Oczywiście podnoszony przez ekspertów Zachód nie ma zbyt wiele wspólnego z tożsamościowym spojrzeniem na Europę, czy jak niektórzy wolą z Cywilizacją Łacińską. Jednak warto by było zauważyć, że gdyby autor miałby się pokusić o dokonanie paru korekt językowych w wyżej wyróżnionych tezach oraz odrzuciłby oczywistą, niezgodną z naszymi przekonaniami warstwę ideologiczną, mogłoby się okazać, że raport Requiem dla Zachodu (jak określono Konferencję Bezpieczeństwa w Monachium na łamach amerykańskiego dziennika The New York Times) przedstawia swoje myślenie w kierunku, który jest zaskakująco zbieżny z myśleniem europejskich nacjonalistów. To pierwsza taka sytuacja, gdy głos pochodzący niemalże z samego serca establishmentu (wspomniana konferencja gromadzi przedstawicieli państw z całego świata) tak znacząco zbliża się do naszego spojrzenia. Dlatego pamiętając cały czas o fundamentalnych różnicach w definicjach i aksjologii pomiędzy nami a omawianym raportem, warto pochylić się bliżej nad opisanymi tam tendencjami, które według autorów mają wyznaczać zmiany w globalnym układzie sił nadchodzących lat.

Co do nich należy?

1. Rozpad konsensusu co do tego czym jest Zachód. Ten rozdział raportu rozpoczyna się od stwierdzenia, że główną przyczyną stojącą za obecnym kryzysem jest to, że Zachód zgubił swoją własną tożsamość. Lata nieskrępowanego rozwoju globalnego kapitalizmu, połączone z niekwestionowanym panowaniem liberalnego paradygmatu, pozbawiły europejskie elity niezbędnego pokładu autorefleksji i samokrytyki. Te wskutek tego, jak się obecnie wydaje, całkowicie przespały rok 2015 i jego następstwa, które doprowadziły do najpoważniejszego podziału Zachodu w jego historii. W tym kontekście podnosi się oczywiście zjawisko tak zwanej „fali populizmu” oraz jej bezpośrednie następstwo: czyli zawiązanie się w Europie obozu sił nieliberalnych (ang. illiberal forces). Ich przedstawiciele stworzyli własny program, konkurencyjny wobec obowiązującego, oparty w głównej mierze na przynajmniej deklaratywnym konserwatyzmie i zasadach wywodzących się z dorobku chrześcijaństwa.

Zjawisko to doprowadziło do pęknięcia na scenie politycznej Europy, co z jednej strony może być dla nas poważnym zagrożeniem, a z drugiej okazją do wykorzystania. Działalność populistów, bez względu na to jak ocenimy ją z naszego punktu widzenia, może stworzyć w państwach narodowych Europy przestrzeń do pojawienia się bardziej zdecydowanych i radykalnych (a przez to bliższych nam) sił politycznych. To wywołałoby z kolei prawdziwą reakcję łańcuchową, która w skali całego kontynentu musiałaby się przełożyć na odejście od tendencji federalistycznych w Unii Europejskiej i reformę całego systemu integracji europejskiej.

2. Rozpad więzi transatlantyckich.

Jak słusznie zauważył Emanuel Macron w sierpniu 2018 roku – rozpad więzi łączących USA z Europą staje się na naszych oczach powoli faktem. Kwestia ta nie jest oczywiście związana jedynie z decyzjami podjętymi przez obecną administrację w Waszyngtonie. Zwrot Stanów Zjednoczonych w kierunku Azji (ang. pivot to Asia) został już zapoczątkowany za czasów prezydenta Obamy, a ogłoszona przez Donalda Trumpa polityka America First co najwyżej go dopełniła i przypieczętowała scenariusz na przyszłość. Nieuchronne przesunięcie się punktu nacisku amerykańskiej polityki zagranicznej, może postawić Europę w nieodległej przyszłości, w sytuacji bezpośredniego zagrożenia bezpieczeństwa. Mam tu na myśli przede wszystkim zniwelowanie zdolności do odstraszania nuklearnego na terenie naszego kontynentu oraz postępujący zanik parasola ochronnego, który obecnie zapewnia nam NATO. Ten scenariusz z całą pewnością da impuls do wprowadzenia konkretnych zmian w zakresie geostrategicznej samowystarczalności Europy oraz zmusi państwa narodowe do dokonania korekty w swoich własnych systemach bezpieczeństwa.

3. Pojawienie się sił konkurencyjnych. Tak postawiona sprawa oczywiście nie oddaje w pełni złożoności tego zagadnienia. Państwa takie jak Chiny, Rosja czy Iran istnieją przecież nie od dzisiaj i nie od dzisiaj prowadzą dynamiczną politykę ochrony i manifestowania swoich własnych interesów. Ciężko winić jakiekolwiek państwo na świecie (bez względu na to jakiego rodzaju emocjami je darzymy), że w racjonalny sposób działa na arenie międzynarodowej, starając się uzyskać dla siebie jak najwięcej korzyści, przy ponoszeniu jednocześnie najmniejszych możliwych strat. Bardziej istotne w kontekście naszych rozważań jest to, że ich działalność przez długi czas nie natrafiła na jakąkolwiek spójną odpowiedź Europy. Trudno pozbyć się wrażenia, że wspomniane wcześniej elity, może nie tyle co nie zauważyły ruchów państw konkurencyjnych, lecz po prostu należycie ich nie doceniły, ignorując związane z nimi następstwa.

Należy także jasno zaznaczyć w tym miejscu, że państwa te nie muszą być dla nas wrogie, a odpowiedź Europy na związane z nimi wyzwania nie musi być koniecznie konfrontacyjna. Pojawienie się nowych graczy (czy to na arenie globalnej, czy to w regionach strategicznych dla naszego funkcjonowania) po raz kolejny stwarza dla nas szansę dwojakiego rodzaju. Dla pojedynczych państw narodowych kreuje to przestrzeń do zbalansowania swojej pozycji względem interesów różnych potęg, natomiast dla Europy rozumianej jako jedna całość to okazja do „wykrojenia” dla siebie miejsca na arenie globalnej. Wymagałoby to oczywiście pewnego rodzaju koordynacji polityk w sferze zewnętrznej, jednak postulat ten w obliczu koniecznej reformy systemu integracji, zdaje się nie być tak nierealny jak można byłoby go postrzegać jeszcze dobrych parę lat temu.

Co z Polską?

Świat bez Zachodu, jak próbuje nam to przekazać zespół ekspertów Konferencji Monachijskiej, to świat globalnej niepewności i anarchii. Czy aby na pewno? Można byłoby debatować w tym miejscu, na ile takie stanowisko jest wynikiem realnej i obiektywnej analizy faktów, a na ile jedynie kwestią tradycyjnie ugruntowanej pychy i samozadowolenia wśród środowisk opiniotwórczych w Europie. Wiemy jednak na pewno, że Zmierzch Zachodu 2.0 w dalszej kolejności nierozerwalnie związany byłby także z nieuchronną destabilizacją układu międzynarodowego. To całkiem naturalne zjawisko (będące każdorazowo skutkiem osłabienia pozycji hegemona, lub wyłonieniem się nowego) nie musiałoby być jednak dla nas czymś jednoznacznie negatywnym. Pod warunkiem, że w jego wyniku nie doszłoby do całkowitego rozpadu stosunków między państwami, nowe warunki tworzyły by dla nas i dla naszego kraju jedynie nową rzeczywistość pełną fundamentalnych wyzwań, od których nie sposób byłoby się uchylić.

Ta sytuacja narzuca Polsce w pierwszej kolejności konieczność stworzenia jasnego, silnego i kompleksowego programu wielowektorowej polityki zagranicznej. Balans pomiędzy różnymi wpływami, unikanie jasnych i wiążących deklaracji przy jednoczesnym „odcinaniu kuponów” od naszego strategicznego położenia w przestrzeni, zręczne przechodzenie pomiędzy nastawionymi do siebie antagonistycznie obozami i stronnictwami – powinno być jasną drogą do realizacji naszego interesu narodowego. To czego potrzeba nam w tej sytuacji najbardziej: to strategicznej cierpliwości i rozwagi, tak by właściwie rozeznać ostatni moment na to, by jasno opowiedzieć się po którejś ze stron nadchodzącego sporu. Uważny czytelnik mógłby zauważyć tu analogię do przekonania Studnickiego (który także nalegał na jak najpóźniejsze włączenie się do II wojny światowej) czy szerzej do warunków z jakich musieliśmy funkcjonować w dwudziestoleciu międzywojennym. Od ataku III Rzeszy na nasz kraj minęło prawie sto lat, a Polska znów znalazła się na rozdrożu. Czy potrafimy wyciągać wnioski z historii?

Największą bolączką naszego kraju jest to, że nie udało nam się do tej pory (a szczególnie naszym elitom) wykształcić zdolności do myślenia długoterminowego. Tyczy się to każdej, następującej po sobie ekipy politycznej. Prawo i Sprawiedliwość różni się w tym względzie od swoich poprzedników jedynie tym, że stworzony przez tą partię aparat władzy, okazał się w latach 2015-2020 znacznie bardziej sprawny pod względem propagandowym. Nadchodzące czasy wymagają od Polski przede wszystkim odwagi. Jeśli świat bez Zachodu ma być światem bez jakichkolwiek zasad; to nikt nie będzie w nim dbał o zdanie bezbronnych i przejmował się losem słabych. Dlatego nasze wejście w lata 20 powinno wiązać się z głęboką reformą polityki zewnętrznej na następujących płaszczyznach:

ustrojowej (wzmocnienie pozycji ministra spraw zagranicznych w rządzie i wyłączenie agendy jego działań spod bieżącego sporu politycznego),

zagranicznej (reforma aparatu dyplomatycznego, dofinansowanie placówek zagranicznych, otwarcie nowych przedstawicielstw w regionach strategicznych dla funkcjonowania państwa jak np. wschodnia Europa, półwysep Bałkański, pomost bałtycko-czarnomorski i Bliski Wschód),

bezpieczeństwa (stworzenie nowych koncepcji operacyjnych dla Wojska Polskiego, odbudowa Agencji Wywiadu i wyposażenie jej w niezbędne do działania środki i instrumenty, rozwijanie krajowego przemysłu zbrojeniowego),

eksperckiej (zwiększenie ilości pracujących dla państwa think-tanków i fundacji, które tworzyłyby gotowe koncepcje działania i propagowałyby je w sferze naszego bezpośredniego oddziaływania (państwa bałtyckie, Białoruś, Ukraina, Bałkany).

Gdy ostatecznie upadnie skorumpowany gmach demoliberalnego Zachodu, wraz z nim odejdą także kompleksy i ograniczenia umysłowe, które przez lata narosły w naszych państwach. Znikną wymówki i wytłumaczenia dla braku aktywności i marazmu. Jeśli tempo wypadków, które dopiero nadejdą, po raz kolejny zastanie nasze elity nieprzygotowane i opóźnione, powinniśmy być gotowi na to, po co przyszliśmy na świat.

Powinniśmy być przygotowani do działania.

Powyższy artykuł został opublikowany w trzecim numerze pisma “W Pół Drogi”. Cały numer jest dostępny TUTAJ. Wcześniejsze numery naszej gazety można ściągnąć TUTAJ.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.