Portal 3droga.pl

Portal Nacjonalistyczny

Dawid Kaczmarek: Z Pamiętnika Szczura. Rewolucja #4

czarny szczur, pamiętnik szczura

Tamten dzień był wyjątkowo pogodny. Przynajmniej tak właśnie go zapamiętałem. Stałem oparty o murek, zaciągając się dymem z papierosa. Powoli i z nieukrywaną radością. Patrzyłem na masę ludzi wokół mnie, których porywały wówczas prawdopodobnie te same emocje, które ja czułem w głębi swojego serca przez całe życie. Chyba byłem szczęśliwy. Wreszcie. Jednak jako człowiek z gruntu nieufny i ostrożny, nie do końca chciałem zaakceptować to odczucie. Czemu taki jestem? Zawsze musiałem wszystko komplikować. Spojrzałem w niebo nade mną, jak zwykle, gdy szukałem nie tyle co pomocy, lecz ucieczki. Ta oczywiście nie nadeszła. Nie po raz pierwszy. Z zamyślenia wyrwał mnie znajomy głos 

-Przyjacielu? Masz chwilę?- to był mój znajomy Ksiądz. Przewodnik, o którym pisałem w poprzedniej części mojego pamiętnika. Minął już prawie tydzień odkąd to powodowani podszeptem chwili w religijnej procesji udaliśmy się wraz z grupą księży na Plac Centralny i tam już zostaliśmy. W ten sposób oficjalnie wzięliśmy udział w protestach w końcu przechodząc do działania na które tak bardzo czekałem. Oni mieli jednak znacznie gorzej; w imię mgliście rozumianej powinności, położyli na szali całe swoje życie. Zaryzykowali po prostu wszystko co mogli. Dla innych. Czyja odwaga w tej sytuacji ważyła więcej? Czy to się da w ogóle jakoś jasno ocenić? 

Plac od tej pory co dzień gromadził coraz to więcej ludzi. Tak naprawdę w tamtej chwili powoli zaczynał już pękać w szwach. I choć ogólnie rzecz ujmując całość naszych spraw wydawała się iść dobrym torem, to jednak wciąż wiele kwestii pozostawało jeszcze nierozwiązanych, a w powietrzu dało się wyczuć atmosferę ciążącej niepewności. Jej smród było czuć szczególnie w pobliżu stanowisk zajmowanych przez stronników tak zwanej opozycji demokratycznej, skupionej wokół Ruchu na Rzecz Lepszego Jutra. Politycy… mimo woli splunąłem na ziemię. Będzie z nimi jeszcze wiele problemów: 

-Oczywiście! Co się dzieje? – Ksiądz był dla mnie bardzo ważną osobą. W zasadzie można by rzecz, że przywrócił mnie do życia, tuż po tym jak umarłem po raz pierwszy. Wyciągnął mnie z mroku i przeciągnął na stronę światła. W stosunkowo prosty sposób pokazał mi jak warto żyć i za co tak naprawdę warto umierać. To miało dla mnie ogromne znaczenie. Tamta lekcja była przełomowa, a jej wartość niezaprzeczalna. Długu, który wówczas u niego zaciągnąłem, nigdy chyba nie będę w stanie spłacić. I słusznie. Kogoś może dziwić takie opisywanie zwyczajnych relacji osobistych, ale dla mnie takie postawienie sprawy; stawiało naszą wspólną historię we właściwym świetle. Zarówno dla mnie, jak i dla Was. 

-A musi się coś dziać? – zapytał z uśmiechem -Chciałem chwilę z Tobą porozmawiać. Męczy mnie parę myśli i pomyślałem, że dobrze by było uwolnić się od nich w odpowiednim towarzystwie – powiedział wyraźnie zaniepokojony  

-Jasne. O co chodzi? – od razu zapytałem. Nigdy nie lubiłem zbyt długo czekać na złe wieści. 

Pytanie to, choć teoretycznie nie miało w sobie nic trudnego, zawisło w powietrzu, wyraźnie ciążąc nam obu przez dłuższą chwilę. Zbyt długą? Zacząłem w jej trakcie przypatrywać się mojemu przyjacielowi. To dziwne, że choć byliśmy w tym miejscu już prawie tydzień, nie miałem dotąd okazji, by zobaczyć jak bardzo zmieniły go trudy życia na Placu. Widać było, że decyzja o poparciu rewolucji odcisnęło na nim pewnego rodzaju piętno. Stał się znacznie poważniejszy i bardziej milczący. Na jego czole mocniej zarysowały się zmarszczki, a oczy zdawały się utracić ten blask, który odkąd pamiętam był jego głównym znakiem rozpoznawczym. Nie no dobra. Wróć. Może trochę przesadziłem. Jego oczy nie straciły blasku, chyba nie było to tak naprawdę możliwe, jednak trudno było nie zauważyć tej mgły smutku i niepewności. Nikt nie mógł okazać się nigdy w stu procentach wolny od skutków podejmowanych decyzji. 

Gdy doszliśmy do rzędu niedużych ławeczek, mój przyjaciel spoczął na jednej z nich, złożył ręce jak do modlitwy chcąc chyba głównie ukryć ich drżenie i powiedział: 

-Wiesz trochę to wszystko mi się nie podoba…- zaczął powoli i niepewnie

Jak to? Co się wydarzyło? Przecież chyba nie chce się poddać? Nie mógł zmienić zdania po niecałym tygodniu. Moja głowa, jak to zwykle bywało w takich sytuacjach, niemalże od razu zaczęła pracować na najwyższych obrotach, chcąc właściwie przeanalizować sprawę i znaleźć możliwe wyjście. Tylko wyjście z czego? Przecież tak naprawdę nie wiedziałem jeszcze o co chodzi. On widząc to i doskonale wiedząc jak zwykłem się zachowywać w tego typu sytuacjach jak ta, podniósł rękę w takim geście, jakby chciał uciszyć stojąc przed nim tłum i powiedział powoli lecz stanowczo przez zaciśnięte z gniewu usta: 

-Cicho! Cicho! Przecież nawet nie wiesz co tak naprawdę chcę Ci powiedzieć – otworzyłem ze zdziwienia usta, chcąc coś powiedzieć na swoją obronę. Nie wpadłem jednak na nic wystarczająco przekonującego i odpowiedniego w takiej sytuacji. Dlatego zamilkłem i spuściłem pokornie głowę 

-Przestań zakładać, że zawsze z góry wiesz co kto myśli, po co i dlaczego!- ksiądz uparcie kontynuował. Rzadko kiedy miałem okazje widzieć na jego twarzy aż takie zacięcie! Chciałem zapaść się pod ziemie. 

Musiałem przyznać przed sobą samym, że co by tu dużo mówić: miał rację. Za dużo myślę i zbyt często za dużo mi się po prostu wydaje. O ile kwestia ta w przeszłości była w rzeczywistości powodem wielu moich porażek na polu osobistym, to tu i teraz, na Placu Centralnym stawka była przecież znacznie większa. Moje zadufanie, czy zbyt wielka pewność siebie mogła kosztować życie i to nie tylko moje. 

Po prawdzie jednak należy przyznać ze złość nie leżała w jego naturze. Odkąd pamiętam nigdy nie potrafił się zbyt długo złościć. Zwłaszcza na mnie. Dlatego też, gdy na jego twarz na nowo powrócił uśmiech, od razu przeszedł do wątku, który mu przerwałem:  

-Nie. Nie chcę się wycofać. Nie o to mi chodzi. Problemem jest to, że od tygodnia przypatruję się ludziom tutaj, spotykam się z nimi nie tylko w konfesjonale. I słuchaj… oni sobie nie do końca zdają sprawę z tego co się tutaj dzieje i co się z tym tak naprawdę łączy. 

-To znaczy? – zapytałem zaintrygowany. Zawsze lubiłem słuchać jego cennych spostrzeżeń. Były one o tyle szczególnie istotne, że Ksiądz nigdy nie bał się mi mówić prosto w twarz rzeczy niepopularnych i często zwyczajnie trudnych. Minęło trochę czasu zanim odkryłem w tym wielką wartość. 

-Martwię się tym, żeby nas nie zabiło lenistwo serc. I to dosłownie – kontynuował śmiertelnie poważny.  

-Mój przyjacielu! – uśmiechnąłem się szeroko – W jednym pobyt na Placu Cię nie zmienił. Wciąż uwielbiasz mówić zagadkami! 

-Rozejrzyj się dookoła. Tańce, śpiewy, balony, polityka. To festyn, a nie rewolucja. Obóz na placu nawet nie jest pilnowany, nikt nie sprawdza tego kto tu wchodzi… Nie wiem czy rozumiesz o co mi chodzi, ale ty siedziałeś w więzieniu i już raz zostałeś pochowany. Dasz sobie radę w różnych warunkach, ale ci wszyscy ludzie dookoła nas? Oni są bezbronni. W tym układzie czeka ich tylko rzeź… Po prostu mam złe przeczucia – widać, że autentycznie przejmował się tym czego doświadczał tutaj w ostatnich dniach. Cóż trudno było mu się tak naprawdę dziwić. Choć miał ogromny umysł i jeszcze większego ducha, to jednak nie był nawykły do takich sytuacji jak ta. Konsekwencje musiały być dla niego jeszcze większe niż dla nas.  

-Okeeej. Chyba rozumiem do czego zmierzasz. Powiem Ci coś o tym, ale to musi pozostać między nami: Dowództwo naciska na przedstawicieli Ruchu na Rzecz Lepszego Jutra, by wprowadzić pewne zmiany w temacie bezpieczeństwa, ale idzie to bardzo opornie. Politycy mówią, że Plac Centralny to miejsce dla wszystkich, że nasza rewolucja to rewolucja radości i takie tam – rozłożyłem bezradnie ręce 

Ksiądz spojrzał mi w oczy, chciał coś powiedzieć, ale widocznie ugryzł się w język. Powoli pokręcił głową i zamiast tego co planował powiedzieć, zwrócił się do mnie z czymś kompletnie innym:  

-Nie muszę Ci mówić jak to wszystko wygląda. Błagam Cię na wszystkie świętości: weź to w swoje ręce. Wczoraj jeden z zakonników mających dostęp do wysoko postawionych dostojników kościelnych powiedział mi, że Kanclerz. Zakała Kościoła, ten sam, którego zrzuciłem ze schodów, przechwalał się, że „nasza śmieszna ruchawka nie przetrwa nawet tygodnia” i, że „on to wie z dobrze poinformowanych źródeł”. Wiesz kiedy mija tydzień? 

-Jutro…- ogarnęło mnie dość nieprzyjemne uczucie. Czy na serio poczułem chłód? Może coś tak pomiędzy. Po prostu w ułamku sekundy zdałem sobie z tego sprawę co to tak naprawdę może oznaczać. 

-Dokładnie.  

-Dobrze. To faktycznie niezbyt dobre wieści i powinniśmy być gotowi na wszelkie ewentualności.  

-Dziękuję. 

Wstałem z ławeczki i miałem zamiar się już z nim pożegnać, on jeszcze jednak na chwilę złapał mnie za rękę wciskając mi do niej różaniec. Prosty. Niczym się niewyróżniający. Jednak różaniec. Dla mnie? Ale po co?:  

-Weź go ze sobą. Gdybyśmy już nie mieli okazji ze sobą tutaj porozmawiać, weź go, niech zawsze Ci o mnie przypomina – powiedział śmiertelnie poważnie  

-Ehh. Przecież wiesz, że ja tak średnio wierzę w to wszystko… w Boga i w ogóle – odparłem niepewnie 

-Ale on wciąż wierzy w Ciebie. To stary różaniec. Został on stworzony w Klasztorze z czasów sprzed tego całego szaleństwa. Był jednym z pierwszych spalonych przez wojska podległe Partii. Weź go. Nie zmuszam Cię do modlenia się. Miej go tylko ze sobą. Mam przeczucie, że nie miną 24 godziny, a będziesz go potrzebował znacznie bardziej ode mnie – uśmiechnął się do mnie i zostawił mnie z głową pełną myśli. Jak zwykle.  

Wtedy jeszcze nie mogłem wiedzieć, że podczas tej rozmowy Ksiądz aż dwa razy powiedział mi o czymś czego jeszcze nie było, a co miało mi się dopiero przydarzyć. 

******** 

To o czym powiedział mi Ksiądz z jednej strony mogło być jedynie niepotwierdzoną plotką, ot wypowiedzią człowieka targanego słusznym strachem i wątpliwościami, jednak z drugiej strony jeśli istniał choć cień podejrzenia, że miał rację, to musiałem o tym poinformować Dowództwo. Jego siedziba na Placu Centralnym mieściła się w budynku jednej z nowo powstałych gazet „rewolucyjnych” o nazwie „Jutro”. Była to doskonała przykrywka dla naszej organizacji. Gazeta też oczywiście działała, robiła się nawet coraz to bardziej popularna zwłaszcza wśród młodszych członków protestu, jednak wciąż pozostawała w tyle za wydawanym przez Ruch na Rzecz Lepszego Jutra pismem o mocno przewrotnej jak dla nas nazwie: „Nowa Prawda”. 

Cóż. Nie wszystko naraz. Grunt, że gazeta istniała i działała, bo dawała ona całkiem wygodne wytłumaczenie dla obecności Szczurów na Placu. Wytłumaczenie to działało nie tylko w przypadku zwykłych ciekawskich czy postronnych obserwatorów, ale także w przypadku polityków szeroko rozumianej opozycji. Większość z nich miała jakąś tam świadomość tego kim jesteśmy, mniejszą lub większą, wszystkich z nich natomiast łączyła bez względu na partyjne przekonania niechęć do nas, a raczej do faktu, że nie mogli nas kontrolować i do wiedzy, że bez nas nie byliby w stanie niczego osiągnąć. Nie zmienia to jednak faktu, że oficjalnie, publicznie byliśmy tolerowani jako Ci, którzy muszą być, ale należy ich udział w decydowaniu na temat protestów ograniczyć do minimum. Wszyscy byli tego doskonale świadomi, a Dowództwo jak dla mnie było w tamtym czasie podchodziło do nich stanowczo zbyt delikatnie. Miałem nadzieje, że widmo poważnych problemów w dziedzinie bezpieczeństwa w końcu zmusi ich do zaostrzenia swojego stanowiska w rozmowach z Ruchem na Rzecz Lepszego Jutra. Może. Właśnie może. Mogłem tylko mieć nadzieje, bo co więcej mi pozostało na tym etapie? Budynek „Jutra” mieścił się akurat na przeciwległym końcu placu, co w nowych warunkach oznaczało całkiem długą wędrówkę naznaczoną koniecznością kluczenia pomiędzy grupami ludzi, scenami i namiotami. „Cóż. Może spacer dobrze mi zrobi”- pomyślałem. Była piękna, letnia pogoda. Słońce grzało z całych sił. Poprawiłem okulary przeciwsłoneczne na nosie, wyciągnąłem zapalniczkę i zapaliłem papierosa. Papierosy. Z każdym kolejnym tygodniem przyrzekałem sobie, że skończę z tym nałogiem raz na zawsze. Ale zawsze coś mi w tym przeszkadzało. Cóż, nie wszystko naraz. Po chwili przystanąłem i uśmiechnąłem się sam do siebie. 

Powiedziałem to już sobie po raz kolejny. 

Obiecałem Wam opowiedzieć tym jak wyglądało miejsce, które rewolucja wybrała na swoją bazę. Plac Centralny był w zasadzie jednym wielkim kompleksem położonym w samym centrum miasta. Składał się z jednego głównego placu o tej właśnie nazwie w środku i czterech mniejszych położonych zaraz przy wychodzących z niego drogach. Mniejsze nosiły nazwy: plac Braterstwa, plac Ojczyzny, plac Pracy i plac Dobrobytu. Struktura całego kompleksu miała kształt jednego wielkiego koła zawierającego w sobie większy okręg na samym środku i cztery mniejsze, które do niego przylegały. Był to jeden z tak zwanych: „siedmiu cudów architektonicznych” partii. Tym bardziej byliśmy zdziwieni, że tak łatwo nam go odpuszczono. Gdy dotarliśmy na miejscu prawie siedem dni temu, odkryliśmy, że wszystkie budynki tak zwanej użyteczności publicznej zostały uprzednio ewakuowane i opuszczone przez pracowników cywilnych. Niemal od razu zamieniono je na kwatery opozycji, związków zawodowych, gazet i innych mediów, które dzień po dniu rodziły się wokół protestów. Wiedziałem, że istniały plany stworzenia także na każdym placu kuchni polowej i publicznych łaźni. Jednak bardzo się to ślimaczyło. Czemu? Nie do końca to było dla mnie jasne. Być może nie uważano tego tak naprawdę za ważne, a może chodziło o to, że choć z dnia na dzień na placu było coraz więcej protestujących, to wciąż jednak wielu z nich wracało na noc do swoich domów, względnie nie niepokojeni przez wojsko i policje. Wypadałoby coś z tym zrobić. 

Istniało tu wiele opuszczonych budynków, które znalazły nowe przeznaczenie, jednak co oczywiste nijak się miało to do stale wzrastających potrzeb. W związku z tym protestujący zaczęli spontanicznie rozkładać dla siebie namioty. Łączyli się przy tym w grupy. Była więc tutaj już kwatera studentów, uczniów szkół licealnych, organizacji kobiecych, robotników, a nawet księży. Dało się wyczuć w powietrzu ogólnie coś co nazwałbym faktycznie radosną atmosferą niedzielnego festynu. Ktoś rozdawał jakieś ulotki, ktoś starał się umilać czas innym grając na gitarze, ktoś nawet przyniósł z domu swoje własne pianino i grał na nim w kominiarce i z fajką ustach cieszące się ogromną popularnością pieśni z dawnych czasów honoru i odwagi. Faktycznie; potrzebna nam tutaj organizacja i dyscyplina, albo to wszystko skończy się szybciej niż się zaczęło. 

Starałem się nie denerwować. Tylko czy to w ogóle możliwe w tej sytuacji? Przystanąłem przy fontannie. Oparłem się na chwilę i odpaliłem kolejnego papierosa. Gdy przez ułamek sekundy siłowałem się z opornym mechanizmem zapalniczki, ktoś podszedł do mnie od tyłu, rzucił mi się na plecy i powiedział śmiejąc się w głos: 

-Dostanę jednego od Ciebie chłopaku? – głos należał do dziewczyny. Możliwość była więc tylko jedna.  

Zdjąłem z siebie „napastnika” i odwróciłem się. Dominika. Uśmiechnąłem się i jednocześnie pogroziłem jej palcem: 

-Głupia jesteś wiesz?! Tysiąc razy już Ci mówiłem żeby tak nie robić. Nigdy nie wiesz jak mogę zareagować na coś takiego! – mówiłem to oczywiście z uśmiechem, ale jednocześnie bałem się. Tak, bałem się tego jaki jestem i jak mogę reagować w takich sytuacjach. Pokręciłem mocno głową chcąc odgonić natrętne myśli. Nie myśl za dużo. Nie wolno. Nie teraz.  

-Oj daj spokój! Nie bądź ciągle taki rozsądny! No ile można!- była szczęśliwa, promieniowała. Pisałem już o tym wielokrotnie, ale wciąż nie mogłem wyjść z podziwu jak dobrze radziła sobie z tym wszystkim. Robiła to dla mnie? A może był tu zupełnie inny powód, który nie miał nic wspólnego z tym co ja sobie myślałem na ten temat. 

-No dobrze już dobrze! Przecież wiesz o co mi chodzi – urwałem na chwilę, gdy zobaczyłem w jej oczach blask niemego tryumfu. Nigdy nie byłem w stanie złościć się na nią zbyt długo. Ona była tego jak najbardziej świadoma i wykorzystywała to nie raz. Zawsze z uśmiechem na twarzy. Chociaż tyle -Jak Ci mija dzień? Wszystko w porządku?  

Spojrzała na mnie swoimi wielkimi oczami i wypuściła w moim kierunku chmurę dymu: 

-No oczywiście! Przestań się ciągle martwić. Kręcę się tu i tam. Wkręcili mnie w jakieś obowiązki ale to nic poważnego. Tam coś zaniosę, tam komuś coś przekażę. Ogólnie świetnie bo zero presji. Co jakiś czas zatrzymuje się przy jakimś występie, albo słucham ludzi na scenie. To wszystko tutaj jest takie szalone. Aż za bardzo szalone szczerze mówiąc.  

No właśnie. Szalone. W inny sposób wyraziła to samo, co powiedział mi Ksiądz i to o czym ja sam myślałem jeszcze przed chwilą. Wyraźnie posmutniałem, niby tylko na chwilę ale to w zupełności wystarczyło na to, by zalała mnie fala pytań od niej: 

-Ej co się dzieje? No powiedz, powiedz. Powiesz? Proszę! – uwierzcie mi lub nie, ale to praktycznie zawsze wyglądało tak samo. Nic nie mogło się przed nią ukryć, a jej ciekawość nie miała granic. Czy czułem się z tym źle? Wręcz przeciwnie. Spojrzałem na nią, uśmiechnąłem się wyrozumiale i powiedziałem:  

-Ej! Wiesz,że nie o wszystkim mogę mówić. Ale w skrócie pojawiły się informacje, że wkrótce może zrobić się tu nieprzyjemnie. Niby równie dobrze może być to plotka, niby to może być tylko takie gadanie ale… 

-Ale już się martwisz tak? – zapytała Dominika. Tym razem była śmiertelnie poważna. – 

Dziwisz się? Nie umiem się nie przejmować. Obiecaj, że będziesz trzymać się z daleka od problemów i najlepiej żebyśmy sobie ogarnęli jakąś pewniejszą formę kontaktu lub coś tak na wszelki wypadek… 

-Już spokojnie. Będę uważać na siebie. I Ty też uważaj. A co do reszty. Ufam Ci, wiem, że coś wymyślisz i zrobię wszystko co będzie trzeba. -zapewniła mnie skwapliwie Dobrze. Chociaż tyle. Może faktycznie powinienem nieco bardziej wyluzować. Gdyby to jednak wszystko było takie łatwe. Od dłuższego czasu miałem chwilami z tym wszystkim taki problem, że nie wiedziałem jak sobie połączyć w głowie wszystko co miało związek z nią i tą relacją. Z jednej strony; ogromna miłość praktycznie od pierwszego wejrzenia, z drugiej strony pogarda do samego siebie, którą to głęboko w moją istotę wryło więzienie i doświadczenia ostatnich miesięcy, a do tego jeszcze ciągle towarzyszyła mi obezwładniająca niepewność, która nie opuszczała mnie ani na krok. Tak właśnie było od pierwszego dnia pobytu na Placu.  

Jak się skończyło to spotkanie? W zasadzie nijak. Oczywiście nie powiedziałem jej o tym jak bardzo zażarta bitwa toczyła się wówczas w mojej głowie. To nie znaczy, że nie była jej świadoma. Sam już nie wiem. 

Odprowadziła mnie aż do budynku: „Jutra”. Przez ten cały czas trzymaliśmy się za ręce.  

Tamtego dnia to była tak naprawdę jedyna chwila, w której byłem całkowicie wolny od strachu. Czułem się wolny. 

******** 

Siedziba „Jutra” mieściła się w dość wysokim biurowcu, którego ściana frontowa była całkowicie oszklona, tak, że niemal bez żadnego problemu można było z ulicy dojrzeć to co dzieje się w jego wnętrzu. Do środka prowadziło nowoczesne wejście, wysokie co najmniej na parę pięter i zaopatrzone w automatycznie rozsuwane drzwi. Stanąłem przez chwilę przed nim i popatrzyłem na ten budynek z pewną zadumą. Nigdy nie sądziłem, że właśnie tak będzie wyglądał ostatni rozdział naszej historii. Dorastałem w organizacji. Każdy kolejny dzień poświęcałem praktycznie w całości dla niej, wszystko po to, by ziścił się właśnie ten dzień. To co teraz robimy. Tymczasem stałem z kolejnym papierosem w ręce; przed siedzibą udawanej gazety, w całkiem rzeczywistym budynku, który przed nami zajmowała pewnie jakaś korporacja. Tak wiele pięter, tak wiele… ludzi w środku, oni wszyscy pracowali dla nas, część oficjalnie odpowiadała za gazetę, a druga część…? Druga część pracowała na istnienie Placu; na wszystko co się tutaj działo i miało wkrótce się wydarzyć. Wiedziałem, że tak musiało być. Wiedziałem, że Szczury muszą jak najdłużej pozostać w cieniu. Jednak nie mogłem się oprzeć wrażeniu, patrząc na siedzibę „Jutra”, że w tym do czego tutaj doszliśmy jest tyle samo wszelakiej cudowności, jak i zwyczajnie ordynarnej ironii. 

Nie wymyślaj- skarciłem sam siebie. Dominika już nie raz mówiła mi, że za bardzo szukam dziury w całym. Spojrzałem mimo woli w górę. Na jednym z ostatnich pięter był balkon. Przyjrzałem mu się dokładnie mrużąc oczy. Stał na nim człowiek, do którego zmierzałem. Dowódca. Jego dokładne miejsce w hierarchii byłoby tak samo ciężkie do wyjaśnienia, co zupełnie bezsensowne w tym miejscu. Czyżby spodziewał się mojej wizyty? Z jednej strony wydawało mi się to jak najbardziej możliwe. Z drugiej? Chyba nie ma sensu we wszystkim dopatrywać się znaków. Może po prostu lubił co jakiś czas spojrzeć z wysokości na to co działo się wokół niego na placu. Czy taki widok dawał mu poczucie władzy? A może jednak przede wszystkim chodziło tu o kontrolę? Albo zwyczajnie lubił palić. Jak wszyscy inni co w tej Organizacji piastowali jakiekolwiek funkcje, on także palił i z tego co wiedziałem całkiem sporo. Nałóg ludzi, którzy dźwigają na swoich barkach więcej niż inni. 

Pokręciłem z uśmiechem głową, wdeptując papierosa w ziemię. Skąd mi się biorą w głowie takie myśli? Roześmiałem się sam do siebie. Nie wiem czy to dobry znak. Chociaż może odrobina dystansu mi się przyda. Podszedłem wolnym krokiem do wejścia. Stało tam paru ochroniarzy, który urządzili coś w rodzaju małego „checkpointu”. Gdy podszedłem bliżej, widziałem, że już szykowali się do zadania mi serii standardowych pytań. Jednak kiedy spostrzegli z kim mają do czynienia, taktownie się rozsunęli i wykonali coś na kształt dość niezdarnie rzuconej komendy: baczność. Uśmiechnąłem się do nich. Nigdy nie przywiązywałem wagi do tego typu ceremoniałów: 

-Kapitanie! Proszę przypiąć sobie ten identyfikator i mieć go przy sobie przez cały pobyt w Redakcji- powiedział jeden z nich dość mocno przejętym głosem.  

-Dziękuję kolego!- odpowiedziałem w najlepszy sposób jaki przyszedł mi wówczas do głowy. Ton głosu miał zamaskować przede wszystkim moje zdziwienie obrotem sytuacji. Wyszło chyba jednak trochę zbyt sztywno. Żeby rozwiać to dziwne wrażenie, które powstało w tamtym momencie, zapytałem jeszcze na odchodne: 

-Jak warta? Wszystko okej? Bez żadnych problemów?- pytanie natury mocno formalnej.  

-Nic się tutaj nie dzieje Kapitanie, kompletny spokój!- odpowiedział gromkim głosem.  

-Tak trzymać! Bądźcie czujni!- powiedziałem poważnie i ruszyłem w kierunku wejścia. 

Spojrzałem na mój identyfikator. Była to zwykła plastikowa karta na smyczy; z moim zdjęciem i nazwiskiem. Spojrzałem na nie i przeniosłem wzrok na lustro w windzie. Zdjęcie nie do końca odpowiadało rzeczywistości. Musiało zostać mi zrobione jeszcze parę dobrych lat temu w jednym z obozów szkoleniowych. Byłem wtedy znacznie młodszy i nie miałem blizny na twarzy, która była moją jedyną pamiątką z pobytu w więzieniu. 

Cóż. Czas mijał, a ja wciąż nie mogłem znieść patrzenia na swoje oblicze.  

To się chyba nigdy nie zmieni.  

Drzwi windy zamknęły się za mną z mechanicznym trzaskiem. 

******** 

Dostępu do gabinetu Dowódcy jak zawsze w pewnym sensie broniła jego sekretarka. Całkiem miła, starsza już osoba, której biurko stało niejako na drodze do pokoju. Nikt nie mógł pójść dalej bez opowiedzenia się przed nią. Przeważnie przybierało to postać nieustającej kanonady pytań do interesanta: kim jest, w jakim celu chce się spotkać, no i oczywiście standardowa formułka niemalże filmowa: czy był umówiony. Z tego co wiedziałem osoba ta miała u Dowódcy tak wielki autorytet, że nikt nie mógł liczyć u niej na taryfę ulgową. Była ona jego ostatnią i jednocześnie jak się wówczas zdawało najbardziej zaufaną linią obrony. Wyszedłem stanowczym krokiem z windy, rozejrzałem się po przedsionku, od razu odczułem, że coś w tym miejscu uległo zmianie od mojej ostatniej wizyty. Nie chodziło o element wystroju czy coś w tym stylu, lecz raczej o coś znacznie mniej uchwytnego. Jakby ogólny nastrój uległ z jakiegoś powodu zdecydowanej zmianie. Z zamyślenia wyrwał mnie natarczywy głos sekretarki, która nawet nie zaszczyciła mnie spojrzeniem, tylko powiedziała do mnie z głową niemalże wetkniętą w świeży bukiet kwiatów: 

-Niech tak nie sterczy jak te widły w gnoju. Tylko niech wchodzi od razu do pokoju. Dowódca czeka na Pana już od jakiegoś czasu!  

Czyli jednak czekał na mnie? Skąd mógł wiedzieć? Chyba nie doceniłem tego jak wiele oczu i uszu musiało dla niego pracować poza siedzibą.  

-Dziękuje bardzo! Już wchodzę 

Dlaczego wszystkie drzwi w tym budynku są szklane? Zapukałem i po chwili, gdy usłyszałem stanowcze: „Wejść”, wszedłem do środka. Jego biuro chyba należało do jednych z największych w redakcji gazety. W centralnym miejscu pokoju stało ciężkie, dębowe biurko wraz z parą wygodnych, nowoczesnych krzeseł. W bocznej części stała dość duża, wygodna kanapa, przy niej był mały, szklany stolik kawowy, a obok wznosił się suto zaopatrzony barek. Dowódca siedział w masywnym fotelu po drugiej stronie biurka, za nim był balkon i okno na wysokość całej ściany. Świeciło mocne słońce, co sprawiało, że jego sylwetka dość naturalnie rozmywała się w moich oczach. 

Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i wstał wyciągając w moim kierunku rękę na przywitanie:  

-Witaj! Napijesz się czegoś? Nie za wcześnie dla Ciebie? – zapytał na wstępie.  

-Nie za wcześnie. Z chęcią napije się czegoś drobnego – powiedziałem dość niepewnie. 

-To w takim razie nalej czegoś nam obojgu- powiedział wskazując ręką barek.  

Wstałem ostrożnie od biurka. Otworzyłem powoli barek. Nie rozpoznawałem żadnego z umieszczonych tam alkoholi. By ukryć swoją niewiedzę zdecydowałem się na pierwszy z lewej. Wyciągnąłem dość starą i lekko przykurzoną butelkę i nalałem trochę złotego płynu do dwóch szklanek. Wróciłem z nimi do biurka i jedną dałem jemu: 

-Dziękuje – odpowiedział od razu, po czym przyjrzał się uważniej trzymanej w ręku szklance – Whiskey ze starych beczek. Bardzo dobry gust, jak na pierwszy raz -pochwalił mnie z uśmiechem na ustach.  

-Dzięki Dowódco. Można u Pana zapalić? – nie wiedzieć czemu cała sytuacja dziwnie mnie zestresowała i wprawiła w drobne, lecz niedające się łatwo zamaskować drżenie.  

-Oczywiście! – przysunął do mnie stojącą niedaleko na biurku popielniczkę – Też zacząłeś palić? 

-Niestety tak – odparłem niepewnie.  

-Czemu niestety? To nałóg ludzi odpowiedzialnych i z klasą! Ale dość już o tym. Co Cię do mnie tak naprawdę sprowadza?- zapytał.  

Zapaliłem papierosa. Wciągnąłem dym w płuca i niespiesznie wypuściłem. Spojrzałem mu oczy: 

-Rozmawiałem z moim przyjacielem Księdzem -zacząłem temat, Dowódca nawet się nie poruszył. Po prostu słuchał -Powiedział mi, że z wiarygodnych źródeł uzyskał przesłanki, które każą nam sądzić, że możemy się spodziewać w najbliższych dniach ataku ze strony służb bezpieczeństwa… 

-Hmm. To faktycznie martwiące. Powiedz mi. Powiedz mi dokładnie co Ci przekazał – rozkazał mi.  

Opowiedziałem mu całą historię od nowa. Poznaliście ją na samym początku, więc nie ma sensu się w tym miejscu powtarzać. Gdy skończyłem, zauważalnie się zachmurzył i powiedział: 

-Wiesz z jednej strony brzmi to bardzo poważnie, z drugiej strony to może być po prostu kolejna niepotwierdzona plotka. Wiele takich dochodzi do nas ostatnimi dniami…  

-Mój przyjaciel nie rzuca słów na wiatr. Skoro zawrócił mi dzisiaj tym głowę to wie co mówi. Wielokrotnie w przeszłości polegałem na jego intuicji i nigdy mnie ona nie zawiodła!- podniosłem głos. 

Dowódca uniósł dłoń w geście przerywającym. To wyglądało trochę tak jakby chciał się pozbyć natrętnego owada:  

-Tak wiem, wiem. Wiem o naturze waszej znajomości. Wiem, że to ważna dla Ciebie osoba i jej ufasz. Ale zrozum; ty odpowiadasz za swoich ludzi i za jakiś wycinek tego wszystkiego. Ja natomiast odpowiadam za całość! To zupełnie inny punkt widzenia i nie mogę działać w oparciu o tak słabe przesłanki! – wycelował we mnie oskarżycielsko palec.  

Zaległa cisza. Niezbyt długa. Nasze spojrzenia znowu na chwilę się spotkały, nie wytrzymałem tego kontaktu, opuściłem głowę i wróciłem do wątku: 

-Nawet jeśli. To prawda i tak jest taka, że nasze bezpieczeństwo tutaj kuleje. O ile możemy ogarniać sami siebie, to co z resztą? Jak tu wjedzie wojsko to po prostu ich rozjadą! Nie tak dawno widziałem jak wygląda grupa studentów naprzeciwko jednostek szturmowych. Nie chce znowu mieć krwi na rękach! – ostatnie słowa zupełnie niezamierzenie wykrzyczałem. Za dużo sobie pozwoliłem. Ewidentnie. Już miałem zamiar przeprosić, jednak Dowódca mnie uprzedził i powiedział: 

-Nie wiem czy to bezczelność, odwaga czy tak wielkie przekonanie o tym, że masz rację, że pozwalasz sobie na to, by mówić do mnie w ten sposób. W końcu jesteśmy jak wojsko do jasnej cholery! – krzyknął i uderzył pięścią w stół.  

Było to na tyle mocne i stanowcze, że aż na chwilę otworzyły się drzwi i do pokoju zajrzała zaniepokojona sekretarka: 

-Wszystko w porządku Dowódco?- zapytała  

-Tak, przepraszam panią. To nie miało aż tak wyjść – odpowiedział jej zauważalnie zawstydzony. Albo tak dobrze grał, albo prawdą były te wszystkie opowieści, które mówiły o tym, że jest ona dla niego kimś więcej niż tylko sekretarką. 

Gdy ona wróciła na miejsce, Dowódca zwrócił się do mnie:  

-To było niepotrzebne. Nawet jeśli opierasz się na zbyt wątłych przesłankach, to w sprawie bezpieczeństwa masz rację… – urwał na chwilę jakby naradzał się sam ze sobą -Dobrze, może uda nam się to jakoś wykorzystać, by zmusić Ruch na rzecz Lepszego Jutra do działania. Czas złożyć wizytę ich szefowi! Chcesz pójść ze mną? 

-Oczywiście to będzie zaszczyt – powiedziałem pośpiesznie, chcąc od razu wstać od biurka i pokazać, że jestem gotowy do drogi choćby teraz. Dowódca spojrzał na mnie z uśmiechem i z wyrazem pewnej rezygnacji na twarzy:  

-Usiądź i dopij. Uwierz mi, że to taki kutas, że nie da się z nim rozmawiać tak absolutnie na trzeźwo. Sekretarka zorganizuje nam tymczasem grupę, która dotrzyma nam towarzystwa. Musimy zrobić chyba małe przedstawienie inaczej nigdy nie dotrze do niego o co tutaj chodzi. 

Uśmiechnął się do mnie tajemniczo i uspokajająco. Spojrzałem na wpół dopalonego papierosa w mojej ręce.  

Ani przez chwilę nie spodziewałem się tego jak potoczy się dalej ten dzień. 

******** 

Byłem spokojny. To coś nowego w moim przypadku co nie? W tamtej chwili nie byłem do końca pewien co wprawiło mnie w taki stan. Zrozumienie przez Dowódce? Zakończona w zasadzie sukcesem rozmowa? Czy może jednak to szklaneczka tej starej whiskey? W każdym razie, co by to nie było, zmierzaliśmy w kierunku siedziby Ruchu na rzecz Lepszego Jutra. Byłem ja, dowódca i grupa ochronna, którą tworzyło może piętnaście, maksymalnie dwadzieścia osób. Postawnych. Stanowczych. Ubranych w zasadzie jednolicie. Prawdziwy oddział uderzeniowy. Jak pisałem, zwykli ludzie na Placu Centralnym nie mieli prawa wiedzieć, czy w zasadzie nawet domyślać się tego kim jesteśmy i co robimy. Musieli jednak coś przeczuwać. Co? Może to, że jesteśmy silni, zwarci, gotowi i lepiej nam nie stawać na drodze? I tak to wyglądało z boku. Gdzie nie przechodziliśmy, cichły rozmowy i milkły śmiechy. Ludzie rozglądali się zestresowani, ale przede wszystkim ciekawi. Tak jakby wraz z nami szła słuszność, albo przynajmniej czysta siła. A to robiło na postronnych ludziach wrażenie. 

I dobrze. Jak pokrótce przedstawiono mi po drodze plan spotkania, takie właśnie odczucia mieliśmy budzić, jeśli mieliśmy postawić na swoim. Jeśli mieliśmy wygrać. Nie dla siebie. Nie dla własnych korzyści, lecz przede wszystkim dla przyszłości Placu i wszystkiego co zaczynało się tutaj budować. Szedłem więc z nimi, miarowym krokiem i po raz kolejny już cieszyłem się, że w tym wszystkim zająłem miejsce po właściwiej stronie. Do siedziby Ruchu trochę się szło. Ile dokładnie? To kwestia pewnie drugorzędną. Zajęło nam to wystarczająco długo, by wzbudzić zainteresowanie i by wieści o naszym wyruszeniu w stronę biura polityków dotarły do nich przed nami. Tak właśnie miało być. Gdy doszliśmy do kwatery zajmowanej przez opozycję, Dowódca wciągnął powietrze nosem, zmarszczył się jakby poczuł coś obrzydliwego i powiedział: 

-Czujecie smród sprzedanych ideałów i zawiedzionych nadziei? – zapytał retorycznie – Wchodzimy do kwatery polityków, zaraz po lewej zobaczycie siedzibę Ruchu na Rzecz Lepszego Jutra.  

Poczułem nieśmiałe łaskotanie w żołądku. Stres? Adrenalina? 

-Mówię tylko ja. Wy idziecie za mną i patrzycie na moje plecy. Gdyby coś się działo to reagować ale spokojnie. Do gabinetu wejdzie ze mną Kapitan i Was dwóch – wskazał w tym momencie na dwóch najbardziej rosłych chłopaków. Byli to bracia. Nie wiele więcej o nich wiedziałem, choć poznałem ich w trakcie ochrony wspomnianej już wcześniej wielokrotnie procesji na Plac Centralny. -Reszta zostanie i poczeka do zakończenia spotkania. Nie możecie dopuścić do tego, by nam przeszkodzono- skończył wydawać rozkazy. Odpowiedziało mu tylko ciche i miarowe skinięcie głową. Zero pytań, zero wątpliwości, wyjątkowo sprawna komunikacja. Jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości dlaczego to właśnie on był odpowiedzialny za koordynowanie naszych działań na Placu, to wówczas powinien się ich pozbyć. I nawet ja. Choć denerwowała mnie opieszałość i zbytnia łagodność, w tamtej chwili byłem pod ogromnym wrażeniem i cholernie cieszyłem się, że mogę mu towarzyszyć, w czasie tego jak się wówczas mi wydawało przełomowego spotkania. 

Siedziba Ruchu na rzecz Lepszego Jutra wzbudziła we mnie niesmak niemalże od razu. Dlaczego? Nie zrozumcie mnie źle. Podobnie jak w przypadku naszej gazety, ona także mieściła się w budynku, niegdyś zajmowanym przez jakąś firmę lub bank. Ale patrząc na nią z zewnątrz nie dało się dostrzec tego co było widać u nas, tj. jakiegoś rodzaju harmonii, statyczności i pewnego rodzaju „profesjonalizmu”. Siedziba Ruchu wyglądała jak ledwo sklecona jarmarczna buda. Budynek nosił widoczne ślady zniszczeń i niewłaściwego użytkowania. Do tego był do granic możliwości oklejony plakatami partii i innego tego typu ogłoszeniami. Ulica przed wejściem była w ogromnym nieładzie. W zasadzie jedyne co było na swoim miejscu i o co widocznie dbano i to z przesadzoną czcią był powieszony na samym froncie nad wejściem ogromny portret przewodniczącego Ruchu na Rzecz Lepszego Jutra. Skąd wiedziałem, że to właśnie on skoro nigdy nie miałem okazji go spotkać? To proste. Patrzył na mnie z portretu takimi samymi oczami jak „X”. Rożnica była jedna: młody miał w oczach co najwyżej ogromną, wręcz nadprogramową naiwność, jego ojciec natomiast w oczach, jak i zresztą na całej twarzy miał wypisany jedynie podstęp. Musi być bardzo śliskim typem. 

Przed wejściem, podobnie jak u nas stało stanowisko ochrony. Z tym, że ta ochrona była akurat najprawdopodobniej złożona nie z ochroniarzy czy strażników, lecz co najwyżej z bardziej wyrośniętych asystentów politycznych, czy tego typu uczniaków, którzy wyglądali tak, jakby już samo stanie w tym wejściu było dla nich wyczynem ponad ich wątłe siły. Tym łatwiej. Jednak nawet pomimo jawnej dysproporcji sił, jeden z nich wyszedł nam naprzeciw i wyciągnął do nas rękę, chcąc nas zatrzymać. Widząc to jeden z braci kompletnie nie mógł się powstrzymać. Wyszedł więc przed szereg, w przeciągu paru sekund złapał go za wyciągniętą do nas rękę i pociągnął na ziemie. 

-Uwierz mi. Lepiej będzie jak zostaniesz na ziemi – powiedział kpiącym tonem do tego zagubionego dzieciaka.  

-Nie tak ostro chłopaki! Nie tak ostro! – powiedział do niego Dowódca, jednak mógłbym przysiąc w tamtej chwili, że widziałem na jego twarzy w tamtym momencie uśmiech. On mając jednak wolną drogę, podszedł do stanowiska i powiedział: 

-Przepuście nas. Jestem redaktorem naczelnym gazety „Jutro”. Znam osobiście Waszego szefa i mam prawo wchodzić tu, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba – powiedział do nich władczym tonem.  

-Dddobrzee Paniiieee ale nic mi o tym nie wiadomo. Mmmmussze sprawdzić w zeszszyciee- wyjąkał całkowicie przerażony i zaczął kartkować niezdarnie jakąś książkę. Musiał mieć tam w środku chyba coś na kształt wykazu gości uprawnionych do wchodzenia bez kolejki. Tak to przynajmniej wyglądało. 

Dowódca spojrzał na to z niesmakiem, pokręcił głową i powiedział zdecydowanie:  

-Nie zrozumiałeś. Wchodzimy i nic nie możesz z tym zrobić – po czym odwrócił się do nas mówiąc -Chłopaki. Wchodzimy. Według planu – to był nasz z góry umówiony sygnał. 

Ruszyliśmy do przodu. Powstało niemałe zamieszanie. Przed nami wyrosła naprędce sformowana „ściana” z „ochroniarzy”, która miała nas niby zatrzymać. Trochę jak w tej bajce z wilkiem, który zdmuchnął dom jednej ze świnek. W tamtej chwili to my byliśmy wilkami. Bez cienia wątpliwości. Jeden z członków ochrony przeszedł blisko mnie, chcąc niezdarnie posłużyć się miotaczem gazu obezwładniającego. I pewnie nie zdążyłbym zareagować, gdyby nie to, że przed użyciem nie wpadł na to, by zdjąć blokadę. Wykorzystałem tą chwilę, dusząc go od tyłu jedną ręką, a drugą przykładając mu nóż sprężynowy do boku. Ot taki impuls. Ten nóż nigdy w życiu mi się jeszcze nie przydał, a wtedy idealnie znalazł się pod ręką. Znalazł się pod ręką po to żeby pokazać na co nas stać.  

-Widzisz. Chciałeś nas zagazować, a nawet to Ci nie wyszło. Tymczasem wystarczy, że ja Cię teraz lekko drasnę, a wykrwawisz się jak prosię zanim zdążysz wyrecytować Wasze zawołanie partyjne… Rzuć to!- rozkazałem 

Miotacz z niemym stukiem upadł na chodnik. Kopnąłem go z całej siły na bok, by nikt z nich nie wpadł już na taki głupi pomysł więcej nie korciło coś podobnego. Reszta widząc to co właśnie miało miejsce, zrozumiała, że to nie są żarty. Powoli, z pewnym ociąganiem odsunęli się na bok, robiąc nam przejście do środka siedziby partii.  

-W szyku Panowie. Nie zatrzymujemy się choćby nie wiem co i bez głupot – tu spojrzał w znaczący sposób na mnie. Czemu akurat na mnie? Nie miałem pojęcia… 

Tuż przy wejściu mieściła się recepcja. Większość ludzi w środku, widząc i nie do końca rozumiejąc to co tak właściwie działo się na ich oczach, bezzwłocznie uciekło w głąb budynku. Na miejscu została jedynie sekretarka. Coś niezwykłego musiało być w kobietach, które wykonywały ten zawód. Hart ducha niedostępny innym. I to już drugi raz tego dnia. Dowódca widząc to podszedł do niej, grzecznie ukłonił się i pocałował w wyciągniętą trochę na siłę dłoń:  

-Szef. Gdzie? -w jednej chwili takt i klasa została zastąpiona chłodem i zdecydowaniem. 

-Na samej górze. Po lewej – wyszeptała cicho sekretarka, była ewidentnie przestraszona, lecz z drugiej strony także… zauroczona?  

-Dziękuje Pani…- ruszyliśmy na schody, Dowódca jeszcze na chwilę się odwrócił i rzucił w stronę sekretarki -Proszę się uspokoić. Wszystko jest w porządku, zaraz sobie stąd pójdziemy- powiedział z serdecznym uśmiechem. 

-Nie boję się – odparła sekretarka. Lecz nie byłem w stanie już zobaczyć jej wyrazu twarzy dokładnie, bo ruszyliśmy w górę schodów.  

Po czasie wielokrotnie zastanawiałem się czy akcja w siedzibie Ruchu była właściwa. 

Słyszałem różne opinie na ten temat.  

Myślę jednak, że Dowódca miał wówczas racje. 

Przychodzi w końcu taki moment, gdy dialektyka pięści i karabinów, znaczy o wiele więcej niż jakiekolwiek słowa.  

Właśnie tak było wtedy. 

******** 

Do gabinetu Przewodniczącego weszliśmy w dość… gwałtowny sposób. W środku był tylko sam Przewodniczący. Jak zareagował na naszą wizytę? W pierwszej chwili widziałem na jego twarzy grymas strachu i przerażenia. Ale trwał on sekundę, może dwie. Dosłownie ułamek chwili. Tak jakby bardzo szybko się opanował, przemyślał sytuację i wrócił do swojej typowej postawy. Znowu stał się podstępny i opanowany. Pierwszy raz spotkałem kogoś takiego. Facet był jak kameleon. Musiał być perfekcyjnym politykiem, jednak z drugiej strony pomyślałem sobie też, że wyszedł w tej sytuacji na słabego i niestabilnego. Warto było to zapamiętać na przyszłość. Niekorzystne wrażenie na temat jego osoby, potęgowała też co najmniej niezbyt zgrabna aparycja.  

Bardzo szybko wrócił mu jego stary wyraz ;podstępny i opanowany. Pierwszy raz widziałem coś takiego na własne oczy. Facet był jak kameleon. Musiał być perfekcyjnym politykiem, jednak z drugiej strony też słabym i zakompleksionym człowiekiem. Cóż… jakby to ładnie ująć w tym miejscu. W rzeczywistości w żaden sposób nie przypominał osoby umieszczonej na plakacie przy wejściu. Tam widniał ktoś na miarę prawdziwego męża stanu, on bardziej pasował do oślizgłej ropuchy. I to dosłownie. Był niski. Na tyle niski, że gdy siedział w fotelu to nie dotykał nogami do końca podłogi, a znad długiego stołu wystawała jedynie część torsu, okrągła, pucołowata twarz, oraz nienaturalnie krótkie ręce. Obrzydliwy typ człowieka. 

-No wiesz? Ja wszystko rozumiem, ale żeby wpadać do mojej siedziby w taki sposób? Mam nadzieję, że masz jakieś wytłumaczenie!- powiedział oskarżycielsko jak dziecko. W zasadzie brakowało tylko tego by udał się do kogoś na skargę. Niby to było żałosne i absurdalne? On cały był absurdalny! Z wyjątkiem głosu, jego głos ociekał jadem i kryła się w nim jakaś utajona i nie do końca zrozumiała dla mnie groźba.  

Na naszym Dowódcy nie zrobiło to jednak zbyt dużego wrażenia. 

-Tak to było konieczne. Właśnie w niecałe dwadzieścia osób bez broni nie tylko wszedłem do Twojej siedziby, ale także do Twojego gabinetu. Gdybym chciał już byś nie żył – zakończył z naciskiem na koniec zdania.  

-Ale przecież się przyjaźnimy prawda? Więc nic mi nie zrobisz? Prawda? – odparł w dziwny sposób. Tak jakby kpił? Czy on w ogóle sobie zdawał sprawę z tego co właśnie się tutaj stało? 

-Ja nie. Ale Generał by nie zawahał się ani chwili. Dostaliśmy wiarygodne informacje, że możemy się spodziewać w najbliższych dniach ataku sił bezpieczeństwa na Plac Centralny. Trzeba postawić barykady, ustawić straże, zadbać o logistykę!  

-Ach ty i te Twoje harcerskie przyzwyczajenia… Nie przesadzasz?- zapytał wyraźnie znudzony 

-Durniu! Wiesz kim jestem i kogo reprezentuje. Wiesz, że nie żartuje! – dowódca grzmiał z każdym kolejnym słowem – Oddaj sprawy bezpieczeństwa nam. Wiemy na czym to polega. Ochronimy Rewolucje, a wy zajmiecie się resztą.  

-Wam? Przecież wiesz, że reszta moich partnerów nie jest nastawiona do Was tak bardzo poztywnie jak ja. Nie cieszycie się zbyt dużym zaufaniem. Chuligani. Tak o Was mówią. Dzisiejsza akcja Wam w tym nie pomoże. Gdy tylko wieści się rozniosą…- zaczął grozić? 

-To… To zrób coś z tym – Dowódca zauważalnie spuścił z tonu – Wprowadź procedury, wyznacz ludzi, sformuj obronę!  

-No dobrze dobrze! Właśnie dzisiaj miałem to zrobić. Ale to będzie straż obywatelska. Demokratyczna. Nie jakieś chuligańskie wojsko jakbyś chciał to widzieć. A co do barykad, logistyki i tak dalej. Dam znać o tym innym. Spróbuje ich przekonać. Ale to trwa! Wiesz jaka jest polityka! 

-Wiem. Właśnie wiem – odparł z pogardą Dowódca – Odpowiedzialność spoczywa na Tobie – po czym zwrócił się do nas – Wychodzimy! 

-Do widzenia chłopcy! Do widzenia! – żegnał nas kpiący głos Przewodniczącego.  

Gdy tylko zamknęły się drzwi za nami, rzuciłem się wściekły do Dowódcy i powiedziałem:  

-Czemu! Czemu skapitulowałeś! Mogliśmy mu dzisiaj spalić tą siedzibę i przejąć wszystko! 

Ten nie odpowiedział mi od razu, tylko podszedł do mnie, wziął mnie za fraki i powiedział przez zaciśnięte zęby:  

-Nawet nie wiesz. Nawet nie wiesz jak wielką miałem ochotę wyrzucić tego gada przez okno! Ale nie możemy tego zrobić. Jeszcze nie teraz!  

Spojrzałem się na niego przerażony. Ten ciągnął dalej nie zważając na mnie: 

-Co nie znaczy, że tak to sobie zostawimy. Stawka jest zbyt duża. Wieczorem koncentracja w siedzibie. Tam się dowiesz co i jak.  

Niepewność. 

******** 

Miejsce koncentracji, czyli spotkania dowódców wszystkich ulicznych oddziałów miało oczywiście miejsce w siedzibie „Jutra”. Jednak nie wskazano mi w tym przypadku jednej z wielu sal konferencyjnych, które za dnia pełniły rolę miejsca spotkań zespołów redakcyjnych poszczególnych działów naszego pisma. Zamiast tego poprowadzono mnie na tyły budynku, gdzie mieściło się kiedyś archiwum dawnej firmy. Schodziło się tam naturalnie po schodach, do czegoś w rodzaju piwnicy, tylko znacznie większej, ogrzewanej i ciut lepiej zagospodarowanej. Wyglądało na to, że ktoś naprędce wstawił tam parę stołów i kanap, by nadać temu pomieszczeniu ciut bardziej funkcjonalny charakter, jednak ogólnie było tam dość spartańsko. W środku panował półmrok. Wyglądało na to, że przyszedłem ostatni, bo gdy tylko zająłem miejsce na jakiejś pufie w kącie, Dowódca odezwał się do wszystkich zgromadzonych:  

-Kapitan był ostatnią osobą na którą czekaliśmy. Możemy zaczynać- złożył dłonie w znak piramidki, zaczerpnął oddech i kontynuował dalej -Zwołałem na dzisiaj to zebranie, ponieważ otrzymaliśmy potwierdzone z paru źródeł informacje, że możemy się spodziewać jutro ataku sił bezpieczeństwa na obóz na Placu Centralnym. 

W sali rozszedł się pomruk zdenerwowania i podniecenia. Nikt jednak nie ośmielił się wejść Dowódcy w słowo i wypowiedzieć na głos swoich wątpliwości:  

-Parę godzin temu mieliśmy… „spotkanie” z przewodniczącym Ruchu na Rzecz Lepszego Jutra, gdzie próbowaliśmy go przekonać do wdrożenia niezbędnych procedur bezpieczeństwa. Nie wiele wskóraliśmy… Dosłownie przed chwilą dostałem informację z siedziby partii, że została powołana Straż Obywatelska. To będą wyznaczeni ludzie, którzy będą odpowiednio ubrani i tak dalej… 

-Przepraszam, że przerywam, ale oznaczeni? Odpowiednio ubrani? Co to znaczy? – ktoś obok mnie chyba nie wytrzymał  

-Cóż… Z tego co zrozumiałem; będą oni nosić jakieś odblaskowe koszulki. Co sprawi, że będą widoczni z daleka… – ciągnął wyraźnie zażenowany dowódca. 

Absurd. Tego chyba było za dużo, bo w sali podniósł się mały rwetes. Kto wymyślił coś takiego? Przecież jeśli zrobi się poważnie to Ci ludzie będą żywymi tarczami strzelniczymi. Chyba nie tylko ja tak myślałem.  

-Tak. Wiem doskonale co myślicie. To absurd. Dlatego temat bezpieczeństwa jutro weźmiemy na siebie. Opracowaliśmy już plan. Znacznie lepszy. Każdy ma już przyporządkowane zadanie. Spójrzcie na mapę. 

Czyli znowu. Robota. Znowu się zacznie. Z jednej strony chyba zacząłem już powoli nienawidzić takich wieczorów jak ten. Kiedy wiedziałem, że coś się wydarzy i musiałem się do tego przygotować. Wytrzymać emocje. Z drugiej strony jednak skłamałbym. Tak skłamałbym, gdybym powiedział, że nie poczułem przypływu tych niezbadanych emocji. Tej iskry, o której już wielokrotnie pisałem. Tej samej, która już nie raz budziła mój organizm do walki. 

-Budowa kompleksu z jednej strony ułatwia nam sprawę, a z drugiej ją komplikuje. Każdy plac będzie miał swój własny zespół obronny. Oni będą ostatnią linią obrony, powinni być gotowi do budowy barykad na ulicach tak by opóźnić marsz policji w kierunku strategicznych budynków. Oprócz tego zespoły mobilne. One będą monitorować sytuację na drogach dojazdowych do każdego z placów. W razie czego wezmą na siebie temat walki lub wsparcia walki z policją.  

-Broń? Czy dostaniemy broń? – zapytałem 

-Nie. Broń tylko dla specjalnego zespołu zabezpieczającego siedzibę. To będzie nasza ostatnia linia obrony więc broń także w ostateczności. Z naszych informacji wynika, że liczą na łatwą rozprawę jak z większą demonstracją, więc przynajmniej na tym etapie nie możemy się spalić. Wszystkie zespoły na placach będą miały dostęp do broni czysto ulicznej.  

-Co w sytuacji konfliktu ze Strażą Obywatelską?- zapytał jeden z braci, z którymi byłem na spotkaniu w budynku partii. 

-Waszym zadaniem jest chronić ludzi i Plac. Wszystkie ruchy dozwoloneodpowiedział zdecydowanie Dowódca- Łączność radiowa będzie dla wybranych ludzi z każdego oddziału. Dokładne przydziały dostaniecie po spotkaniu. Kurierzy dostarczą Wam rozkazy w tej sprawie bezpośrednio do Waszych kwater. To wszystko. Wychodzimy pojedynczo. Będę jutro z Wami na ulicy.

Ludzie zaczęli bez słowa podnosić się z miejsc. Dowódca spojrzał na nich nieobecnym wzrokiem:  

-Niech Bóg Was błogosławi Panowie!  

-I Pana! Panie Dowódco! – odpowiedzieliśmy chórem. 

******** 

Zespół mobilny na Placu Braterstwa. To był mój przydział na następny dzień. To było miejsce, w którym wszystko miało się jutro wyjaśnić. Miałem spędzić tam kolejny dzień. Nie sam. Razem z moimi ludźmi. Ramię w ramię. Mieliśmy być gotowi na wszystko i zrobić co tylko będzie trzeba. Brzmi łatwo? Tylko pozornie. Tak bardzo pozornie, że minęła właśnie już druga godzina od koncentracji w siedzibie „Jutra”, a ja nadal siedziałem w pokoju nie mogąc spać. Siedziałem patrząc się przez okno w dal. Chyba bez żadnego szczególnego celu. O czym myślałem? Czego się bałem? Chyba nie da się łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Może faktycznie bałem się śmierci, ale ta myśl nigdy nie dotarła do mnie w takiej formie. Zbyt mocno broniłem się przed docieraniem do siebie emocji. 

Siedziałem w pokoju, a światła dostarczała mi w tamtym momencie tylko jedna mała świeczka. Patrzyłem się w ten migoczący płomień, tak jakby mógł on sam z siebie dostarczyć mi odpowiedzi, lub chociaż nikłej nadziei, która przyniosłaby za sobą upragniony sen. Na próżno. Muszę przyznać, że nienawidziłem siebie samego w takich chwilach jak ta. W chwilach kiedy byłem słaby i niezdolny do niczego. Doszedłem do wniosku, że znacznie łatwiej było mi znosić takie sytuacje kiedy byłem sam. W końcu nikogo na świecie nie obchodziło to jak czuł się Kapitan dopóki spełniał swoje obowiązki i robił to co do niego należy. Teraz jednak wszystko się zmieniło. Obok mnie na łóżku spała Dominika. To wszystko zmieniało. Wywracało do góry nogami. Tak naprawdę chyba nie mogłem się pozbyć wrażenia, że jakkolwiek dramatycznie by to nie brzmiało to zawodziłem w tej sytuacji podwójnie. Jako Kapitan; nie mogąc zapanować nad emocjami i marnując czas potrzebny mi na przygotowanie się do wykonania zadania i jako chłopak: nie radząc sobie do końca z tym, jaki powinienem być dla niej i co powinienem dla niej robić. 

Niepewność. Spojrzałem na nią i z uśmiechem doszedłem do wniosku, że to całkiem niezła ironia losu. Niepewność zdawała się w moim przypadku łączyć dwa najważniejsze ostatnio bieguny mojego losu: jutrzejszy dzień i to co ogólnie działo się na Placu, oraz ją i to jak bardzo zmieniła moje życie w ostatnich miesiącach. Czy tak już będzie zawsze? Czy nigdy nie uwolnię się od tego typu emocji? Czasem myślę, że co noc, co dzień powtarzam te same pytania, na które prędzej czy później znajduje odpowiedzi. Tylko, że one później umykają i wszystko zaczyna się od początku. Tak jakbym nie mógł żyć bez takich konfliktów. Jakbym specjalnie zapominał to co ustalę po to, by mieć zawsze świeży powód do rozmyślań. O! Gdyby ona tylko mogła usłyszeć moje myśli, nie dała by mi o tym zapomnieć do końca życia. Jednak nie słyszała. Na całe szczęście. A ja jak możecie sobie wyobrazić nie miałem zamiaru jej o tym mówić. Plan na jutro wyglądał na przemyślany. Zespoły mobilne miały najcięższe zadania i były potencjalnie wystawione na największe niebezpieczeństwo. To jednak nie był dla nas pierwszy raz. Nie do końca wiedziałem jak mam zadziałać z ludźmi w sytuacji zagrożenia równolegle do Straży Obywatelskiej. To mogło jutro stanowić poważny problem, jednak z drugiej strony pomyślałem sobie, że pewnie skończy się tak jak zawsze. Wygrają silniejsi i bardziej zdecydowani. Wygrają ci, którzy jutro będą gotowi na wszystko. Wychodzi na to, że jutro może nas czekać walka na dwa fronty. Z jednej strony policja lub wojsko z drugiej strony dzieci przebrane za ochroniarzy. Po środku będzie masa zwykłych ludzi. Nie miałem wówczas wątpliwości, że większość z nich nie miała zbyt wielkiego pojęcia o tym co działo się na Placu. Tym bardziej jednak należało wziąć za nich odpowiedzialność. Niewiele w tym wszystkim było pewnych punktów. Gdy przekazałem wieści ludziom i zapytali mnie: „Co nas czeka jutro?” wzruszyłem ramionami i powiedziałem prawdę, że nie wiem. Zgadniecie jak się z tym czułem? 

Niepewności, o słodka niepewności! Siedziałem w pokoju, patrząc się bez celu przez okno. Przygniatał mnie bagaż wszystkich doświadczeń i emocji, których nie potrafiłem zdusić. Jednak było też w tym coś więcej. Było w tym chyba coś odrobinę pozytywnego. Jednak pomimo wszystkiego. Pomimo tego całego bałaganu i wyzwań, które przerosły by niejednego człowieka; żyłem! I nie dość, że żyłem ze wszystkich sił, na obrotach niedostępnych dla innych, to jeszcze od jakiegoś czasu żyłem pięknie! I myśląc o tym całym pięknie i o tym jak bardzo na plus zmieniło się moje życie, odwróciłem się na chwilę w stronę Dominiki. Robię się sentymentalny? Nie wiem ale chciałem napisać, że zmianę w swoim życiu spostrzegłem po tym, że zacząłem mieć do kogo się odwracać. Było w tym coś fajnego. Coś dla mnie kompletnie nowego i niezrozumiałego. Spojrzałem na nią. Śmiesznie zasnęła. Pomimo tego, że zawsze przywiązywała ogromną wagę do tego jak wygląda, to jej włosy nigdy nie chciały poddać się jakimkolwiek formom kontroli. Widać to było zwłaszcza w nocy, gdy te pozbawione nadzoru zaczynały żyć własnym życiem. I to dosłownie! Przybierały najdziwniejsze konfiguracje i gdy przestało się na nie zwracać uwagę, zdawało się jakby chciały wcisnąć się w każdą dostępną pomiędzy nami przestrzeń. Ktoś jest w stanie to wytłumaczyć? 

Nagle. Dominika poruszyła się niespokojnie. Tak jakby podświadomie wyczuła, że na nią patrzę. Przeciągnęła się powoli, z trudem otworzyła oczy i popatrzyła na mnie karcącym wzrokiem, starając się przy tym za wszelką cenę nie wyglądać na zaspaną. Niezbyt jej to wyszło: 

Dominika nagle poruszyła się niespokojnie, jakby podświadomie wyczuła, że na nią patrzę. Przeciągnęła się, z trudem otworzyła oczy i popatrzyła na mnie starając się ze wszystkich sił nie wyglądać na zaspaną. Niezbyt jej to wyszło.  

-Czemu nie śpisz? -powiedziała głosem, który próbował być groźny co o tej porze w środku nocy dało komiczny efekt. 

-Hmmmm – no bo niby jak odpowiedzieć na pytanie na które nie ma odpowiedzi? Albo inaczej: odpowiedzi może i były i pewnie nawet dość łatwe. Tylko za nic nie byłem w stanie się z nimi odkryć -A nie wiem. Jakoś tak wyszło. Już idę. – uśmiechnąłem się uspokajająco. Uspokajałem siebie czy ją? Dobre pytanie, nie?  

Podszedłem powoli cały czas się uśmiechając. Dominika podniosła kołdrę robiąc mi miejsce w łóżku. Gdy już się wygodnie ułożyłem, ułożyła głowę na mojej piersi i powiedziała: 

-Nie przejmuj się aż tak. Wszystkiego i tak nie dasz rady zaplanować. Nie przewidzisz wszystkiego. Musisz być po prostu gotowy. Co by się jutro nie działo to damy po prostu radę. Razem. – powiedziała z rzeczywistym przekonaniem.  

-Ty jutro masz się przede wszystkim trzymać z daleka od problemów, słyszysz? Ja wszystko ogarnę – powiedziałem z udawaną pewnością siebie, której próżno było szukać u mnie jeszcze paręnaście minut temu. Dobra mina do złej gry? 

-A daj mi spokój z tym kozaczeniem. Zapominasz, że oprócz tego co nas łączy to ja też jestem dorosła i biorę odpowiedzialność za siebie! – powiedziała głośno krzywiąc się z aż nadto widocznej złości. Nigdy nikomu się do tego nie przyznałem. Być może, że wstydu, albo z powodu jakiejś źle zrozumianej dumy. Ale pomimo całej stanowczości jaką prezentowałem na zewnątrz, za każdym razem po prostu miękłem na jej widok i nie byłem w stanie nigdy zbyt długo się jej przeciwstawiać. 

Co najlepsze. Myślę, że ona miała tego doskonałą świadomość. Mając to na względzie, spojrzała się na mnie już innym wzrokiem i powiedziała:  

-Ale dobrze. Jeśli to ma tylko pomóc Ci jutro uniknąć większych kłopotów, to ja będę jutro trzymała się z daleka od tego wszystkiego. Mam być od rana w siedzibie „Jutra”. Myślałam, że ty to załatwiłeś nie pytając mnie nawet o zdanie, ale teraz kiedy patrzę na to jak bardzo jesteś zdziwiony, wychodzi na to, że to inicjatywa naszego kochanego Dowódcy. Tak czy siak nie masz się czego bać. To z tego co wiem najbardziej strzeżony punkt na placu co nie? – zapytała lekko przygryzając usta. 

-Cóż… Tak. Tam będzie najbezpieczniej – odparłem niezdecydowanie – Przepraszam, że tak się zachowałem. Wiem, że wiesz co robisz, po prostu…  

-Po prostu się martwisz. Tak to całkiem normalne w tych warunkach – powiedziała z uśmiechem patrząc mi prosto w oczy – Daj spokój. Nie ma o czym mówić. Padam z nóg. Chodź spać. 

Zasnęła niemal od razu. Zadziwiające. Pomimo tego, że Dominika wówczas była jedną z najbardziej żywych i aktywnych osób jakie znałem, to sen dla niej zdecydowanie przewyższał wszystko inne. Szybko przychodził i jak już przyszedł to niełatwo było ją dobudzić. Miało to swój urok.  

Ze mną jednak nie było tak łatwo. Zwłaszcza w taką noc jak ta. 

Ta noc była po to, by spłacić dług i zaciągnąć go na nowo. To znaczy? Leżałem i patrzyłem w sufit, bo na jakiś zrozumiały tylko dla mnie sposób, przygotowywałem tak siebie i swój organizm do działania na znacznie bardziej podwyższonych obrotach. Leżałem; myślałem o wcześniejszych akcjach, myślałem o błędach, analizowałem jak do nich doprowadzałem. Zastanawiałem się nad tym czego się boje, starając się chwycić ten strach i odrzucić go od siebie gdzieś daleko. Tak przygotowywałem się na nadchodzący dzień. Ta noc była potrzebna, po to bym jutro nie czuł strachu.  

Zasnąłem dopiero, gdy to do mnie doszło. 

Zaczął padać deszcz.  

Wokół zapadła cisza przerywana tylko dźwiękiem kropel wody miarowo uderzających o dach. 

******** 

Zajęliśmy miejsca na placu Braterstwa. Nasz posterunek. Z początku nie działo się nic szczególnego. Wciąż nie wiedzieliśmy czy coś w ogóle się wydarzy. Nie mieliśmy pojęcia czy cała ta mobilizacja miała w ogóle jakiś sens. Ale tak. Byliśmy gotowi. Mieliśmy wyznaczone dwa miejsca na barykady. Jedno prawie u samego początku ulicy prowadzącej na plac, drugie praktycznie przy samym wejściu na plac. Pomiędzy masa ludzi. Spacerowiczów i nie tylko. Ilu z nich wiedziało co się może zaraz stać? Ilu z nich wiedziało, że zagrożone jest ich bezpieczeństwo? Życie? Mieliśmy tak z grubsza dwie linie obrony. Czy wystarczą? Nie miałem żadnej ochoty się o tym przekonywać. Jednak jeśli będzie trzeba to byłem przekonany, że zrobię wszystko co w mojej mocy. 

Byłem chłodny i zdecydowany. Czułem, że w pewnym sensie to uczucie naturalnie udzielało się moim ludziom. Oni czerpali ze mnie, a ja nawet jeśli nie byli tego do końca świadomi czerpałem także z nich. I dodawali mi więcej siły niż byłem skłonny przyznać. Ale to bez znaczenia. Przynajmniej w takiej chwili jak ta. Pomijając wszystko; pogoda dopisywała kolejny dzień. Staliśmy w grupce jednolicie ubrani. Paliliśmy papierosy i żartowaliśmy; z siebie nawzajem i wszystkiego dookoła. Trochę jak dzieci. Trochę też byliśmy niepoważni. To wszystko było na swój sposób niepoważne. Jednak w końcu; byliśmy tylko ludźmi, superbohaterowie tego dnia pochowali się w domach. Musieliśmy więc sobie radzić, jak tylko umieliśmy. 

Słuchałem tych żartów, uczestniczyłem w dyskusji jako tako, myślami będąc gdzieś zupełnie gdzie indziej. Nie po raz pierwszy. Jeden z moich ludzi opowiadał o tym jak poznał poprzedniego dnia dziewczynę z drużyny harcerskiej i choć wiedziałem o tym doskonale, że jest niesamowicie nieśmiały w stosunku do kobiet, to w jego opowieści urastał do miary uwodziciela pierwszej klasy. Słuchałem opowieści o jego wyczynach z podniesionymi brwiami, jednak nic nie mówiłem. Nawet jeśli to było naciągane, a było; to dzisiaj nie miało to żadnego znaczenia. Dzisiaj każdy miał prawo spędzić te chwile jak chciał. Rozejrzałem się dookoła. Dzień w zasadzie nie różnił się od wcześniejszych spędzonych przez nas na Placu. Ludzi było nawet więcej niż wczoraj. Miejscami migały mi odblaskowe kamizelki Straży Obywatelskiej. Grupa jej działaczy stała także w bramie niedaleko nas. Cały czas nas obserwowali z groźnym wyrazem twarzy. Tak przynajmniej zgaduje, że według nich to był „groźny’ wyraz twarzy, bo dla nas był on co najwyżej karykaturalny. Spojrzałem na nich i omiotłem ich wzrokiem. Żaden nie wytrzymał tego kontaktu. Gdy pokornie opuścili głowy, splunąłem pogardliwie pod nogi. Chociaż tyle. Wszystko wskazywało na to, że chociaż oni, nie będą w stanie nam dzisiaj sprawić żadnych kłopotów. 

W końcu stało się. Gdy słońce zaczynało już zachodzić, a przyjemne ciepło dnia, zaczynało ustępować przyjemnemu chłodowi letniego wieczora, podbiegł do mnie zziajany kurier, pokazał mi znak Dowódcy i powiedział to czego nie chciałem usłyszeć już od samego rana. „Jednostki szturmowe policji wyjechały z bazy. Nie ma zbyt wiele czasu. Szykujcie się do walki!”. Momentalnie pobladłem. Zacisnąłem rękę na schowanym w kieszeni różańcu. Czyli jednak? Ksiądz miał rację. Powiedzieć, że w tamtej chwili się bałem to jakby nic nie powiedzieć. Nie wiem czemu w ogóle zawdzięczam to, że byłem w stanie ruszyć się do działania. 

Wziąłem głęboki oddech, wyrzuciłem papierosa jednocześnie wdeptując go bruk i powiedziałem:  

-Panowie! Słyszeliście. Działamy według planu! Budujemy barykady! 

Nie trzeba było dwa razy powtarzać. W końcu szykowano nas wszystkich jako jeden wielki i dobrze naoliwiony mechanizm. Ten mechanizm był tworzony na takie okazja jak ta, nie mógł zadziałać inaczej jak tylko bez zarzutu. Jednak nasze działania, choć dla nas kompletnie oczywiste, nie spodobały się grupie Straży Obywatelskiej, która gdy tylko zobaczyła, że się ruszyliśmy, podbiegła do nas próbując nas otoczyć łapiąc się przy tym za ręce. Formacja jak z podręcznika małego stewarda. Żałosne. Oczywiście nie mogło to nas w żadnym stopniu jednak powstrzymać. Gdy zaczęliśmy już się dusić z wszechogarniającego poczucia groteski, jeden z nich powiedział do mnie:  

-Ty tu dowodzisz tak? Pytam się? Jakim prawem chcecie tu budować barykady. Kto Wam pozwolił? Kto Was upoważnił? Kto… 

Nie dokończył. Miałem już dość. Wróciły do mnie wspomnienia martwych studentów z bitwy na Uniwersytecie. Miałem dość. Miałem dość słuchania polityków. Nie zamierzałem tracić czasu w chwili, gdy zaraz mogła się znowu polać krew. Nie mogłem do tego dopuścić. Chwyciłem go gwałtownie za twarz, ściskając mu policzki:  

-Mam w dupie Wasze prawa. Zrobię co będzie trzeba, by chronić tych ludzi!- odparłem zdecydowanie 

-Ale? Ale? – tamten wyjąkał bezradnie – Nie masz prawa, to my jesteśmy od tego, to ja tu dowodzę…  

-Przecież nie musisz iść z nami dzieciaku – do naszej dyskusji wtrącił się ktoś inny. Jakiś postawny facet, który pojawił się dosłownie znikąd. Była z nim dość spora grupa podobnie ubranych ludzi. Wszyscy na kurtkach mieli podobne, czerwone naszywki. Hmmm coś mi to mówiło. Związek zawodowy robotników? Nie miałem zbyt dużo czasu na zastanowienie się nad tym skąd on się tutaj wziął, bo po chwili zwrócił się już bezpośrednio do mnie: 

-Znam Waszego dowódcę. Pomożemy Wam z barykadą tutaj, wy idźcie szybko na początek. Tam będziecie bardziej potrzebni, zwłaszcza gdy te odblaskowe matoły dorwą się do organizowania czegokolwiek.  

-Cóż… Dobrze! – odparłem nieco zaskoczony. Nie było czasu na filozofowanie. To był czas na działanie. 

Biegiem polecieliśmy w dół ulicy. Ludzie przechodzący obok nas co prawda nie mieli szansy usłyszeć tej rozmowy, jednak udzielał im się nasz nastrój, bo dość szybko zaczęli niepokojąco się rozglądać, zatrzymywać się i schodzić nam z drogi. Te emocje. Jak wracam pamięcią do tego dnia stwierdzam, że one musiały nam wyciekać przez skórę. Wyciekać i mieszać się z powietrzem podkręcając atmosferę do granic możliwości. Gdzieś po drodze do naszego celu, już całkiem niedaleko miejsca z góry przeznaczonego na drugą barykadę, jeden z moich ludzi wyrwał megafon członkowi straży i zamiast ich okłamywać, zaczął przekazywać im prawdę: 

-UWAGA! Nadchodzi policja! Nie będzie tutaj zmiłowania! Brońcie swojego życia! Brońcie placu! 

Nie planowaliśmy tego wcześniej. To była jego własna inicjatywa, pod wpływem chwili. Po wszystkim mówił mi, że chciał w ten sposób opróżnić ulicę by nam udrożnić drogę możliwej ucieczki i nie narażać postronnych na atak policji. Cóż. Dobrze zrobił. Choć muszę przyznać, że efekt tego wszystkiego nas trochę zaskoczył. Zaskoczył? To nie do końca dobrze powiedziane. Wmurował nas w ziemię. I to na dłuższą chwilę. Panika zadziałała jak wirus. Ci, którzy nie słyszeli wezwania z megafonu, zaczęli powtarzać reakcje tych, których widzieli lub zaczęli działać zgodnie z własnym instynktem. I tak większość osób rzuciła się pędem w stronę wyjścia z placu. Część w zupełnej panice pobiegła do centrum placu co przecież z punktu widzenia bezpieczeństwa nie miało żadnego sensu. Szczerze? Nie wielu zostało z nami by zrobić barykadę i ją chronić. Może pięćdziesiąt ludzi. Nie więcej. Mogłem mieć tylko nadzieję, że przy placu mieli więcej szczęścia, bo inaczej w sytuacji ataku na serio… Mamy małe szanse. Spojrzałem się na ludzi. Instynktownie wyczuwałem ten sam strach i wątpliwości: 

-Kij z tym! Do dzieła! Walczymy tu o swoje życie!  

Nie potrzebowali chyba większej zachęty. Rzucili się pędem do budowy. Oczywiście nie mieliśmy zbyt dużego pojęcia jak to robić. Szczerze mówiąc; ciężko mi teraz z perspektywy czasu nawet przedstawić jak to wyglądało. Był to jeden wielki chaos. Ktoś zaczął przywozić wózki sklepowe z marketu nieopodal. Ktoś w grupie przepychał stojące na parkingu samochody robiąc z nich barierę. Wózki, samochody, barierki, drzewa, latarnie, ktoś wyrwał nawet jakieś krzaki. Wyrosła przed nami barykada. Nie miałem zielonego pojęcia jak właściwie ocenić jej jakość. Prezentowała się mocarnieczy jednak wytrzyma? Nie miałem zielonego pojęcia, jednak była to barykada na miarę naszych możliwości. Gdy skończyliśmy, a raczej gdy już nie było za bardzo czego dołożyć do barykady, padliśmy u jej stóp spoceni i wyczerpani. Łapczywie łapałem każdy oddech, starając się nabrać powietrza do płuc. Zarządziłem odpoczynek. Spotkało się to z widoczną wdzięcznością. Chociaż tyle mogłem zrobić. Ktoś przecierał brudną od smaru twarz, ktoś pił wziętą ze sklepu wodę. Nie wiem ile wtedy udało nam się wyrwać tego spokoju. Wiem natomiast, że z tego błogiego otępienia wyrwał mnie przenikliwy dźwięk policyjnych syren: 

-To zgromadzenie jest nielegalne! Proszę się rozejść! – zaraz po typowym komunikacie usłyszałem dźwięk ustawiających się w szyku kolumn szturmowych.  

Wyjrzałem ponad barykadę i szybko się schowałem. Poczułem strach od którego niemal osunąłem się na ziemie. Po raz drugi sięgnąłem po stary różaniec. Kompletnie instynktownie. 

W tym czasie jeden z moich ludzi cicho relacjonował to co widział po drugiej stronie barykady:  

-Około dwustu policjantów w pełnym rynsztunku. Mają broń. Nie wiem co to za amunicja. Za nimi są wozy. I coś… coś większego ale za daleko jest. Nie widzę dokładnie co to. 

Tymczasem kolumna się przybliżyła. Na odległość rzutu kamieniem. Lub czym innym. I tego i tego mieliśmy tutaj pod dostatkiem. Jaką podjąć decyzje? Nie miałem żadnych wątpliwości, że decyzja o ataku będzie bardzo brzemienna w skutkach.  

-Przepuście mnie. Przepuście no! Mam wszystkie potrzebne uprawnienia! Pogadam z nimi!- znowu ten irytujący głos. Czy on się kiedyś od nas w ogóle odczepi? 

Przez naszą grupę, w kierunku barykady próbował dostać się jeden z przedstawicieli Straży Obywatelskiej. Jeszcze tylko tego brakowało w sytuacji, która już bez tego nie była prosta. Chciałem się wtrącić i go zatrzymać, ale powstrzymał mnie jeden z moich ludzi:  

-Zostaw go. Może coś wykombinujemy i zyskamy na czasie dzięki jego gadaniu. 

Gdy się rozstąpiliśmy, on wyraźnie zadowolony wyprostował swoją marynarkę, poprawił odblaskową kamizelkę i wyjął z kieszeni jakąś białą szmatę. Uniósł ją wysoko ponad głowę i wyjrzał znad barykady:  

-Jestem… – tu zagłuszył go dźwięk syreny policyjnej – Jestem przedstawicielem Straży Obywatelskiej Ruchu na Rzecz Lepszego Jutra! 

-Tu policja! Proszę się rozejść! To zgromadzenie jest nielegalne! – powtórzono po raz drugi komunikat. Policja miała go gdzieś. Nie wyglądało to za dobrze.  

On jednak ciągnął dalej. Niezrażony. Bardzo głupie ale wtedy nie wpadłem na to, by coś z tym zrobić. Może mogłem go powstrzymać? Nie mogłem jednak wiedzieć. Po prostu nie mogłem. 

-Jestem przedstawicielem legalnie działającej opozycji parlamentarnej. Mamy prawo protestować! Mamy prawo protestować na podstawie artykułu 12 Konstytucji… – próbował kontynuować 

Tym razem nie włączono już policyjnej syreny żeby go zagłuszyć. Jego pozbawioną sensu wypowiedź przerwał gromki śmiech dobiegający ze strony policyjnej blokady. Było w nim tyle poczucia bezkarności i pogardy. Mimo woli przebiegł mnie dreszcz. 

On być może chciał się jakoś oburzyć. Jakoś zaprotestować. Przywołać kolejny paragraf na swoją obronę. Nową podstawę prawną. Cokolwiek. Nie zdążył.  

Padł strzał. 

Chyba nie jeden. Nie wiem. W miarę upływu czasu z tej historii uciekło mi mnóstwo szczegółów, a wszystko zlało się w jedną bezkształtną masę.  

Reprezentant Straży osunął się bezwładnie na ziemię, a jego krew zbryzgała stojącego nieopodal chłopaka. Widziałem, że chciał krzyczeć ale nie mógł po prostu wydusić z siebie głosu. Szok? Nagle poczuliśmy jakby czas się po prostu zatrzymał. Z otępienia pierwszy wyrwał mnie jakiś zwykły człowiek, który stał całkiem niedaleko mnie. Ktoś powiedział wtedy z niedowierzaniem: „Zastrzelili go. Po prostu go zastrzelili”. Ktoś inny próbował rzucić w kierunku policji koktajl mołotowa. Zapalił szmatę, wychylił się znad barykady… 

I to był kolejny błąd.   

Następny strzał trafił prosto w butelkę, a płonąca ciecz oblała nie tylko jego, ale także część naszej, prowizorycznej barykady. Ta niemalże od razu stanęła w płomieniach. Pierwszą linię obrony straciliśmy w przeciągu piętnastu minut. Tego nie sposób było uwzględnić w naszych planach.„Odwrót” próbowałem krzyczeć, ale smród palonego ciała, który zaległ mi w płucach dławiąc mnie i dusząc, sprawił, że wyszedł z tego jedynie kiepsko słyszalny szept. Dzięki Bogu ktoś stał na tyle blisko mnie, że podał to dalej, a okrzyki „Odwrót, odwrót” zostały powtórzone przez wszystkich. 

Rzuciliśmy się do ucieczki w kierunku ostatniej barykady. Biegliśmy wtedy tak szybko jakby wyrosły nam skrzydła. Mimo tego miałem poczucie, że droga, którą mamy przed nami ciągle się tylko wydłuża i wydłuża. Słyszałem tylko to jak chyba jakiś buldożer próbował przebić się przez płonącą barierę i strzały oddawane przez nią na ślepo. Odwróciłem się dopiero gdy dobiegliśmy do celu, a ludzie zaczęli już wspinać się na drugą stronę po spuszczonych drabinach. Odwróciłem się i zauważyłem, że prawie udało się im już przebić, a drogę naszej ucieczki znaczyły ciała tych, którzy bronili się razem ze mną.  

Nie wiem ile ich było. Wiem tylko, że widocznie nie wszystkie ze strzałów wtedy były oddawane tak całkowicie na ślepo. 

Wszedłem na górę jako ostatni. Ktoś podał mi drabinę, ktoś inny wciągnął mnie po niej i pomógł mi przejść na drugą stronę. Ktoś rzucił do mnie:  

-Wiesz, że krwawisz? 

Rzeczywiście nie wszystkie strzały zostały oddane na ślepo. Zobaczyłem jak z mojego boku kapie krew. Zdążyłem tylko powiedzieć:  

-Wyrzućcie wszystko co macie. Jedyna szansa dla nas to doprowadzić do wybuchu tego buldożera. Inaczej nie da rady tego powstrzymać. Nie dajcie im podejść zbyt blisko… 

Osunąłem się na ziemie. Poczułem tylko jak ktoś mnie ciągnie po ziemi i odsuwa na bok.  

Tego dnia na Placu Braterstwa zapłonął ogień, który postronnym obserwatorom wydawał się sięgać aż do nieba. Później na temat tej nocy pisano nawet pieśni, ale o tym kiedy indziej. 

Dla opowieści ważne jest jednak to, że wybuch buldożera rozproszył siły policji i zakończył atak na Plac Braterstwa.  

Wtedy jeszcze nie mogłem tego wiedzieć, ale udało nam się odeprzeć pierwszy atak na Plac Centralny.  

Udało nam się ochronić nasze marzenie. 

Powyższy tekst został opublikowany w piątym numerze pisma W Pół Drogi. PDF z tym numerem jest dostępny TUTAJ, inne numery naszego pisma możesz zobaczyć TUTAJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.