Trzecia Droga

Portal Nacjonalistyczny

Marcel Szawic: Zimny Stróż #1

Rok 2200. Od 150 lat państwo znane dziś jako Królestwo Europy Zachodniej ze stolicą w Londynie włada terenami Irlandii, Francji, Hiszpanii, Portugalii i krajów Beneluksu. Tym potężnym krajem twardą ręką włada krwawa dynastia normandzka, która trzyma obywateli na bardzo krótkiej smyczy. Aparat policyjny, w którym służą obok ludzi nowoczesne roboty i humanoidy, terroryzuje obywateli. Tak pokrótce wygląda sytuacja polityczna. Nazywam się Michael Collins. Jestem członkiem IRA. Walczę o to, żeby moja kochana Irlandia mogła sama o sobie decydować. Walczę z władzą. Jestem sztyletnikiem. Śniło mi się, że stałem na pięknej zielonej łące, a obok mnie biegało stado łosi. Nagle, nie wiadomo skąd, pojawiło się trzęsienie ziemi, które zmusiło mnie do otworzenia oczu. Nade mną stał mój młodszy brat Kamil.

– Michał, wstawaj!

Patrzę na niego zaspanym wzrokiem, nie wiedząc specjalnie, co się wokół mnie dzieje. Chwilę mi zajęło, zanim udało mi się pozbyć suchara z buzi i mogłem cokolwiek powiedzieć.

– Co chcesz? Nie wiesz, że mam dziś wolne? Mówiłem, że jak mam wolne, to macie mnie nie budzić przed południem.

Spojrzał na mnie z wyrzutem, niczym szczenię, które ktoś właśnie mocno zbeształ:

– Wiem, ale policja chce z tobą rozmawiać.

Poczułem, jak powietrze ucieka mi z płuc z głośnym świstem.

– Mówili, czego chcą?

Pokręcił tylko głową i wybiegł z pokoju. Szybko się zwlokłem z łóżka, narzuciłem na siebie jakieś ubrania i zszedłem na dół. W kuchni siedziało dwóch policjantów. Mężczyzna na oko 40-letni, z potężnymi zakolami oraz z wąsem uczesanym Chamberlaina, w mundurze kapitana oraz robot z oznaczeniami sierżanta. Gdy mnie zobaczyli, mężczyzna wystawił do mnie rękę i powiedział:

– Kapitan Albini, policja Jego Królewskiej Mości; czy pan Michał Dolfini?

Z dużą niechęcią podałem mu rękę i pośpiesznie skinąłem głową:

– Świetnie, chcielibyśmy zadać panu kilka pytań. – Nie czekając na moją reakcję, zaczął mnie wypytywać: – Zna pan Johna Stuarta?

Stary John, nasz rusznikarz, człowiek, który z niczego potrafił zbudować świetny karabin, a każdy karabin – nieważne, skąd by on pochodził – potrafił naprawić i ulepszyć tak, że broń komandosów przy naszej całkowicie wymiękała.

– Tak, to sklepikarz z końca ulicy.

Spojrzał na mnie z przymrużonymi oczami.

– Czy wiedział pan coś o jego działalności na szkodę Korony?

Stałem chwilę otępiały po gwałtownym przebudzeniu.

– Khy, khy – otrząsnąłem się.

– Nie miałem o tym pojęcia.

Patrzył na mnie spod przymrużonych oczu. Chyba niespecjalnie uwierzył w moją, jakże szczerą odpowiedź.

– Dobrze, niech panu będzie.

To mnie wyprowadziło z równowagi.

– Co pan insynuuje? zapytałem go zirytowany.

– Ja?- zapytał z miną niewiniątka – Niczego nie insynuuję. Po prostu z naszych informacji wynika, że był pan z nim w dość bliskich relacjach.

– Radzę zmienić informatorów, nasze relacje nie wychodziły poza normalne kontakty sprzedawca-klient – powiedziałem oschle.

Nie odpowiedział na tę zaczepkę, popatrzył na mnie chwilę, a potem powiedział:

– Chodź, Karl- zwrócił się do robota – myślę, że wiemy już wszystko, co chcemy.

Odwrócił się na pięcie i ruszył do wyjścia. Gdy stał już w progu, odwrócił się nieznacznie w moją stronę i rzekł:

– Radzę ci, młody człowieku, byś nie wchodził w drogę królewskiej policji specjalnej – a potem wyszedł i zamknął za sobą drzwi z trzaskiem.

Stałem chwilę, starając się opanować i przeklinając na siebie w myślach za swój brak profesjonalizmu. Że też dałem się tak łatwo wyprowadzić z równowagi. Ja, człowiek, który walczył z Koroną w tylu miejscach, dał się wyprowadzić z równowagi byle glinie.

– Wszystko w porządku? – to moja mama wyszła z salonu i patrzyła na mnie z obawą w oczach. Domyślała się tego, co robię, choć nie miała pewności ani dowodów. Inaczej, mimo mojej pełnoletniości, zamknęłaby mnie w pokoju na klucz i zostawiła pod strażą młodszego brata. Nie chciało mi się już spać, więc postanowiłem się przejść i zaczerpnąć świeżego powietrza.

– Wychodzę – powiedziałem mamie i założyłem buty, a potem wyszedłem. Idąc ulicą Królowej Wiktorii, podziwiałem zgliszcza, jakie zostały po ostatnim zamachu zorganizowanym przez anarchistów ze skrzydła trockistów. Zginęło 13 żołnierzy i zniszczono ponad 20 robotów policyjnych. Zamachowcy wpadli jeszcze tego samego dnia w centrum Chealsy. Wywiązała się strzelanina, zginęli wszyscy zamachowcy, dwóch policjantów oraz 12-letni syn przemysłowca i magnata branży IT, który wracał z lekcji gry na banjo. Nie wiem, jakim cudem on akurat zginął, ale mimo wszystko jakoś nie było mi go żal.

Planowałem, że tego dnia dojdę do parku miejskiego, gdzie kupię sobie lody i zjem je na ławce, odzyskując spokój, który utraciłem przez wizytę policjantów. Los chciał inaczej – gdy dochodziłem do sklepu prowadzonego przez młode hinduskie małżeństwo, z którym byłem na „ty” i któremu podpaliłem ten sklep, choć oni tego nie wiedzieli. Zresztą nikt poza mną i moją trójką tego nie wiedział. Tak więc gdy przechodziłem obok tego sklepu, w którym trwał remont, usłyszałem audycję w radiu, która z kolei zmusiła mnie do zatrzymania się i wejścia do środka. Spiker smutnym głosem ogłosił wszem wobec, całemu imperium, co następuje: – Dnia dzisiejszego król Albert III trafił do szpitala w ciężkim stanie. Na terenie całego państwa zostanie wprowadzony stan wyjątkowy. – Dalej już nie słuchałem. Stan wyjątkowy. Znaczyło to, że w najbliższym czasie dojdzie do zmiany na tronie, jak to bywało już wcześniej. Pobiegłem szybko do domu. Podczas stanu wyjątkowego lepiej było schować niektóre rzeczy.

Gdy dotarłem do domu, przed drzwiami zobaczyłem Williama. Był to członek mojej trójki, który odpowiadał za sprawy logistyczne i za kontakt z kierownictwem. Z tego, co wiedziałem, on – jak i każdy członek innych trójek, który miał taką samą rolę – posiadał sztucznego zęba z cyjankiem, żeby w razie wpadki dokonać swego żywota miast wydać tajemnice. William był też gazeciarzem oraz moim przyjacielem ze szkolnej ławy.

– Słyszałeś już? – zadałem pytanie zamiast powitania.

Pokiwał głową, wyraźnie coś go gryzło.

– Grzyb nas wzywa.

Grzyb, tak zakonspirowany człowiek, że mógł w tym względzie konkurować tylko z naszymi agentami na dworze królewskim. Wszyscy wiedzieli, że są i na tym się kończyła wiedza. Zrobiło mi się niedobrze; skoro jesteśmy wzywani przez kogoś takiego jak Grzyb, to nie wróży najlepiej naszej dalszej egzystencji na tym świecie. Krążyły plotki, że każdy, kto był przez niego wzywany, dostawał wręcz samobójcze zadanie, ale wszystkie informacje były mniej niż połowicze. To był po prostu mały wycinek, o którym kierownictwo chciało, byśmy wiedzieli i czuli respekt. W większości przypadków im się udawało.

– Kiedy?- zapytałem.

– Teraz, natychmiast, przyleci po nas dorożka.

Jak na zawołanie pod bramkę do mojego ogródka zaleciała mechaniczna dorożka ciągnięta przez pegaza, zmodyfikowanego genetycznie konia. Za lejcami czekał siwy mężczyzna o potężnej muskulaturze.

– Cześć Harry – powiedziałem, podałem kierowcy dłoń i wsiadłem do dorożki. Za mną wszedł William i zatrzasnął drzwi. Gdy ulokowaliśmy się na siedzeniach, wyjąłem paczkę zielonych Marlboro i poczęstowałem kolegę.

-Wiesz, miałem rzucić, ale cudze nie uzależnia – powiedział i wziął od razu dwa.

Nie protestowałem, bo po co? Nie będę mu przecież żałował. Wsadziłem sobie papierosa do ust i poprzerzucałem go z kącika do kącika, myśląc, że też w sumie chciałem rzucić, ale moje samozaparcie ssie. Będę musiał nad tym popracować, a na razie odpaliłem papierosa od ognia, którego mi podsunął William, a potem zaciągnąłem się do głębi, ciesząc się z dymu, który wypełniał moje osmalone płuca.

– Więc jak sprawy stoją?

– Swietnie! Mamy już ogólny zarys dnia McGeorga, a także jesteśmy w stałym kontakcie z jego praczką.

– Myślałem, że takim ludziom piorą roboty, bez użycia człowieka.

– Najwidoczniej nasz cel jest bardzo konserwatywny w kwestii, kto będzie mu prał gacie.

– No dobra, a czego chce od nas Grzyb?

– Niewiem, ale doszły mnie słuchy, że to ma związek ze zmianami na tronie.

Resztę drogi pokonaliśmy już w milczeniu. Gdy dojechaliśmy na miejsce, do dorożki weszło dwóch rosłych facetów, którzy bez ogródek zawiązali nam oczy i poprowadzili na miejsce spotkania. Po jakichś 5 minutach, 49 schodach oraz 3 drzwiach zdjęto nam opaski. Staliśmy w krypcie, gdzie światło słoneczne padało przez olbrzymie matowe okno. Przez chwilę miałem wrażenie, że znalazłem się w słonecznej Walii, ale ostry, choć spokojny głos, który wybrzmiał z cienia, jaki rzucał olbrzymi pomnik skrzata, wyrwał mnie z zadumy.

– Witam was, panowie.

Stanęliśmy na baczność, a nasza eskorta gdzieś się zawieruszyła.

– Pir ra!- krzyknęliśmy obaj.

– Darujmysobie konwenanse. Mam dla was dwóch bardzo ważne zadanie.

Słysząc ten głos, czułem, jak po plecach spływa mi zimny pot.

– Zadanie – ciągnął Grzyb – które nie tylko uwolni naród irlandzki spod jarzma herbaciarzy, lecz uwolni także inne narody spod tej okupacji.

Zapadła chwila ciszy, którą przerywał tylko wiatr wiejący gdzieś w korytarzach. W końcu William nie wytrzymał i zapytał:

– Co to za misja?

Poczułem, jak spoczywa na mnie rozbawiony wzrok Grzyba.

– Myślałem, że już nie zapytacie. Waszym celem będzie zgładzenie rodziny królewskiej, z Księżniczką Małgorzatą na czele.

Pierwszy raz w życiu straciłem przytomność.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.