Rzutem Oka. Miesięcznik społeczno-kulturalny. Październik 2017

„Zaczyna się już październik. Chłód, porywiste wiatry i deszcze. Coraz więcej wody, jakby nie dość już tej w kanałach i kanalikach. Czasem to chyba lepsza ulewa żelaza lecąca na głowy, niż ten deprymujący bez końca deszcz…”

Zdawałoby się, że przesilenie, zwłaszcza to jesienne, jest momentem granicznym, wymagającym refleksji i podsumowań. Słońce zeszło ze sceny nieboskłonu, zostawiając jedynie karykaturę swej tarczy, trupiobladej, niekiedy późnym popołudniem tylko sprawiając wrażenie jakby chciało zwymiotować na bezmiar naszej beznadziei, pogrążającej się z każdym opadłym liściem. To tylko grafomańskie wynurzenie, wszak wiadomo, że jesień pełza, a ja nie mam ochoty niczego podsumowywać.

Mógłbym wspomnieć o lekturze Ciorana, wraz z którym cierpię każdego poranka, zyskując sprawność dopiero koło północy. O tym, że w Pokusie istnienia, rzeczywiście szukałem jakiegoś impulsu by być bardziej intensywnie, bardziej autentycznie, a którego nie znalazłem musząc zadowolić się cytatami, które najlepiej brzmią wyrwane z kontekstu, jak ten:

To, że powołaniem literatury jest jej śmierć, jest możliwe a nawet pożądane. Czemu miałaby służyć farsa naszych pytań, naszych problemów, naszych obaw? Czy biorąc pod uwagę to wszystko, nie byłoby lepiej skłaniać się ku kondycji automatów? Po naszych indywidualnych smutkach, zbyt ciężkich, nastąpiłyby smutki seryjne, zuniformizowane i łatwe do zniesienia; nie byłoby już dzieł oryginalnych czy głębokich, nie byłoby intymności, a zarazem i marzeń czy sekretów.

Cioran nie daje odpowiedzi, trudno też by ich udzielał, skoro zbyt rzadko stawia pytania. Wszystko zmierza ku zagładzie, choć ten katastrofizm bardziej pociągał mnie u Spenglera.

Mógłbym wspomnieć o książce królowej eseju, Marty Kwaśnickiej, Jadwiga. Napisać o tym, jak pociągały mnie obrazy, które przede mną rysowała. Najbardziej zapamiętałem kadr Plant nocą, spowitych we mgle, którą nieśmiało rozbija żółte światło latarni. Jakże znany mi jest ten obraz z nocnych spacerów, jak obłędny trans, w który wtedy wpadam. Często w uniesieniu męskiej buty twierdziłem, że prócz tego co głosi baner na Głównej Księgarni Naukowej – We all read dead people, to zazwyczaj czytamy w przeważającej części mężczyzn, którzy zawłaszczyli sobie malowanie słowem. To myśl trochę przekorna, trochę buntownicza w stosunku do dyktatury matriarchatu, i w swej istocie jakże nieprawdziwa. Nie uważam się za przesadnego erudytę, nie zgłębiłem wszystkich dostępnych mi księgozbiorów, nie mówiąc już o eseistyce czy prozie w ogóle, nie czytałem też wszystkich publikacji Marty Kwaśnickiej, ale oddaje jej swoje wszelkie czytelnicze egzaltacje. Jadwiga to opowieść nie tylko o królu polski, Jadwidze Andegaweńskiej, świętej Kościoła Katolickiego, to  podróż do jej świata, ludzi jej współczesnych, emocji, które wstrząsały jeszcze dzieckiem, a już kobietą. O samej świętej nie dowiedziałem się wiele, ale cóż to! Na półce mam kilka monografii na ten temat – jeśli zechcę to mogę wziąć je do ręki, a Jadwiga Kwaśnickiej nie miała być przecież lekturą naukowa. W św. Jadwidze Andegaweńskiej zakochałem się po raz kolejny, w sposób bardziej dojrzały, który chyba dzięki Boskiemu błogosławieństwu, spotyka małżonków po trzydziestu latach stażu. Jadwigi nie da się zresztą nie kochać. Do dziś pamiętam wzrok prof. Krzysztofa Ożoga, gdy pięć lata temu słuchałem jego wykładu o naszej krakowskiej świętej. To kobieta sprzed wieków, która wciąż uwodzi. Choć jest świętą. Choć była królem.

Może jestem zbyt tendencyjny w ocenie kunsztu Kwaśnickiej. Może znalazłem kilka płaszczyzn nam wspólnych, wokół  których stworzyłem sobie jej legendę. Może też nie lubię Warszawy…:

Obserwowanie Warszawy z oddalenia jest jak oglądanie kotła pełnego gotujących się raków, które piszczą, wznoszą ku niebu swój lament. Powietrze nad miastem drży, stolica jest jak dziura w czasoprzestrzeni, pełna głosów, szeptów i huku. Nikt ich jednak nie słyszy. I dlatego to nie jest miasto królewskie. To miasto przenicowane przez wszystkie możliwe prądy intelektualne, z których niemal żaden nie powstał na miejscu. To nowożytna stolica, nowoczesne centrum administracyjne, krzepnące w okresie, kiedy Europa straciła już swoje mistyczne złudzenia. Jeśli ktoś nabiera w Warszawie takich złudzeń, jeśli zaczyna słyszeć te wszystkie głosy, to umiera w ten czy inny sposób lub traci zmysły. Albo traci złudzenia i staje się tak, jak współczesna polska stolica – toksyczny i jałowy.

Mógłbym też polecić zaglądanie na bloga autorki, na którym można znaleźć teksty raczące nas, jak ktoś mi powiedział, elementarną przyjemnością z czytania. Jak ten, o seledynowej kamienicy. 

Mógłbym, oczywiście, mógłbym, wspomnieć o tomiku Michała Szczyrby Odsłony tożsamości, który zresztą stanowił jedną z ważniejszych nagród w konkursie Orle pióro. Nie ma wszak u nas wiele poezji tożsamościowej, nienachalnej w swoim idealizmie, którą bez wątpienia tworzy nasz redakcyjny kolega. Na poezji nie znam się wcale, wiem tylko, że zawsze jest czymś dobrym, dla twórcy, czasami nawet dla czytelnika. Może niekiedy bywa zbyt dosłowna, bo przecież największą refleksję powodują niedopowiedzenia i wątpliwości.

Wbrew wiatrom sprzyjającym

Zostaję w tyle

Wrośnięty w ziemię

Nieprzesadzalnie

Ja te dęby za starym cmentarzem

Jakbym trwał tu od zawsze…

 

Dość tej jesieni! Dość tych drzew łypiących spod mgły i kuszących swoimi rozłożystymi gałęziami. W mojej okolicy jest park, nic przesadnie szczególnego prócz wciąż przybywających wspomnień, kilku wieków historii (wszak należał do sekretarza króla Zygmunta Starego), i paru ulubionych ławek. Pośrodku znajduje się pomnik Fryderyka Chopina, autorstwa Bolesława Chromego (cóż to za rzeźbiarz! Świeć Panie nad Jego duszą), a obok niego stary, rozłożysty kasztan. Jego gałęzie kuszą mnie najbardziej. Nie pną się ku górze, ku słońcu, raczej zgarbione zdają się rosnąć równolegle do ziemi. Moje kuszące gałęzie. Takich nie znajdzie się w Bieszczadach, gdzie zawsze lubię wracać co zrobiłem i tego lata. Lubię te góry chyba dlatego, że nie ma w nich tak przesadzonego mistycyzmu co w Tatrach (i tak ostrych podejść!). Tam, w Tatrach, wszystko zdaje się być ponad swoją miarę. Szczyty potężne i groźne, ja zbyt mały i zbyt nieznaczący, Bóg tak bliski w każdej przydrożnej kapliczce, a zarazem zbyt daleki. Trochę swojski, ale nie mój. Trochę ludowy, ale jakby skomercjalizowany. W Bieszczadach nie ma nic, nawet urzędów pocztowych i ja to szanuję. Nie ma szczytów, z których widać całą Polskę, i to mnie cieszy, bo czasami naprawdę nie chcę o Niej myśleć. Nie ma wiosek, które po Akcji Wisła porosły drzewami i trawą, nie ma egzaltacji i przygnębień. Tam po prostu jestem, a zarazem jakby nie. Tam się nawet nie rozmawia, i znów, ja to szanuję. Choć to może szacunek do samego siebie i kilku miejsc, do których się wraca, odczuwając je w pełni, a zarazem czując, że jest się tylko gościem, tylko na kilka nocy. Byłem tam tegoż lata z moim przyjacielem. Wędrówki męczą, a kalorie trzeba uzupełniać, to też wybraliśmy się na obiad. Swoim dwudziestoletnim czerwonym samochodem, którego silnik wciąż jest na dotarciu (wszak tylko cztery setki, a takiego już nie dostanę), zajechaliśmy na kemping. Czasami tęskno mi do życia, którego nie prowadzę i nie chcę prowadzić. Zapach świeżo skręconych blantów, gość za barem w szarawarach i okularach jak Harry Potter, plumkająca muzyka. Dobrze, że decyzje o życiu podejmuje się racjonalnie, bo mógłbym na takim kempingu odnaleźć swoje nic nie znaczące powołanie i realizować się nalewając piwo i podając schabowe. Czasami myślę, że byłbym wtedy szczęśliwszy, daleki od zgiełku życia na pierwszej linii frontu. Ale nie o tym, chyba że chcecie wiedzieć, iż zamówiłem kotlet po bieszczadzku, który okazał się być wcale niezły. Jedząc tego kotleta przypatrywałem się grupce hippie-punków. Byli całkiem sympatyczni, szarawary, blanty, labrador z czerwoną bandamką pod szyją. Nie w porę przypomniałem sobie tylko, że dzień wcześniej na owym kempinu odbywał się punkowy koncert, firmowany przez Nigdy Więcej i inne takie szacowne organizacje. Nawet chciałem iść, wszak kontestuję wszystko i chętnie popogowałbym do riffów kapeli dwa grosze do wina, choć nie znam ich żadnego kawałka. No nieważne, ekipa stolik obok była koncertowa i do tego zmierzałem. Koncertowa i zaangażowana społecznie, gdyż wraz z kolegą, zostaliśmy chyba rozpoznani – wnioskuję po spojrzeniach i komentarzach. To nawet miłe być rozpoznanym, przez działalność społeczno-ideową, w bieszczadzkiej głuszy. Martwiłem się tylko czy zdążę zjeść swojego kotleta (swój kotlet?) po bieszczadzku, czy z na wpół przeżutym kęsem będę musiał rzucić się pędem do swojego samochodu po niezawodny teleskopowy klucz do kół. Zjadłem. U mnie zwyciężyła piramida Maslowa i niechęć do jakichkolwiek aktów agresji, u nich – nie wiem, chyba też. Bieszczady są widać jak krakowskie Błonia, na nich bowiem nawet najbardziej agresywne psy nie skaczą sobie do gardeł.

Znowu się rozpisałem, a przecież znowu chciałem prosić o odroczenie publikacji. Na koniec mógłbym polecić dwa teksty, choć pluje sobie w brodę, że nie zdołałem wpleść ich do ciągłości narracji. Pierwszy dotyczy Henryka Sienkiewicza i serdecznie go polecam, żeby wybić sobie z głowy banialuki o mężnych ikonach bez skazy, a zobaczyć człowieka, który stoi za słowem.  Drugi zaś to klasyk, czyli Dugin i przyznaję się, zaintrygował mnie tytuł Alkohol i dusza, który wydał mi się bliski memu sercu.

Jak już przy Xportalu, to słowo prywaty na koniec. Ronaldzie Lasecki, raczej byśmy się  nie zgodzili w większości kwestii, choć mizoginia i u nas w redakcji ma się dobrze, ale szczere uściski dłoni za wściekłość, którą wzbudziłeś w kobiecym nacjoulu. Aż sam chciałem zostać pokąsany przez te pszczółki, choć to jasne, że mam całkiem odmienne zdanie.

No, to czołem!

Filip Paluch

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.