Trzecia Droga

Portal Nacjonalistyczny

Marcin Digito: Wyrzekam się

Mam dosyć. Naprawdę. Pierwszy raz piszę te słowa nie będąc wzburzonym, ani zrezygnowanym do granic absurdu. Po prostu mam dosyć, w sposób zupełnie ludzki, spokojny, pogodzony z sytuacją, która wydaje się być beznadziejna. Impulsem do tego wyznania, oraz całej symfonii refleksji, była afera z wytropionymi pośrodku lasu, nazistami, którzy w akcie totalnego upadku, układali swastyki z pryncypałek, a każde wypowiadane przez nich słowo, skrzętnie rejestrowane przez utajnionych dziennikarzy, świadczyło o wysokości, z której zrzucona została ludzka godność. Co do samej sprawy, drogi czytelniku, jeśli dotarłeś do tego pisma to chyba nie muszę Ci tłumaczyć dwóch rzeczy: afera została ustawiona, odegrana jak kiepska sztuka w prowincjonalnym teatrze obwoźnym, a zarazem jest z gruntu prawdziwa, ponieważ problem istnieje, zawsze istniał i prawdopodobnie nigdy istnieć nie przestanie. Takie są koleje ludzkiej ułomności.

Nie same swastyki z pryncypałek spowodowały, że mam dość, lecz reakcja środowiska, którą można było obserwować na wszystkich frontach tej dziecinady. Bo pomimo fatalnej kondycji tego co z lekkim pobłażaniem można nazwać obozem narodowym, nie sądziłem, że porzucono do reszty aparat refleksji krytycznej. Może to środowisko jest właśnie problemem, to że wywodzi się ono z głębokiego PRL-u, z wczesnych lat ’90, taniego wina pitego po bramach i kultywowaniu w sobie agresji jako sportu. O ile przemoc polityczną uważałem zawsze za działanie wątpliwe moralnie, choć z potencjałem skuteczności, to prymitywne małpie podrygiwanie, które kiedyś nosiło znamię białych belek, dziś bawełnianych atrybutów ulicznego rozbójnika, wzbudza we mnie tylko pogardę, której się wstydzę. Reportaż ukazujący świętowanie urodzin austriackiego akwarelisty, spowodował falę prześmiewczych komentarzy, internetowych wpisów, które zdawały się krzyczeć toż to pejsata prowokacja!, i powtarzać swoje slogany o mężnym narodzie, w którym narodowcy stanowią śmietankę heroizmu i intelektualnego bohaterstwa. Głos zabierały osoby siedzące przecież mocno i od lat w tym naszym środowisku, mówił nawet poeta, kultowy pieśniarz, który już nie śpiewa, a który dobrze powinien zdawać sobie sprawę z sytuacji. To wzburzyło mnie najbardziej, bowiem artysta jest zawsze człowiekiem wrażliwym, spostrzegawczym, posiadającym nietuzinkową wyobraźnię, która w tym przypadku postanowiła chyba przesłonić rzeczywistość. Bo czy nie jest prawdą, że w kwietniowy dzień urodzin Adolfa Hitlera, nasze fejsbukowe tablice są pełne żartów, życzeń wszelkiej pomyślności i tematycznych piosenek? Ja wiem, to tylko żarty, tak jak żartem była wlepka Adama Gmurczyka „Faszyzm? My jesteśmy gorsi?”, tak jak to wszystko zdaje się być tylko kiepskim żartem właśnie. A ja mam dosyć, bo praca u podstaw kończy się w momencie kiedy trzeba samemu nurzać się w gnoju, bo wytykając braciom Polakom ich wady, można krążyć jedynie pomiędzy łatką Gombrowicza lub Stanisława Cata Mackiewicza, a obydwu nie lubię i obydwu zapewne środowisko nie czytuje.

Mam dość, bo każdy kto spędził w tym grajdołku trochę lat, widział przynajmniej kilka razy mężczyzn i kobiety z wydziabanymi swastykami, czarnymi słoneczkami, podwójną ósemką, błyskawicami lub innym zakamuflowanym znakiem tajnego stowarzyszenia wyznawców pangermańskiej czystości krwi i szybkich pomysłów na narkotykowy biznes. Każdy kto jest choć trochę w środowisku, zna przynajmniej jedną osobę, która była na zamkniętym koncercie, gdzie prawe dłonie prostują się bynajmniej nie w rzymskim pozdrowieniu, bowiem rzymskość od zarania wieków pogardzała tym co z nazywano germańskością, niby synonimem barbarzyństwa. I ja mam dość, bo każdy o tym wie, że w środowisku są czciciele swastyki, Adolfa Hitlera czy innych aberracji umysłowych., które kończą się w najlepszym razie odżegnaniem się od twórczości malarza, gdyż wypaczył ideę albo był Żydem i nie potrafił jej zrealizować. No i miał jedno jądro, co sprawia, że był tylko trochę aryjski, na pewno mniej niż polscy wojownicy z BH. Lecz i wśród nas, myślących, wykształconych, wciąż unosi się jakas aura uwielbienia nad Leonem Degrellem, jakby cała jego działalność zakończyła się na ruchu Rex i Płonących duszach. A przecież dzięki wytężonej pracy kilku tłumaczy, możemy przeczytać choćby Apel do młodych Europejczyków – testament szaleńca, czy inną publicystykę, w tym mój ulubiony list do Jana Pawła II.

I tego mam już dosyć, bo niezależnie od reportaży, my od dawna wiemy, że problem istnieje, tylko nauczyliśmy się z nim żyć, bo niby nie przeszkadza jeśli tylko neandertalczycy nie pchają się przed kamery. Tolerujemy ich na festiwalach, koncertach, spotkaniach, konferencjach i marszach. No bo kto się odważy albo będzie widział w tym sens, powiedzieć im że nie są mile widziani, albo żeby po prostu – odeszli w podskokach. Lepiej udawać, że ich nie widzimy, że ich nie ma. Lepiej samemu stworzyć wyobrażenie środowiska, w którym oni nie występują. Umysły przeżarte hipokryzją, spotkania sportowe firmowane straight edge, na których w łazienkach turlają się tylko opróżnione z zawartości sreberka i woreczki strunowe. Koncerty, gdzie zawsze znajdzie się paru ósemkowiczów. Dostosowywanie swojej narracji do nich, bo przecież na forach i w komentarzach bełkoczą, że wyrzekliśmy się radykalizmu. Mówią to ludzie, którzy nigdy nie potrafili zrozumieć, że myśl narodowo-radykalna ma w sobie coś więcej niż samą ideę czynu. Tolerowanie ich na marszach, bo zakładając, że nie treść a forma przekazu Czarnego Bloku, była zła, to nie zapomnijmy przypomnieć, iż tam te mentalne czarne słoneczka były więcej niż tolerowane. Moralne skarłowacenie. Wy, warci jedynie pogardy. Wy, którzy udajecie że nie widzicie, że nie istnieją rysy na Waszych lustrach.

Na każdego kiedyś przyjdzie pora. Większość ludzi, którzy w tym środowisku byli, a którzy prezentowali sobą wyższą wartość moralną i intelektualną – uciekła. Uciekła bo nie była w stanie obracać się w tej atmosferze toksyczności, nienawiści, agresji i neandertalstwa. Uciekła, bo nic ich w tym środowisku nie czekało. Bo to środowisko bez perspektyw, bez przyszłości, bez elit, programu rozwoju i w ogóle bez sensu. I ja mam już dosyć i nie chcę być częścią tego środowiska. Bo nic mnie tu już nie czeka. Bo każda szansa, która była, została zmarnowana. Bo sztandar upadł, został zbrukany, podeptany, a na tym samym drzewcu wzniesiono wysoko ponad głowy tłuszczy, kipiącej z nienawiści, karykaturę ideału. Jak ten tłum, który gromadził się za naszym wezwaniem na ulicach miast, by wykrzyczeć swoją miłość do Boga, Honoru i Ojczyzny. Tłuszcza niezdolna jest do tak wysokich uczuć jak miłość. Tłuszcza może tylko nienawidzić, potęgować swoją agresję, a przecież od nienawiści zawsze się odżegnywaliśmy, wiedząc, że jest ślepym zaułkiem. Drogą bez wyjścia i ostatecznym upadkiem.

Nie dbam już o to, mam dosyć, wyrzekam się. Proszę mnie wykreślić z listy, albo skreślić w ogólę. Po dziesięciu latach nie poczuwam się już do bycia częścią tzw. środowiska. Gardzę nim z podstaw mojego serca i ducha. Jestem nacjonalistą, spoza. Jestem nacjonalistą, który neguje nacjonalizm środowiska. Ten tekst, to tylko nóż, którym odcinam swoje mentalne więzy, od czegoś w czym tkwiłem przez dekadę. I głęboko wierzę, że W pół drogi, tez nie jest pismem środowiskowym, że jest spoza, że wyrzeka się powiązań z tym bagnem, które trzeba zostawić daleko za sobą, by w końcu zobaczyć wschodzące słońce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.