Joel Dueck: Dystrybucyjne stoisko z lemoniadą

Powiedzmy, że za namową dwójki moich przyjaciół: Clancy’ego (kapitalisty) i Douglasa (dystrybutysty) zdecydowałem się utworzyć stoisko z lemoniadą.

Buduję więc swoje stoisko, kupuje składniki, otwieram sklep i rozpoczynam działalność. Na koniec dnia pakuję stoisko, zgarniam zyski i lokuję je na swoim koncie w banku.

Na tę chwilę, zarówno Clancy i Douglas uśmiechają  się i spoglądają na mój raczkujący biznes z łagodną aprobatą. Ale choć obaj go aprobują, każdy z nich skrycie podziwia w moim stoisku z lemoniadą bardzo odmienne rzeczy.

Douglas, będąc dystrybutystą, podziwia fakt, że posiadam własność, dzięki której biznes przynosi dochód – w taki sam sposób, w jaki podziwia stolarza ozdobnego, który jest właścicielem furgonetki i narzędzi, czy też pisarza, który do pisania bestsellerów wykorzystuje własny mózg i komputer osobisty. Podoba się mu nie tylko fakt, że zaczynam działalność: znajduje przyjemność w tym, że jest to  firma prowadzona przez właściciela. Douglas lubi to, ponieważ ten sposób działania zapewnia mi bezpieczeństwo. Z własnej firmy nie mogę zostać zwolniony. Nie istnieje taki scenariusz, w którym ktoś oznajmia mi, iż nie mogę już więcej pracować. Własność, którą posiadam, w połączeniu z moimi umiejętnościami są wszystkim czego potrzebuję, aby wyprodukować jakąś miarę bogactwa.

Clancy jednak, będąc skrajnym kapitalistą, skupia się na potencjale wzrostu. Jemu również odpowiada to, że mam teraz mały biznes – ale w mgnieniu oka opowie się za rezygnacją z prawa własności, jeśli oznaczałoby to ekspansję, wzrost i powiększony wykładniczo zwrot z mojej inwestycji. Już obmyśla sposoby działań obliczone na jak najszybszy wzrost mojego przedsięwzięcia.

Też się nad tym trochę zastanawiam. Chciałbym, aby mój biznes urósł w większe, bardziej samowystarczalne przedsiębiorstwo, a samemu będąc wychowanym w kapitalistycznym stawie, naturalnie robię następną rzecz, jaką zrobiłby kapitalista i po najniższej możliwej płacy zatrudniam pomocnika o imieniu Joe.

W tym momencie dochodzi do pierwszego prawdziwego sporu między Douglasem i Clancy’m. Clancy jest zadowolony z tego, co zrobiłem, ale Douglas jest nieco skonsternowany. Nadal podoba mu się moja firma, ale niepokoi się nieco Joe’m, moim pracownikiem. Widzisz, Douglas nie chce jedynie tego, abym japosiadał własność wytwarzającą bogactwo, chciałby raczej tego, aby każdy posiadał odrobinę takiej własności. A moje relacje z Joe na linii pracodawca / pracownik nie bardzo mogą mu w tym pomóc, w rzeczywistości to krok w przeciwnym kierunku. Douglas wolałby, abym przynajmniej zaproponował Joe jakiś sposób na uzyskanie odrobiny współwłasności w firmie.

Mija pięć lat, moja firma znacznie się rozwinęła. Zatrudniam dziesiątki pracowników takich jak Joe, i otwieram nowe sklepy w całym mieście. Interes się kręci i szczerze mówiąc, Douglas wygląda jak wielki dureń. Buduję swoją firmę na wartościach rodzinnych; płacę wszystkim moim ludziom hojne wynagrodzenie, oferuję mnóstwo urlopu i innych świadczeń. A zatem wszystkie te jego pomruki o bezpieczeństwie i wolności najemnika wydają się, delikatnie mówiąc, nieprzekonujące.

Tymczasem Clancy jest zachwycony i zachęca mnie, aby przejść do następnego etapu. On i ja wiemy, że nie można po prostu osiąść na laurach. Inne stoiska z lemoniadą już depczą mi po piętach. Jeśli mam zmiażdżyć konkurencję, będę musiał rosnąć szybciej niż kiedykolwiek pozwolą mi na to zwyczajne zyski. Potrzebny mi  jest zastrzyk kapitału inwestycyjnego.

Kiedy rozmawiam z Douglasem na ten temat, dzieli się swoją szczerą opinią.”Oczywiście, mógłbyś pójść w tym kierunku,” mówi  „i ostatecznie oddać prawo własności ludziom, którzy nie odgrywają rzeczywistej roli w firmie. Im nie wystarczą stałe zyski: oni chcą ciągłej stopy wzrostu, wzrostu, wzrostu. A jeśli jest jakaś rzecz, którą niezaangażowani akcjonariusze nie zawracają sobie głowy, to jest nią właśnie jakość twojego produktu i usług. Będą wywierać naciski  i wszędzie szukać cięć, abyś tylko co kwartał wykazywał dobre wyniki.”

„Co jeszcze mogę zrobić? Jeśli nie będę się rozwijać, konkurencja zje mnie żywcem.” Spędziłem dużo czasu z Clancy’m i to widać.

„Spójrz, przedsiębiorstwa nie muszą funkcjonować w oparciu o podrzynającą gardła konkurencję”, mówi Douglas. „Porozmawiaj ze swoimi konkurentami. Zorganizujcie się w grupę. Współpracujcie.”

„Współpracować? Tak jak w przypadku ustalania cen i podziału rynku? Czy to nie jest aby nielegalne?”

„Nie, nie chodzi o ustalanie cen ale ustanowienie minimalnych standardów zachowania. Ustalcie wytyczne, którymi powinny kierować się wszystkie stoiska z lemoniadą, standardy dotyczące jakości składników itd. Ceny odpowiednio dostosują się w uczciwej przestrzeni, gdzie rynkowi gracze nawzajem strzegą własnej odpowiedzialności. Jakość pozostaje wysoka. Cały sektor odnosi korzyści. Tym właśnie jest gildia.”

Rozmyślam nad znaczeniem jego słów, brzmią atrakcyjne, i kiedy Douglas jeszcze mówi, niemal zaczynam żywić nadzieję, że coś takiego może zaistnieć naprawdę. Kiedy jednak pomyślę o próbie przekonania wszystkich konkurentów do cnót i zalet sektora opartego na współpracy, wydaje się to męczącym i beznadziejnym zadaniem. Zaczynam przygotowania do pokazu slajdów na pierwszą prezentację dla inwestorów.

W tym momencie możesz sobie mniej więcej wyobrazić, gdzie zmierza cała ta historia. To wybór między dwiema możliwościami.

Douglas chce scenariusza, w którym niemal każdy jest w pewnym sensie właścicielem, posiadaczem środków produkcji zapewniających utrzymanie, a nie tylko posiadaczem pracy, którą można bezkarnie odebrać. W tym celu, popycha rynek w stronę samokontroli grup, tworzonych przez firmy należące do pracowników-właścicieli.

Clancy tak naprawdę nie myśli o tym i nie widzi żadnego pożytku w zwiększaniu indywidualnej niezależności osób ponad to, czego wymaga rynek pracy, a im mniej jej wymaga tym lepiej. Jego prawdziwym celem jest uzyskanie maksymalnego zwrotu z inwestycji poprzez możliwości wzrostu. Lubi rozprawiać o zaletach nieskrępowanej konkurencji, dopóki nie zbliży się do osiągnięcia rynkowej dominacji, wówczas robi co w jego mocy, by stłumić konkurencję przez wojny cenowe i przejęcia. Wie doskonale, że w tym wyścigu ostatecznym paliwem jest kapitał inwestorów tzn. pieniądze od ludzi niezaangażowanych w produkcję lub operacje firmy.

Są dwa fakty, które staram się zilustrować tym przykładem.

Pierwszy jest taki, że elementy dystrybucjonizmu mogą funkcjonować luźno w gospodarce kapitalistycznej. Na przykład, takie zawody jak niezależny konsultant, czy też inżynier oprogramowania są zgodne z ideałem dystrybutystów. W kapitalizmie nic nie powstrzymuje cię przed utworzeniem nowego biznesu jako spółdzielni należącej do pracowników-właścicieli i nawet w kapitalistycznej Ameryce, mamy sektory organizowane według ustaleń znanych z gildii: jak American Medical Association dla lekarzy, American Institute of Architects, American Bar Association, itp.

Jednakże (i to jest drugi fakt), współistnienie to zawsze pozostaje niespokojne. Bez zachęt, ram prawnych i świadomości społecznej skierowanych na wsparcie rozwiązań dystrybutywnych, przedsiębiorstwa oczywiście wykażą tendencję do ewolucji na zasadach kapitalistycznych. Ideały Douglasa nigdy nie zostaną w pełni zrealizowane w nieprzyjaznym środowisku systemu Clancy’ego.

Mógłbym dalej rozwijać scenariusz do jednego z możliwych zakończeń: takiego, w którym scedowałem coraz więcej własności stoiska z lemoniadą na inwestorów zewnętrznych, czego kulminacją będzie pierwsza oferta publiczna;  zarówno „wartości rodzinne” mojej firmy, jak i pensje wystarczające pracownikom na utrzymanie, a także  jakość produktu ulegną powolnej erozji pod presją konieczności wykazania wzrostu przychodów i zysku co kwartał; ja albo poddam się tym naciskom, albo będę walczył o utrzymanie tych wartości i w końcu zostanę odsunięty przez zarząd.

Chodzi o to, że mógłbym zignorować porady Clancy’ego. Nie muszę iść w tym kierunku. Równie dobrze mogę rozwijać swoją firmę do pewnego poziomu samo-wystarczalności, który uznam za odpowiedni, zatrzymać własność w rodzinie, i cieszyć się życiem … przynajmniej przez jakiś czas.

Na kapitalistycznej planszy pewne rzeczy są jednak nieuchronne, i w końcu zostanę wykorzeniony przez kogoś, kto będzie gotów tam pójść.

Joel Dueck

źródło: The Local Yarn

Tekst opublikowano dzięki uprzejmości portalu dystrybucjonizm.pl 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.