Historia
4.5

Mariusz Borecki: Marzenia a rzeczywistość. Dramat polskiego Podziemia na przykładzie losów Mieczysława Wądolnego „Mściciela”

Z terminem „Żołnierze Wyklęci” łączy się zazwyczaj w Polsce niepodległościowe i antykomunistyczne podziemie zbrojne o proweniencji postakowskiej, ale, chyba najczęściej, w szczególności, co oczywista, pośród środowisk nacjonalistycznych, także to o charakterze narodowym, by wspomnieć przede wszystkim Narodowe Siły Zbrojne. Były to ugrupowania jeśli nie, jak NSZ, już od połowy II wojny światowej konsekwentnie, z racji upatrywania w Sowietach głównego przeciwnika, wrogie komunistom i wszelkim projektom Polski Ludowej z ich udziałem, to przynajmniej od zainstalowania w Lublinie rządu z sowieckiego nadania, jak te okołoakowske. Tymczasem zapomina się częstokroć o tych ugrupowaniach polskiego podziemia, które zmuszone zostały niejako do przejścia w fazę drugiej konspiracji, początkowo biorąc udział w projekcie budowania Polski Ludowej, jakkolwiek rychło wycofując się zeń, kiedy okazało się, iż jedynym architektem tego projektu mają być komuniści, i to ci najgorszego sortu, z sowieckiego bowiem nadania. Jednym z takich ugrupowań był oddział „Burza” porucznika Mieczysława Wądolnego „Mściciela”.

Mieczysław Wądolny przyszedł na świat 24 września 1919 roku w leżącej pod Wadowicami Łękawicy. Od dziecka wykazywał talent do sztuk pięknych, w szczególności do malarstwa, stąd planował w przyszłości zostać malarzem właśnie, plany jednak pokrzyżował mu wybuch II wojny światowej. Jej początki wiążą się dla Mieczysława z wyprawami przez zieloną granicę Generalnego Gubernatorstwa i hlinkowskiej Słowacji: wraz ze swym ojcem Bolesławem pomagał w przerzucie Polaków na Węgry jednym spośród szlaków kurierskich w Beskidzie Żywieckim.

W 1943 roku został żołnierzem Oddziału Specjalnego Ludowej Straży Bezpieczeństwa „Grań”. Warto tutaj wyjaśnić, iż Ludowa Straż Bezpieczeństwa była konspiracyjną organizacją zbrojną o charakterze milicji partyjnej Stronnictwa Ludowego, którą tworzyć poczęto od jesieni 1943 roku z oddziałów terytorialnych Batalionów Chłopskich. Podzielona została na Oddziały Specjalne, które powstały z przekształconych Oddziałów Specjalnych BCh z kolei. Najaktywniej działała na Kielecczyźnie, Lubelszczyźnie i w Krakowskiem. Co ciekawe, żołnierzem Ludowej Straży Bezpieczeństwa, od maja 1944 roku, kiedy jego oddział, działający od wczesnej wiosny tegoż roku ponownie samodzielnie, był słynny król Podhala, major Józef Kuraś „Ogień”, któremu również na pewno bliżej było do ludowców, aniżeli do narodowców, choć, co oczywista, idee przenikały się i na pewno nie były sobie aż tak wrogie, jak chciała tego późniejsza komunistyczna propaganda, współpraca zaś obu tych środowisk w dobie ich prześladowań przez sanację zachowała ciągłość i podczas wojny, jakkolwiek pewne tarcia między nimi siłą rzeczy musiały występować, o czym później.

26 stycznia 1945 roku Armia Czerwona wkroczyła do Wadowic, co dało początek rządom komunistów w tym mieście. Stronnictwo Ludowe początkowo łudziło się, iż można będzie ugrać coś większego we współpracy z komunistami, stąd podjęli próbę przejmowania władzy na poziomie municypalnym. Dla ludowców koniec „pańskiej Polski” i nowe realia niekoniecznie były dramatem – liczyli, że, przy poparciu, jakim się cieszyli, rychło zdobędą władzę w kraju. Marsz ku niej postanowili zacząć od wstępowania w szeregi Milicji Obywatelskiej i obsadzania, przy cichej zgodzie nieczujących się jeszcze, jak się zdaje, zbyt pewnie komunistów i czekających dalszych instrukcji, lokalnych posterunków MO. Wkrótce w jej szeregi wstąpił i Mieczysław Wądolny, podejmując pracę kierowcy w komendzie wadowickiej MO.

W drugiej połowie 1945 roku, kiedy nowy system już nieco okrzepł, komuniści zaś poczuli się zdecydowanie pewniej, przystąpili, przy pomocy NKWD, do czystek w szeregach Milicji Obywatelskiej i Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, usuwając z ich szeregów, poddając rozmaitym represjom i aresztowaniom funkcjonariuszy związanych z niekomunistycznymi formacjami, a zatem przede wszystkim ludowców. Wielu z nich, nie mając tak naprawdę wyboru w realiach tej „nowej Polski”, jakże innej od tej wyczekiwanej, po latach sanacji z rozmaitymi prześladowaniami, rozpędzaniem strajków i Berezą czy wygnaniem dla przywódców ruchu ludowego, po latach niemieckiej okupacji, z rekwizycjami, paleniem wsi i mordowaniem chłopów, po raz kolejny było zmuszonych pójść do lasu, z którego nie tak dawno przecież wyszli, by wziąć udział w budowie rzeczonej „nowej Polski”. Jak się okazało, naczelny, komunistyczny, architekt nie widział ich jako robotników podczas wznoszenia tego gmachu, stąd znaleźli się już niebawem w szeregach antykomunistycznej partyzantki. Wkrótce dołączył do niej i Mieczysław Wądolny.

Z początkiem września 1945 roku wadowicki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego przeprowadził w domu Mieczysława Wądolnego rekwizycję – znaleziono sporo sztuk broni, także niemieckiej, amunicji oraz granatów, samego Wądolnego zaś aresztowano i osadzono w więzieniu w Wadowicach, z którego po pięciu dniach udało mu się zbiec, przy pomocy swoich towarzyszy, niezdekonspirowanych jeszcze i nadal pracujących w tamtejszej komendzie MO. Już niebawem, wkrótce po ucieczce Wądolnego w las, powstał zorganizowany przezeń oddział partyzancki, nad którym oczywiście objął dowództwo, używając początkowo pseudonimu „Granit”, później zaś „Mściciel”, i to pod tym ostatnim mianem utrudniał życie miejscowym komunistom.

Z końcem grudnia 1945 roku oddział „Mściciela” liczył około 30 osób, występował zaś pod konspiracyjnym kryptonimem „Burza”. Jednym z posunięć Wądolnego był nakaz posiadania przez jego podkomendnych umundurowania oraz uzbrojenia godnego żołnierza polskiego, a także konieczność przestrzegania przez nich regulaminu wojskowego – słowem, dbał o to, by oddział „Burza” był regularną jednostką, a nie zbieraniną przypadkowych ludzi.

Z raportów Milicji Obywatelskiej i Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego wynika, że w 1946 roku oddział „Burza” był tym, który zaliczał się do najaktywniejszych w ówczesnym województwie krakowskim, zwalczając komunistyczne porządki poprzez likwidację konfidentów oraz rozbijanie kolejnych posterunków MO, a wraz z nimi niszczenie ważnej dokumentacji państwowej w rodzaju spisów ludnościowych, ksiąg podatkowych czy też danych o kolejnych kontyngentach, szczególnie uciążliwych dla chłopów w ciężkich powojennych latach. Nie da się ukryć, że przyczyn powodzenia kolejnych akcji oddziału „Mściciela” należy upatrywać w posiadaniu przezeń rozlicznych informatorów, tak w MO i UBP, jak i w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Patrząc na mapę dokonań żołnierzy Wądolnego, pośród których znajdują się posterunki MO w Wieprzu, Babicy, Stryszowie, Mucharzu, Zembrzycach, Makowie czy Zawoi, nie sposób nie zauważyć, że sojusznikiem partyzantów był górski teren Beskidów, dający możliwość odwrotu, ucieczki i szybkiego zapadnięcia w trudno dostępne lasy, znane przecież doskonale miejscowym chłopakom, którzy wraz z Wądolnym poszli do lasu.

W trakcie kontroli, jaką końcem maja 1946 roku przeprowadzili w krakowskim KBW gen. Henryk Jóźwiak i gen. Kazimierz Stec, zauważono, iż rejonami, w których komunistyczna władza czuła się najmniej pewnie, były obszary powiatów nowotarskiego, gdzie działał Józef Kuraś „Ogień”, i wadowickiego właśnie, i to pomimo rozlicznie podejmowanych prób zlikwidowania podziemia przy pomocy rozmaitych sił, także wojskowych. Już wcześniej zresztą członkowie wadowickiej komórki Polskiej Partii Robotniczej donosili, iż, z racji na szeroko zakrojoną działalność „reakcyjnych band”, PPR zaś zmuszona była do działań  niejako w konspiracji niejako, wadowicki UBP natomiast, jak zauważał tamtejszy ubek, ograniczał swoje wpływy do Wadowic i okolic, południową i północną część powiatu pozostawiając we władaniu „leśnych”. Sekretarz wadowickiego Komitetu Powiatowego PPR skarżył się z kolei w piśmie do Krakowa, że ostatnimi czasy cała tamtejsza działalność komunistów ogranicza się do pogrzebów członków partii, partyjniacy zaś, w obawie o swoje życie, nie chcą się udzielać na wsiach.

Tutaj nie sposób nie wspomnieć o tym, iż kolejną, obok posiadania licznych informatorów oraz sprzyjającego partyzantom ukształtowania terenu, rzeczą, jaką stała za ich sukcesami, był fakt współpracy z nimi tamtejszej ludności, życzliwie do nich nastawionej, jako do tych, którzy bronili ich z jednej strony przed rzeczywistymi bandami rabunkowymi, grasującymi po wojnie również i w Beskidach, z drugiej strony przed równie bandyckimi kontyngentami komunistycznego państwa, zabierającego chłopom ciężko wypracowane mleko, sery czy, w szczególności, mięso. Jak zatem doskonale widać, komuniści mieli wówczas nie lada problem, ludność wsi bowiem większym zaufaniem darzyła „reakcyjnych bandytów”, aniżeli nową „władzę ludową”. Oddział „Burza” działał początkowo samodzielnie, jednak w 1946 roku podporządkował się kierownictwu Armii Polskiej w Kraju, poakowskiej antykomunistycznej organizacji niepodległościowej, działającej na terenie województwa krakowskiego w latach 1946 – 1947. Prawdopodobnie, za jej pośrednictwem, został następnie podporządkowany dowódcy największego zgrupowania w Krakowskiem, Józefowi Kurasiowi „Ogniowi”.

12 stycznia 1947, na wadowickim dworcu PKP, została, przypadkowo zupełnie, zatrzymana łączniczka, która niosła meldunki dla „Mściciela”. Przy pomocy tortur ubecy wydobyli z niej szczegółowe informacje na temat miejsca dokładnego pobytu Wądolnego: przebywał w rodzinnej Łękawicy, wraz ze swym zastępcą, Tadeuszem Nowakiem „Lolą”. Dwa dni później wadowicki UBP pospołu z KBW rozpoczął o bladym świcie dobrze zorganizowaną obławę – „Mściciel” dostrzegł napastników, kiedy ci znajdowali się około 200 metrów od zabudowań, w których się ukrywał. Strzelając w stronę komunistów, próbował przebić się do pobliskiego lasu, ale tam wcześniej ustawiono rkm-y, z których jeden trafił Wądolnego w rękę, ten zawrócił więc w stronę budynków i zaczął się ostrzeliwać z maleńkiego zagajnika, dzielącego domostwa od wspomnianego lasu. Wkrótce cały zagajnik został otoczony, oczywistym zatem się stało, że „Mściciel” nie ma żadnych szans ucieczki. Ubecy za wszelką ceną chcieli wziąć go żywcem, po kilkakroć wzywając go do poddania się i w międzyczasie strzelając w powietrze ponad zagajnikiem, jednak Wądolny nie chciał dostać się żywym w ręce komunistów: podłożywszy sobie granat pod brzuch, wyciągnął zeń zawleczkę.

Tak skończyła się partyzancka walka „Mściciela”, którego heroizm w ostatnim dniu żywota komuniści próbowali deprecjonować, twierdząc, jakoby wcale nie wysadził się granatem w obliczu możliwości wzięcia żywcem: to jeden spośród rkmistów miał rzekomo trafić w znajdujący się przy Wądolnym granat, co jakoś niespecjalnie licuje ze strzałami oddawanymi przez ubeków w powietrze. Potwierdzenie niejako prawdziwej wersji wydarzeń w latach osiemdziesiątych minionego stulecia umieścił na łamach jednego spośród wydawnictw Akademii Spraw Wewnętrznych Tadeusz Kosowski, wadowicki ubek, który brał udział w obławie na Wądolnego. Ciało „Mściciela”, rozerwane granatem, ubecy zabrali z zagajnika i złożyli w nieznanym miejscu – po dziś dzień nie wiadomo, gdzie znajduje się jego grób.

Losy Mieczysława Wądolnego „Mściciela” są jednym spośród setek, jeśli nie tysięcy, przykładów dramatu tej części polskiego podziemia, która liczyła, iż po zakończeniu okupacji niemieckiej nastąpi wyjście z lasu i udział w budowie nowej, już nie sanacyjnej, Polski. Lwia część ludowców, w przeciwieństwie do narodowców, którzy zdecydowanie trafniej oceniali rzeczywistość, żyła ułudą, iż w nowych realiach uda im się przekuć poparcie dla swojej partii na wymierny sukces polityczny, a w konsekwencji zmianę kraju podług własnych koncepcji. Nie docenili jednak, jak się zdaje, diabolicznej przebiegłości komunistów, przede wszystkim zaś wsparcia, tak politycznego, jak i militarnego, jakie dawała im Moskwa, początkowo uparcie wierząc w siłę nie karabinu, a demokracji – to uczyniło ich dramat daleko silniejszym od tego, jaki przeżywali narodowcy, od samego początku konsekwentnie wrodzy wszelkim pomysłom Polski Ludowej. Dramat ten pogłębiał również fakt, iż w tym projekcie upatrywali swojej wielkiej szansy, gdyż, po latach mniejszej lub większej współpracy, o czym wspomniano wcześniej, między środowiskami ludowymi a narodowymi, zwłaszcza pod koniec wojny, zaczęły się nasilać tarcia, kiedy, wyjątkowo już mocno wyczuleni na sowieckie wpływy w każdym możliwym miejscu, żołnierze NSZ poczęli niejednokrotnie oskarżać działaczy ludowych czy chłopów po wsiach o sprzyjanie komunistom, a powrót sanacyjnej „pańskiej Polski” był dla ludowców nie do przyjęcia – w pewnym sensie komuniści zdawali się być dla nich jedynym sojusznikiem. Jakiego rodzaju był to sojusznik, przekonali się już wkrótce, w nierównej grze zaś, którą podjęli, siłą rzeczy musieli polec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.