Hobby
5

Jacek Spisak: Turystyka motocyklowa

Młodzi ludzie wybierając miejsca i sposób wakacyjnego odpoczynku zwykle chcą leżeć plackiem przy basenie w słonecznym kraju. Jednak niektórzy szukają ciekawych wrażeń, nowych doznań i chcą się choć trochę uwolnić od współczesnego świata. Im właśnie polecam turystykę motocyklową. Jest to wspaniała przygoda pozwalająca poznać siebie i poczuć niesamowitą wolność. Dla kogoś kto raz wsiadł na motocykl podróż innym środkiem transportu lądowego zawsze będzie drogą przez mękę.

Przychodzi taki czas, dla niektórych jest to raz w roku, dla innych częściej, że mając dość wszystkich obowiązków chcemy się wyrwać do innego świata. Dla mnie tym światem jest podróżowanie i przygoda. Jedno i drugie można zrealizować jadąc motocyklem w dowolnym kierunku, im dalej tym lepiej. W zeszłym roku nie miałem dużo czasu na zrealizowanie swoich planów wakacyjnych, więc zaplanowałem prostą trasę: nad polskie morze, a później „to się zobaczy”. Motocykl szykowałem kilka dni, co chwilę czegoś mi brakowało, musiałem coś dokręcić, dokupić, wymienić, żeby mieć pewność, że maszyna mnie nie zawiedzie. W końcu wszystko było gotowe, jeszcze tylko trzeba było się spakować i w drogę.

W dniu wyjazdu wstałem wcześnie, przed szóstą, miałem plan, że w jeden dzień dojadę z Krakowa nad samo morze. Motocykl był już spakowany, wystarczyło się ubrać i ruszyć w trasę. Patrząc, jak kolejny raz słońce leniwie wschodzi nad miastem żegnałem się z Krakowem, wiedziałem że ostatni raz wokół siebie na drodze widzę takie zagęszczenie rejestracji z wybitymi literami KR na początku. Trasę zaplanowałem zupełnie pomijając autostrady, więc pierwszym kierunkiem jaki obrałem był Wolbrom. Po wyjeździe z miasta droga prowadziła przez piękne tereny otoczone przez Ojcowski Park Narodowy. Na niebie nie było ani jednej chmurki, gnałem przed siebie zwalniając jedynie w małych miejscowościach, żeby przyjrzeć się malutkim rynkom, kolorowym domom i ładnym dziewczynom, które ze względu na pogodę zrzuciły zbędny ubiór i spacerowały w szortach i krótkich spódniczkach. Po pewnym czasie pojawił się jednak pewien problem, zacząłem odczuwać coraz silniejszy ból głowy, nie miałem pojęcia co jest jego przyczyną. Po przejechaniu przez Wolbrom rozciągnęła się przede mną piękna prosta szosa prowadząca wśród pól. W podziwianiu jej uroków przeszkadzał mi ból, który zaczął się coraz bardziej nasilać, robiło mi się ciemno przed oczami, więc uznałem, że muszę się zatrzymać, bo nie jestem w stanie dalej kontynuować jazdy. Po ściągnięciu kasku poczułem ulgę. Przejrzałem się we wstecznym lusterku mojej maszyny i zauważyłem mocno odciśnięty szew kominiarki nad moim łukiem brwiowym. To właśnie była przyczyna mojego złego samopoczucia, taka pierdoła! Odpocząłem chwilę i z dużo lepszym humorem ruszyłem dalej. Póki co mój organizm nie pokrzyżuje mi planów! – mówiłem do siebie. Trasa wiodła różnie, koło lasów, pól, łąk, przez wsie. Pogoda była wspaniała, robiło się coraz cieplej, więc nie potrzebowałem już kominiarki. Przedzierałem się dalej na północ w kierunku Radomska i Łodzi, przez takie wsie jak Pilica, Lelów, czy Święta Anna. W tej ostatniej znajduje się przepiękne sanktuarium p.w. Św. Anny. Nie odwiedzałem go niestety w środku, lecz zatrzymałem się na chwilę, aby nacieszyć oczy wspaniałą budowlą sakralną, która była niejako punktem centralnym całej miejscowości. Przed Radomskiem wjechałem na drogę krajową numer 91, którą podążałem aż do Łodzi. Lecz jeszcze przed wjazdem do miasta zrobiłem krótką przerwę nieopodal lasu. Zdjąłem kurtkę i położyłem się na niej, aby odpocząć. Sprawdziłem też, czy z motocyklem nic się nie stało podczas jazdy.DSC_0117

W Łodzi czekało mnie tankowanie, więc skorzystałem z okazji i zjadłem tam również ciepły obiad w jednym z fast-foodów. Dalej kierowałem się drogą przez wsie i miasteczka w kierunku Torunia. Okrążając to miasto południową obwodnicą wjechałem na DK 10 w kierunku Bydgoszczy. Był to dla mnie dość szybki kawałek trasy, ponieważ godzina zrobiła się późna, a ja miałem jeszcze sporo kilometrów do przejechania. Wyprzedzałem całe kolumny pojazdów, kierowcy niektórych z nich widząc mnie w lusterku zjeżdżali bliżej prawej krawędzi jezdni, żebym mógł bezpiecznie ich minąć. Mijałem piękne lasy, charakterystyczne już raczej dla północnej, nizinnej części Polski, niż górzystego południa. Przy szosie stały co jakiś czas wątpliwej urody panie zajmujące się prawdopodobnie zbieraniem grzybów.

Okrążyłem Bydgoszcz i ruszyłem dalej na północ. Zostało mi już około 250 kilometrów do przejechania, zaczął kropić deszcz. W baku motocykla robiło się pusto, więc ze względu na warunki pogodowe i brak paliwa zjechałem na stację. Zalałem motocykl pod korek i zamówiłem kawę. Kiedy powoli ją sączyłem patrząc na lejący deszcz, pod dystrybutor podjechało duże kombi z przyczepą campingową. Jechało w przeciwnym kierunku. Wysiadło z niego małżeństwo, kobieta podeszła do mnie z uśmiechem, w czasie gdy mężczyzna  tankował auto. Spytała jak dalej będę kontynuował jazdę w takim deszczu. Odpowiedziałem jej, że jakoś dam radę. W tym czasie jej mąż podszedł do mnie i zapytał: O, Kraków, my też z południa, sam jedziesz, taki kawał drogi!?  Wcześniej spojrzałem na ich tablice rejestracyjne, rzeczywiście byli ze Świętokrzyskiego. Porozmawialiśmy chwilę, dowiedziałem się, że wracają z nad morza, powiedzieli też żebym uważał na fotoradary, które są dość gęsto rozstawione w przydrożnych miejscowościach. Podziękowałem za ostrzeżenie i widząc, że deszcz słabnie ruszyłem w dalszą drogę.

Już po paru kilometrach zobaczyłem pierwszy fotoradar, lekko przyspieszyłem, żeby zobaczyć, czy działa, błysnęło i wiedziałem, że mogę  być spokojny, ponieważ urządzenie jest sprawne i wszyscy piraci jadący tą drogą zostaną ukarani. Swoje testy powtórzyłem wielokrotnie. Panowie na komendzie Straży Gminnej na pewno będą ucieszeni z kolejnych zdjęć mechającego motocyklisty, które zaraz potem wyrzucą do kosza przez niemożność zidentyfikowania pojazdu bez tablicy rejestracyjnej z przodu. Niestety w jednej z miejscowości system mnie przechytrzył, nie zauważyłem fotoradaru i zrobił mi zdjęcie od tyłu. No ale wliczyłem to w koszty mojej zabawy. Swoją  drogą zwykle w nieznanym mi terenie zabudowanym zwalniałem i byłem przygotowany na różne zagrożenia. Machając do fotoradarów robiących mi zdjęcia chciałem zamanifestować mój stosunek do systemu, w którym kara za przewinienie drogowe jest tylko i wyłącznie kierowana chęcią zysku rożnych dziwnych tworów, jakimi są Straże Miejskie i Gminne. Bo jaki jest z niej morał dla kierowcy, który dostanie mandat po kilku miesiącach i pewnie nawet nie będzie pamiętał okoliczności sytuacji, w której złamał przepisy?

Wrócmy natomiast do samej jazdy, bo trochę odbiegłem od tematu. Deszcz się wzmagał i z czasem przerodził się w ulewę. Zatrzymałem się na kolejnej stacji benzynowej. Założyłem podpinki do mojej kurtki i spodni. Wszedłem do sklepu, byłem jedynym klientem. Pracownikami stacji byli młodzi ludzie: dziewczyna i chłopak. Porozmawialiśmy chwilę, głównie o mojej trasie. Zobaczyłem, że deszcz słabnie, więc wskoczyłem na motocykl i ruszyłem dalej. Czułem, że przez zamki kurtki i do butów dostała się woda, lecz nie miałem wyjścia, odzież suszyłem na sobie. Po chwili znów zaczęlo lać, miałem ponad sto kilometrów do miejsca docelowego mojej podróży. Uznałem, że się nie poddam i będę jechał dalej niezależnie od warunków. Bałem się jedynie, że mój bagaż ulegnie przemoczeniu. Przy tej intensywności deszczu widziałem bardzo mało, miałem cały czas mokrą szybkę w kasku, a jadące w przeciwnym kierunku samochody nieraz fundowały mi prysznic z wody spod ich kół. Nie dało się utrzymać takiego tempa, z jakim jechałem wcześniej, zrezygnowałem z wyprzedzania kolejnych tirów i za jednym jechałem aż do samego Koszalina. Był to dobry pomysł, ponieważ jego masywne opony wymywały wodę z kolein. Gdy dojechaliśmy do świateł w Koszalinie podjechałem z boku jego szoferki i krzyknąłem: Dzięki, byłeś dla mnie niczym Mojżesz, który rozstąpił morze! Zaśmiał się, ruszyliśmy dalej, odbiłem na Kołobrzeg. Budziłem niemałe zainteresowanie kierowców na drodze, pozdrawiali mnie na światłach, widząc mnie wcześniej walczącego z ulewą w trasie. Deszcz ustał dopiero w Kołobrzegu, byłem cały przemoczony, ale emocje i zastrzyk adrenaliny spowodowany jazdą nie pozwalał mi odczuć zimna. Na kolejnym postoju zatankowałem motocykl i spytałem o drogę do Dźwirzyna- mojego celu podróży. Trochę się zgubiłem, ale po chwili jechałem już w kierunku tej miejscowości. Nie padał już deszcz, ale asfalt był jeszcze mokry, rozgrzany po całym dniu intensywnie parował. Rozświetlana przez reflektor motocykla para unosząca się nad jezdnią prowadziła mnie przez ostatnie tego dnia kilometry trasy.

U celu byłem około godziny 23. Nocowałem na campingu niedaleko morza, na którym byli moi znajomi. Rozłożyłem swój jednoosobowy namiot, umyłem się i przebrałem. Pomimo męczącej i długiej podróży (licznik wskazał ponad 700 kilometrów) miałem siłę na imprezowanie. Ruszyliśmy do sklepu, gdzie zaopatrzyliśmy się w alkohol wysokoprocentowy,  napój energetyzujący i kiełbasę. Dzięki temu zestawowi można było wspaniale spędzić wieczór rozpalając ognisko na plaży i patrząc na niknące w ciemności fale w końcu odpocząć.

Kolejnego dnia obudziłem się na tyle późno, że postanowiłem pozostać jeszcze jedną dobę nad morzem. Dźwirzyno to jednen z nadmorskich kurortów, w którym trudno o prywatność i spokój. Wszędzie można kupić tandetne chińskie pamiątki, które nie różnią się od tych z wybrzeża Włoskiego czy Hiszpańskiego. Wystarczy zmienić pod figurką przedstawiającą delfina podpis z „Barcelona” na „Dźwirzyno”. Turyści chodzą po straganach i sklepach, w których jest dokładnie ten sam towar co w ich rodzinnej miejscowości. Uznałem, że następnego dnia uciekam stamtąd jak najdalej. Gdzieś, gdzie znajdę ciszę i spokój. Wieczorem spotkaliśmy rowerzystów, którzy wracali z Niemiec. Namawiali mnie, żebym ruszył za naszą zachodnią granicę. Rozważałem tą możliwość, ale nie wiedziałem gdzie dokładnie pojadę. Musiałem się z tym przespać.

Następnego dnia leniwie wstałem, poszedłem zjeść coś przed trasą. Złożyłem namiot i zacząłem się pakować, ruszyłem na zachód. Jechałem wybrzeżem, pogoda była znakomita, świeciło słońce, ludzie przechadzali się po bulwarach i patrzyli, jak z godnością jadę wśród nich.

Po kilku kilometrach skręciłem na południe wjeżdżając w głąb lądu. Wybierając trasę co jakiś czas zatrzymywałem się i szukałem tych dróg, na których mógł być najmniejszy ruch i najwięcej wspaniałych widoków. Mijałem piękne leśne tereny, wśród których można było dojrzeć tafle licznych jezior. Szosa, mimo że wąska i niezbyt dobrze oznakowana była równa, a zatrzymując się koło niej nie mijały mnie pędzące tiry, jedynie nieliczne samochody osobowe. Minąłem może jeden, dwa pensjonaty, w których by się można było zatrzymać, żadnych pól campingowych. Pomyślałem sobie, że przecież mam namiot, a pogoda jest znakomita, więc czemu by nie zatrzymać się gdzieś „na dziko”. Pierwszym pomysłem był Iński Park Krajobrazowy. Brzeg jeziora wśród lasu wydawał się idealnym miejscem na odpoczynek. Zobaczyłem, że jednak nie jest to najlepszy pomysł, ponieważ akwen jest atrakcją turystyczną i nie zaznam tutaj spokoju. Pojechałem więc dalej, słońce miało się zaraz chylić ku zachodowi, a jak miałem w planach rozbicie namiotu wolałem to zrobić za dnia. Zatrzymałem się w Barlinku. Północny wjazd do tego miasta jest wspaniały. Zaraz za jeziorem wśród drzew wyrastają przepiękne zabudowania. Swoim urokiem onieśmielają domy z XIX wieku i kościół pw. Niepokalanego Serca Najświętszej Marii Pannny. Wszystko przypomina raczej miejscowość w Szwajcarskich Alpach, niż na północy Polski.  Kupiłem coś na kolację, piwo i ruszyłem dalej. Po kilkunastu kilometrach widząc już mocno czerwieniące się słońce wjechałem w las. Droga z początku ubita po pewnym czasie zmieniła się w zarośniętą i bardziej niedostępną. Po chwili skręciłem w jej odnogę i podążałem tak jeszcze kawałek. Trawa sięgała już kolan, przejechałem przez wąwóz, którym pewnie podczas deszczowych dni spływa woda. Zjechałem z ubitej kołami drogi i znalazłem kawałek lasu idealny do odpoczynku. Rozbiłem namiot i usiadłem na pieńku drzewa. Otworzyłem jeszcze zimne piwo i wsłuchując się w odgłosy lasu patrzyłem jak wszystko wokół mnie zasypia. Kiedy ściemniło się zupełnie wszedłem do namiotu i zmęczony całym dniem również złożyłem głowę do snu.DSC_0119

Nasi przodkowie żyjący wieki temu nie znali budzików ani żarówek, które mogłyby zakłócić przebieg ich doby, zasypiali o zmroku i wstawali  wraz z pierwszymi promieniami słońca. Upodabniając się do nich otworzyłem oczy o świcie i od razu zerwałem się na nogi. Dzięki porannemu, rześkiemu powietrzu i naturalnemu snowi czułem się wspaniale. Od razu zacząłem zwijać swoje małe obozowisko w środku lasu. Skierowałem się na południe zajeżdżając do Gorzowa Wielkopolskiego. Tam zatrzymałem się na stacji, zatankowałem i wypiłem kawę. Wpadłem na pomysł, żeby odwiedzić mojego znajomego na Dolnym Śląsku, miałem do niego około 200 kilometrów drogą S3. Trasa była zupełnie inna, niż dnia poprzedniego, ponieważ prowadziła cały czas drogą ekspresową, co było dobrym urozmaiceniem po tułaczce bocznymi trasami. Wsiadłem na motocykl i ruszyłem. Ekspresówka początkowo nudna i dwupasmowa przeradzała się w jednopasmową szosę, na której można było wykorzystać przyspieszenie i niewielką szerokość motocykla do zwinnego wyprzedzania w miejscach, w których samochody jechały grzecznie jeden za drugim. Szybko dotarłem w okolice Polkowic, gdzie zatrzymałem się na skraju lasu w celu załatwienia swojej potrzeby. Po chwili chciałem odpalić motocykl, ale rozrusznik ani drgnął. Zacząłem szukać przyczyny, myślałem że problemem jest przewód od startera znajdujący się przy kierownicy, niestety nie to było przyczyną, sprawdziłem również zaciski przy akumulatorze, które wydawały się być w porządku. Przyczyną był pewnie sam akumulator, który już wcześniej dawał oznaki końca swojego żywota. Musiałem odpalić motocykl na pych. Niestety, jak kiedyś bez problemu dawałem sobie z tym radę, tak teraz za nic nie mogłem sprawić, żeby odpalił. Biegłem po płaskiej bocznej drodze, puszczałem sprzęgło, a silnik nie chciał zaskoczyć. W końcu zmęczony moimi próbami, spocony w pełnym stroju rozpędziłem motocykl najbardziej jak potrafiłem, puściłem sprzęgło i usłyszałem miarowy dźwięk pracującego motoru. Udało się! Skierowałem się do Lubina pilnując żeby nie gasić po drodze silnika. Mój znajomy pracuje akurat w serwisie motocyklowym, w którym zastałem go w środku dnia. Zamówiłem akumulator do mojego motocykla, miał być na następny dzień. To zmusiło mnie do postoju. Dzień spędziłem pomagając koledze przy naprawianiu motocykli. Po skończonej pracy pojeździliśmy  jego zabytkowym Ogarem po okolicy. Lokalne drogi są tam bardzo dobrze utrzymane i dość kręte, co sprawia niemałą frajdę podczas jazdy. Wieczorem zostałem zaproszony na wspaniałego grilla. Nie wyobrażałem sobie, że podczas mojej trasy mogę być tak wspaniale ugoszczony.

Około godziny dziesiątej następnego dnia byliśmy już w serwisie, gdzie wymieniliśmy akumulator i przygotowaliśmy motocykl do dalszej jazdy. Był to ostatni dzień mojej trasy, zaplanowałem, że wrócę do Krakowa, gdzie czekały na mnie obowiązki. Oczywiście ostatni nie znaczyło, że będzie on najnudniejszy. Kolega polecił mi malowniczą trasę omijającą Wrocław i wszystkie główne drogi. Było na niej dość dużo zakrętów, co pozwoliło mi cieszyć się końcem mojej wycieczki. Podczas jazdy dwukrotnie złapał mnie deszcz, który przeczekałem stojąc pod wiatami przystanków. Na szczęście nie padał zbyt długo.

Ze względu na rozpoczynający się sezon zachęcam aby zainteresować się turystyką motocyklową. Każdy kilometr na motocyklu to niezmierna przyjemność, szczególnie w trasie. Może jazda nimi jest bardziej męcząca i mniej wygodna niż samochodem, ale na pewno dużo bardziej urozmaicona. Mam nadzieję, że zobaczymy się gdzieś w trasie.

1 comment

Get RSS Feed

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.