Gilbert Keith Chesterton: Coraz dalej od domu

Reformowanie, w odróżnieniu od deformowania, opiera się na jednej prostej zasadzie, którą niektórzy nazwą paradoksem. Załóżmy, że istnieje jakaś konkretna instytucja, urządzenie życia publicznego lub prawo, które ma zostać zreformowane.

Dla uproszczenia przyjmijmy, że chodzi o płot, zagradzający drogę. Nowoczesny typ reformatora podbiega do niego w podskokach i oznajmia: „Nie widzę żadnego pożytku z tego płotu. Usuńmy go!”. Bardziej inteligentny reformator powinien na to odpowiedzieć: „Jeśli nie widzisz pożytku z tego płotu, na pewno nie pozwolę ci go usunąć. Odejdź i pomyśl. Kiedy wrócisz do mnie i powiesz, że widzisz sens jego istnienia, wówczas dopiero będzie wolno ci go zniszczyć.”

Ten paradoks opiera się na elementarnym zdrowym rozsądku. Płot nie wyrósł sam. Nie został ustawiony przez lunatyków w somnambulicznym śnie. Jest wysoce nieprawdopodobne, by wznieśli go zbiegli ze szpitala wariaci. Ktoś z jakiejś racji myślał, że będzie to dla kogoś dobre. Póki tej racji nie poznamy, nie potrafimy osądzić, na ile była racjonalna. Jeżeli dzieło istot ludzkich, takich jak my, wydaje nam się kompletnie bezsensowne i zagadkowe, zachodzi graniczące z pewnością prawdopodobieństwo, że przeoczyliśmy jakiś cały aspekt sprawy.

Niektórzy reformatorzy pokonują tę trudność, zakładając z góry, że ich ojcowie byli głupcami. Cóż, można tylko powiedzieć, że głupota jest widać dziedziczna. Prawda przedstawia się bowiem tak, że nikt nie powinien niszczyć żadnej instytucji życia publicznego, dopóki nie ujrzy jej w wymiarze historycznym. Jeśli wie, jak powstała i jakim zadaniom miała służyć, może uznać, że były to złe zadania, albo że stały się złe od tamtej pory, albo że instytucja już ich nie spełnia. Ale jeśli po prostu gapi się na nią jak na monstrualne malowane wrota, które ni stąd ni zowąd wyrosły mu na drodze, wówczas to on sam, nie zaś zwolennik tradycji, postrzega świat przez pryzmat złudzeń. Można by nawet rzec, że postrzega świat jako koszmar senny.

Ta zasada odnosi się do tysiąca spraw, czy to błahych, czy ważnych, do instytucji i do obyczajów. To właśnie Joanna d’ Arc, która rozumiała, czemu kobiety noszą spódnice, miała największe prawo, by ich nie nosić; to ktoś taki jak święty Franciszek, ceniący uczty i ciepło domowego ogniska, mógł w pełni świadomie wybrać los żebraka na gościńcach. Toteż kiedy w naszym ze wszech miar wyzwolonym społeczeństwie księżna oznajmia, że ma ochotę chodzić na rękach, a kanonik stwierdza, że nie widzi w prawie kanonicznym żadnej istotnej przeszkody, zabraniającej mu stanąć na głowie, powinniśmy im odpowiedzieć z dobrotliwą cierpliwością: „Odłóżcie przeto zamiar, który rozważacie, póki dojrzała refleksja nie oświeci was, jaką zasadę lub jaki przesąd chcecie pogwałcić. Wówczas chodźcie na rękach i stawajcie na głowie ile dusza zapragnie – i Bóg z wami!”.

Do tradycji, atakowanych w ten właśnie nieinteligentny sposób, należy fundamentalne ludzkie dzieło zwane Domem Rodzinnym. Jest to typowy przykład instytucji, którą ludzie atakują nie dlatego, że ją rozumieją, ale dlatego, że nie rozumieją jej ani w ząb. Uderzają bezładnie i na oślep, z czystego oportunizmu, a wielu z nich chętnie zrównałoby Dom z ziemią nie zastanawiając się ani przez moment, po co właściwie go zbudowano. To prawda, że tylko nieliczni umieliby ująć ten zamiar w słowa, co jedynie dowodzi, jak bardzo są zaślepieni własnym błędem. Przywykli, by stopniowo dryfować coraz dalej od Domu i rozluźniać rodzinne więzi, ale jest to zaledwie nawyk, przypadkowy na ogół i nie wynikający z żadnej teorii.

Przypadkowy, lecz przez to nie mniej anarchiczny. Tym bardziej zaś anarchiczny, że nie anarchistyczny. Nawyk odchodzenia od rodziny opiera się po większej części na indywidualnej irytacji, której przyczyny są również najrozmaitsze i indywidualne. W takim czy innym wypadku, jak słyszymy, czyjś osobniczy temperament nie mógł ścierpieć jakiegoś konkretnego otoczenia. Nikt nawet nie sili się wyjaśnić, w jaki sposób nabrzmiał konflikt i gdzie leżało zło, nie wspominając już o tym, czy naprawdę udało się od niego uciec. W tej czy innej rodzinie, jak się dowiadujemy, babcia plotła straszne bzdury – a Bóg świadkiem, że plotła – i bardzo trudno było prowadzić z wujkiem Grzesiem subtelny intelektualny dialog nie informując go przy tym, że jest skończonym durniem – bo też i był z niego dureń, bez dwóch zdań. Wszystko to prawda, nikt jednak nie zastanawia się nad lekarstwem, ba – nawet nad chorobą. Nikt nie rozważa, czy obecna rozsypka rodziny na samodzielne jednostki w ogóle może stanowić jakiś środek zaradczy. Wiele zawinił tu wpływ Ibsena, dramaturga o potężnej sile wyrazu i nader wątłej sile intelektu. Nora z „Domu lalki” zapewne z założenia miała być niekonsekwentna, lecz szczytem niekonsekwencji była jej ostatnia decyzja. Utyskiwała, że nie nadaje się jeszcze do wychowywania dzieci, więc uciekła od dzieci jak najdalej, aby móc poznać je bliżej.

Reguły logicznego myślenia, tak jak i reguły społeczne, popadają dziś w zaniedbanie. Skutek jest taki, że kiedy brak już reguł, toniemy w chaosie wyjątków. Łatwo to wykazać za pomocą prostego testu. Setki, tysiące razy czytałem w powieściach i gazetach naszych czasów o bezzasadnych pretensjach starszych, by rządzić młodszymi, o słusznym prawie młodzieży do swobody, o równości wszystkich obywateli, o absurdzie autorytetów i upokorzeniu płynącym z posłuszeństwa. Nie poruszam teraz tych problemów, uderza mnie tu jednak zdumiewający brak logiki. Żaden z owych niezliczonych literatów czy dziennikarzy nie pomyślał, jak się zdaje, by podnieść następną kwestię, i to taką, która sama się nasuwa. Nigdy nie przyszło im do głowy spytać o drugą stronę zobowiązania. Skoro dziecku wolno od małego lekceważyć rodziców, dlaczego rodzicom nie wolno od małego lekceważyć dziecka? Skoro pan Jones-ojciec i Jones-syn to jedynie dwaj równi i wolni obywatele, z jakiej racji jeden obywatel ma pasożytować na drugim przez pierwsze piętnaście lat swego życia? Czemu oczekuje się od starszego pana Jonesa, by własnym sumptem zapewniał wikt, opierunek i dach nad głową jakiemuś osobnikowi, który jest całkowicie wolny od jakichkolwiek obowiązków wobec niego? Jeśli nie należy wymagać, by młoda zdolna osóbka tolerowała swoją babcię, która z biegiem lat stała się dość męcząca, to dlaczego babcia czy matka musiały tolerować młodą zdolną osóbkę i opiekować się nią w czasach, gdy zdolna była co najwyżej wnieść do konwersacji monosylabowy i mało zrozumiały udział? Czemu Jones senior miałby fundować napoje i posiłki komuś tak antypatycznemu jak Jones junior, zwłaszcza w niedojrzałych fazach jego egzystencji? A dlaczegóżby właściwie nie wyrzucić bachora przez okno albo nie wykopać smarkacza za drzwi? Jest oczywiste, że mamy tu do czynienia ze stosunkiem dwustronnym, który być może opiera się na równości, ale z pewnością nie na podobieństwie.

Wiem, że niektórzy reformatorzy próbowali ominąć ten problem za pomocą mglistych teorii, że Państwo, bądź abstrakcja zwana Edukacją, wyeliminuje udział rodziców. To jednak, jak wiele uczonych koncepcji, jest szaloną ułudą, fantastycznym majakiem, opartym na modnej i zabobonnej wierze w nieograniczone możliwości organizacji. Zupełnie jakby urzędnicy rośli jak trawa lub plenili się jak króliki. Zgodnie z tym założeniem, liczba osób pobierających pensje ma być nieskończona, a źródło pensji dla nich – niewyczerpane; przejmą oni wszystkie działania, które ludzie z natury podejmują sami, łącznie z opieką nad dziećmi. Ale ludzie nie mogą się utrzymywać z prania wzajem swoich pieluszek. Nie da się ustanowić opiekuna dla każdego obywatela, bo kto będzie opiekować się opiekunami? Nie da się uczyć dzieci maszynowo. Może istnieć robot-murarz albo robot-śmieciarz, ale nigdy robot-nauczyciel. Praktyczny skutek tych teorii wygląda zatem tak, że jedna zagoniona opiekunka musi zajmować się setką dzieci, zamiast żeby jedna normalna opiekunka zajmowała się normalną ich liczbą. Normalnie ta normalna opiekunka działa pod wpływem siły, która nic nie kosztuje i nie wymaga pensji – siły naturalnego przywiązania do własnych młodych, istniejącej nawet wśród zwierząt. Kto odcina zasób tej siły, żeby zastąpić ją płatną biurokracją, jest jak głupiec, który płaci robotnikom, aby obracali młyńskie koło, bo nie chce używać wiatru ani wody; jest jak wariat, który pieczołowicie podlewa ogród konewką, w drugiej ręce trzymając parasol, by osłonić się przed deszczem.

Trzeba dziś głośno wyliczać wszystkie te truizmy, bo tylko dzięki nim zaczyna do nas docierać, niby w przebłysku, sens istnienia rodziny, tenże sens, którego zażądał inteligentny reformator opisany wyżej. Nasi ojcowie znali każdy z tych truizmów i wierzyli zarówno w więzi krwi, spajające ludzi, jak w więzy logiki, spajające przyczyny i skutki. Ale dziś nasze łańcuchy dedukcji składają się głównie z brakujących ogniw, a nasze rodziny – z nieobecnych członków. Tak czy owak, sens istnienia rodziny to jedyny sensowny punkt wyjścia dla dyskusji o rodzinie. Nie należy zaczynać tej dyskusji od końca, czyli od jakichś prywatnych konfliktów, za sprawą których Jaś poczuł się rozgoryczony, a Małgosia wyprowadziła się do wynajętego mieszkania. Jeśli Jaś i Małgosia pragną zniszczyć instytucję Domu Rodzinnego, bo nie widzą w niej sensu, powtarzam to, co rzekłem na początku: lepiej będzie, jeżeli tę instytucję zachowają. Nie mają prawa nawet roić o jej zniszczeniu, póki nie pojmą, na czym polega jej sens.

Jest oczywiste, że rodzina oznacza wykonywanie za darmo, z serca, niezbędnej pracy, która nie mogłaby zostać wykonana za pieniądze i za którą (jeśli wolno to nieśmiało zasugerować) wypadałoby również odpłacić sercem, skoro nigdy nie odpłaca się pieniędzmi. Pamiętając o tym, łatwo ocenić aktualny stan rzeczy. Obecny system społeczny, który w naszych czasach i w naszej industrialnej kulturze cierpi na wiele nadużyć i dotkliwych bolączek, jest mimo to normalny. Opiera się na idei, że społeczeństwo to zbiór wielu małych królestw, a w każdym z nich mężczyzna i kobieta są królem i królową i w rozsądnych granicach sprawują władzę, podlegającą ocenie zdrowego rozsądku wspólnoty, dopóki osoby będące pod ich pieczą nie dorosną i nie założą podobnych królestw, którymi same z kolei będą władać. Tak oto wygląda społeczna tkanka ludzkości, dużo starsza niż cała pisana historia i bardziej powszechna niż jakakolwiek religia; zaś wszelkie wysiłki, by ją zmienić, są czczym pustosłowiem i nonsensem.

Z rodziny płyną jednak i inne pożytki. Kolejna korzyść z małej grupy społecznej jest dziś nie tyle nawet zaniedbana, ile po prostu nie uświadamiana. I znów mamy tu do czynienia z przedziwnymi złudzeniami, które wypełniają po brzegi współczesną literaturę i prasę. Są to złudzenia tak powszechne i tak mocno utwierdzone, że na dobrą sprawę możemy spokojnie założyć, że ilekroć po raz tysięczny coś jest nam serwowane jako ewidentna prawda, musi to być jakieś ewidentne kłamstwo. Jednemu z takich twierdzeń trzeba tu poświęcić nieco uwagi. Na pewno istnieją argumenty przemawiające przeciw życiu domowemu na korzyść życia w hotelach, klubach, campusach, komunach, i tak dalej; to jest, na korzyść takich form życia społecznego, które dogadzają potężnym strukturom ekonomicznym naszych czasów. Jest jednak naprawdę zdumiewające, że podobną ucieczkę z domu rodzinnego przedstawia się jako ucieczkę ku większej swobodzie; że zmiana życia domowego na towarzyskie ma jakoby sprzyjać wolności jednostki.

Rzecz jasna, dla każdego, kto umie myśleć, sprawa przedstawia się dokładnie odwrotnie. Podział ludzkości na ogniska domowe nie jest doskonały, gdyż jest ludzki. W rodzinie istotnie nie osiąga się całkowitej wolności; całkowita wolność jest w ogóle czymś, co trudno osiągnąć, trudno nawet zdefiniować. Starczy jednak zwyczajna arytmetyka. Znacznie większa liczba ludzi posiada najwyższą władzę nad jakimś wycinkiem życia i możność kształtowania go wedle upodobań będąc w swoim domu, niż będąc w olbrzymich organizacjach, rządzących światem poza domem, obojętne, czy są to organizacje prawne, systemy ekonomiczne czy choćby tylko układy towarzyskie. Na przykład, więcej jest na świecie rodziców niż policjantów; więcej jest rodziców niż polityków, prezesów rad nadzorczych albo właścicieli hoteli. Jak za chwilę spróbuję pokazać, argument ten pośrednio odnosi się i do dzieci, tak jak bezpośrednio odnosi się do ojców i matek. Gdyż w rzeczy samej to właśnie świat poza domem jest światem surowej dyscypliny i rutyny. Wyłącznie w domu znajduje się miejsce dla indywidualności i swobody. Każdy, kto wychodzi poza próg, chcąc nie chcąc wkracza do szeregu ludzi idących w tę samą stronę i obowiązanych nosić podobny uniform. Biznes, zwłaszcza wielki biznes, jest w dzisiejszych czasach zorganizowany niczym armia; potężne firmy uprawiają, jak by niektórzy powiedzieli, łagodny militaryzrn bez rozlewu krwi, zaś jak ja bym powiedział, militaryzm pozbawiony cnót wojskowych. Dla nikogo nie ulega wątpliwości, że stu urzędników w banku lub sto kelnerek w kawiarni pracuje pod presją reguł bardziej surowych niż wówczas, gdy każde z nich wróci do domu, gdzie wiszą ich ulubione obrazy i unosi się woń ich własnych tanich papierosów. Jest to oczywiste w wypadku pracy zawodowej, lecz tak samo odnosi się do życia towarzyskiego. Praktycznie biorąc, pogoń za rozrywką to nic innego jak pogoń za modą. Pogoń za modą to nic innego jak pogoń za konwenansem, tyle, że jest to akurat nowy konwenans. Współczesne tańce jazzowe, szybka jazda samochodami, wielkie przyjęcia czy rozrywki w hotelach nie odpowiadają naprawdę niezależnym gustom ani trochę bardziej niż jakiekolwiek minione mody przeszłości. Jeśli bogata młoda dama chce robić to samo, co wszystkie inne bogate młode damy, znajdzie w tym rozrywkę po prostu dlatego, że młodość i towarzystwo już same przez się stanowią gwarancję dobrej zabawy. Będzie jej się podobało, że jest nowoczesna, dokładnie tak samo, jak jej wiktoriańskiej babci podobało się, że jest wiktoriańska. I bardzo słusznie; lecz jest to radość z konwencji, nie radość z wolności. Młodzi ludzie w każdej epoce lubią gromadzić się razem i entuzjastycznie naśladować się nawzajem. Zjawisko jako takie jest najzupełniej zdrowe, nie ma w nim jednak nic specjalnie nowego, a już z pewnością nic specjalnie wolnego. Dziewczyna, która lubi golić sobie głowę, pudrować nos i zakładać króciutkie spódniczki odkryje, że świat jest urządzony właśnie dla niej i radośnie pomaszeruje w szeregu. Ale dziewczyna, która przypadkiem lubi zapuszczać włosy do kolan, nosić suknie z trenem albo (co najstraszliwsze) zostawiać swój nos w naturalnym stanie, zrobi lepiej, jeśli będzie hołdować tym gustom w zaciszu domowym. Jeśli księżna ma ochotę chodzić na rękach, nie powinna robić tego znienacka w sali balowej hotelu „Babilon”, gdy tłoczy się tam pięćdziesiąt par fachowo praktykujących absolutnie najnowszy taniec w zbożnym celu oświecenia społeczeństwa. Księżna odkryje, że dogodniej chodzi się na rękach w starej, wyłożonej dębem sieni Zamku Fitzdragon ku admiracji najbliższych przyjaciół. A jeśli kanonik czuje nieprzepartą potrzebę, by stanąć na głowie, uczyni to z większą swobodą i wdziękiem w zaciszu kanonii niż podczas hucznej zabawy na cele charytatywne. Skoro istnieje bezosobowa rutyna w biznesie i nawet w życiu towarzyskim, rozumie się, że tym bardziej musi ona istnieć w kwestiach politycznych i prawnych. Na przykład, państwowy system kar z konieczności przypomina wyrównujący walec uogólnień. To tylko kary domowe bywają dostosowane do różnych jednostkowych przypadków, bo tylko domowy sędzia wie coś o ukaranej jednostce. Jeśli Tomcio zabierze srebrny naparstek z koszyka na robótki, jego matka może postąpić rozmaicie, bo wie, czy zrobił to dla psoty, czy z przekory, czy dla pieniędzy, czy żeby komuś sprawić kłopot. Lecz jeśli Tomkins zabierze srebrny naparstek ze sklepu, prawo nie tylko może, ale musi osądzić go zgodnie z konkretnym przepisem, stanowiącym, jaką karę wymierza się za kradzieże sklepowe albo kradzież srebra. Wyłącznie domowa dyscyplina potrafi ukarać winnego z sympatią, a już zwłaszcza z poczuciem humoru. Nie twierdzę, że zawsze tak się dzieje w rodzinie, twierdzę tylko, że państwo nigdy nie powinno tego próbować. Tak więc nawet gdy patrzymy na rodziców jako na władców udzielnego królestwa, a na dzieci zaledwie jako na poddanych, relatywna wolność panująca w rodzinie może działać, i nieraz działa, właśnie na korzyść owych podanych. Bowiem jak długo dzieci pozostają dziećmi, zawsze będą czyimiś poddanymi. Kwestia w tym, czy należy rozdzielać owych poddanych pomiędzy ich naturalnych książąt; a są to książęta, którzy na ogół żywią do dzieci uczucie, jakiego nikt inny nie żywi: naturalne przywiązanie. Wydaje mi się oczywiste, że tego rodzaju dystrybucja daje największą wolność największej możliwej liczbie osób.

Nie podoba mi się, że fala nowoczesności niesie ludzi coraz dalej od domu, gdyż kłóci się to z rozumem. Ludzie nie wiedzą, co czynią, bo nie wiedzą, do czego się przyczyniają. Przejawia się to na tysiące sposobów, istotnych i błahych, od rozwodów do pikników. Każdy z nich to osobna ucieczka, odrębny unik – zwłaszcza zaś unik w dyskusji. Ludzie powinni wreszcie podjąć aksjologiczną decyzję, czy chcą mieć tradycyjny porządek społeczny, czy nie; albo czy istnieje jakaś konkretna alternatywa, której mogliby sobie zażyczyć. Póki co, traktują ten wielki społeczny problem po prostu jako wiele splątanych prywatnych problemów. Ich antydomowe nastawienie zaczyna się w kręgu domowym. Żadna rodzina nie sięga myślą poza własną sytuację, a rezultatem jest podejście ciasne i negatywne. Każdy przypadek traktuje się jak wyjątek od nieistniejącej już reguły.

Rodzina, zwłaszcza w swoim współczesnym stanie, wymaga naprawy i rekonstrukcji; wymaga tego większość spraw w ich współczesnym stanie. Dom Rodzinny powinien jednak zostać albo zachowany, albo zniszczony, albo przebudowany; nie wolno pozwalać, by rozpadał się cegła po cegle, bo nikt nie rozumie historycznego sensu sztuki murarskiej. Architekci zajmujący się przebudową powinni, na przykład, wyposażyć Dom Rodzinny w szerokie i łatwo otwierające się drzwi, by mieszkańcy mogli pielęgnować starodawną cnotę gościnności. Inaczej rzecz ujmując, własność prywatna powinna być udziałem wszystkich na tyle po równi, by każdy mógł sobie pozwolić na margines rozrywek towarzyskich. Bo też i gościnność domu zawsze będzie odmienna od gościnności hotelu. Będzie odmienna jako bardziej indywidualna, bardziej niezależna i bardziej interesująca. Jest najzupełniej w porządku, że młodzi Brownowie i młodzi Robinsonowie spotykają się, tańczą i robią z siebie osłów, zgodnie z zamierzeniami swego Stwórcy. Zawsze jednak odczuje się pewną różnicę między Brownami podejmującymi u siebie Robinsonów a Robinsonami podejmującymi u siebie Brownów. I będzie to różnica sprzyjająca różnorodności, indywidualności i potencjałowi ludzkiego umysłu – czyli, innymi słowy, sprzyjająca życiu, wolności i poszukiwaniu szczęścia.

G.K. Chesterton, “The Drift from Domesticity” z książki The Thing (1927), polski przekład Jagi Rydzewskiej za: Myśl konserwatywna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.