Tomasz A. Kalita: O moich obowiązkach

Dlaczego człowiek tak mocno zapuścił korzenie w ziemi, że nie może z równą energią poderwać się i wznieść ku niebu?

Henry David Thoreau

W niniejszym rozmyślaniu, chcemy wytłumaczyć sobie, co oznacza dopełnienie w imperatywie „masz obowiązek!”. Zatem: o obowiązkach mówimy zazwyczaj w dwóch sytuacjach: 1) „domowej”: kiedy określamy robione obowiązki wobec miejsca i jego mieszkańców, w którym przyszło nam żyć; 2) ogólnej: kiedy określamy moralne nakazy, których powinniśmy przestrzegać, bądź ktoś inny powinien im być wierny. „Wierność obowiązkom” jest wówczas szczególnym komplementem. Stąd możemy jasno stwierdzić, że istnieje taka zależność między pożądaną sytuacją, a powyższym imperatywem: sytuacja α należąca do mnogości pożądanych sytuacji A pociąga za sobą nakaz „masz obowiązek wykonać α!” („wykonywać sytuację” rozumiemy po prostu, jako zaistnienie określonej sytuacji, danej przez świadomość ludzką do wykonania). Nie może być na odwrót, bo wówczas wydawanie nakazu byłoby relatywne – a przecież chcemy rozważyć nasze obowiązki, czyli, to co powinniśmy czynić, więc zakładając – wierząc – w końcu, że warto to czynić. Warto też zwrócić uwagę, że nawet określenie „mamy obowiązek czynić α!” , w sumie odwołuje się do pojedynczego człowieka, więc „masz obowiązek czynić α!”; stąd w wypadu obowiązków stwierdzenie, mające na celu argumentację danej tezy „masz obowiązek czynić α, bo inni tak czynią / bo jest to także obowiązek innych” wydaje się bezsensowne, to znaczy nie wnoszące nic ciekawego do dowodu, gdyż sprowadza się do stwierdzenia: „masz obowiązek α, bo masz obowiązek α” – co jest tautologią, o sile argumentacyjne żadnej. Nakaz „masz obowiązek α!” można by więc przedstawić za pomocą relacji wyrażonej: istnieje tylko jeden x, który jest człowiekiem oraz (i to jest to, co określamy naszym zdaniem α’) x ma obowiązek (relacja dwuargumentowa) czynienia α (konkretnej czynności, wykonywanie danej sytuacji pożądanej).

Idąc dalej w owych rozważaniach dochodzimy do ciekawych wniosków. Są dwa: jedne wiążą się z wypisanymi powyżej słowami: „wierny”,„warto” – dodajmy jeszcze „wartość”. Drugie należałoby nazwać „kondycją uwiązania człowieka”. Zaczniemy od tego drugiego.

Nie wiemy, na ile aktualny jest Słownik etymologiczny języka polskiego Aleksandra Brücknera (wyd. I. 1927), jednakże będąc lekturą inspirującą i ciekawą, a zarazem dosyć rozległą w swoich poszukiwaniach, uznajemy go za przydatną do naszych rozważań. Zresztą nie wydaje nam się, byśmy wyciągali zbyt daleko idące wnioski z lektury interesujących nas haseł, więc nawet przy uznaniu częściowej anachroniczności przytoczonych definicji, nie można uznać naszych stwierdzeń za całkowicie niesłuszne – w końcu nie interesuje nas w tym artykule historia słowa, ale nasze obowiązki, co powinno przyświecać naszemu życiu, czyli kwestie moralne, a tych nie można rozstrzygać argumentami, jakoby „tak Słowianie nie mówili, tak nie myśleli, więc i my tak mówić i myśleć”, oraz czynić nie możemy…

Rodowód słowa „obowiązek” w Słowniku Brücknera streszcza się tak:

obowiązek, obowiązkowy, obok obowiązka (pierwsze »moralne«, drugie »materjalne«); jeszcze w psałterzu: »oni obozali są się« (t. j. obiązali, w psałterzu puławskim »obwiązani są«), ale zresztą już i tam mylneobwiązali, obwiązanie, z nowo wstawionem w wedle zawiązać itp. (Brückner, 1985, s.371)

Interesujące nas słowo pojawia się także odnośnie definicji nazwy pewnego gatunku drzewa:

wiąz, albo ‘brzost’, ‘ilm’ (od wiązania, do którego się jego łyko szczególnie nadaje); więzy, więzić, więzień,więzienny; wiązać, wiązanka, obowiązek (zamiast *obiązek …). (Brückner, 1985, s.611)

Wiąz (Ulmus) jest drzewem o drewnie brązowawym, dosyć twardym, choć mającym tendencje do pękania; pod wieloma względami, czysto stolarskimi, podobny do orzecha. Nie drewno jednak nas tutaj interesuje. Łyko, bo z tej części robiono „liny” do wiązania, jest wewnętrzną częścią kory drzewa, która służy do przyjmowania asymilantów dochodzących przez korę do wnętrza drzewa. Jeśli korę można, by przyrównać do zrogowaciałego naskórka, bądź paznokcia, które zrzucamy co jakiś czas, to łyko jest skórą żywą – jego znaczenie jest więc istotne (stanowi materialną granicę między cielesnym zewnętrzem i wnętrzem drzewa). Jednak pozostawmy na uboczu dendrologię. Jak widać z przytoczonych definicji, obowiązek pochodzi i do dzisiaj rymuje się z wiązaniem. Wydaje się nawet, że owe znaczenie moralne powstało później od znaczenia materialnego.

Owe źródło w wiązaniu, a także łyku wiązu – owej granicy zewnętrzno-wewnętrznej – oraz jego przeznaczeniem pozwala nam stwierdzić, że obowiązek jest zawsze jakimś ograniczeniem – stąd też jeśli przyjmujemy jakieś obowiązki, bądź je komuś chcemy narzucić, musimy też stanąć w prawdzie i stwierdzić, że ograniczamy jakoś swoją/kogoś wolność. Oczywiście, los jest zmienny, a więc życie składa się z odcinków czasowych, różnie zapełnianych działalnością bytu, dlatego i obowiązki zdają się mieć czasowy charakter – tym bardziej, że, jak napisaliśmy powyżej, obowiązek dotyczy jednostki, a że ta raz żyje, a raz nie i już na zawsze nie, to z jej śmiercią i jej obowiązki muszą pójść w niepamięć – wielka jest więc mądrość Chrześcijan, którzy rozumieją czasowość sakramentów, szczególnie małżeństwa, które jest zawsze po grobową deskę.

Jeśli więc obowiązki jakoś nas zniewalają, trzeba zastanowić się, jakie można przyjąć, a jakie należy odrzucić, gdyż niepotrzebne będą ograniczać nas zanadto. I tutaj dopiero przechodzimy do sprawy wartości – bardzo ważną rzeczą jest uświadomić sobie to, że określenie wartości obowiązku pojawia się po pytaniu „które obowiązki są niepotrzebne?”, a nie po pytaniu: „czy mam jakieś obowiązki?”. To pierwsze stwierdza, nazwijmy je pragmatycznym, stwierdza, że jednostka rodzi się i zamieszkuje graciarnie obowiązków, które jakoś się w niej znalazły i trzeba je uporządkować – wychodzi więc od stanu zastanego i intuicyjnie pewnego: jeszcze chyba każdy mieszkaniec domu, czuje się jak u siebie w domu, chociaż obecna polityka hipoteczna zdaje się chcieć ten stan zmienić. Drugie zaś jest pytaniem sceptycznym i negacjonistycznym: mieszkaniec wchodzi do swojej graciarni, a że jest strasznym leniem, zadaje sobie filozoficzne pytanie rozstrzygnięcia „czy to moje graty?” i stwierdziwszy, że nie, wychodzi, zostawiając bałagan: najczęściej swoim potomkom, którzy też okażą się leniami. Oczywiście, znajdzie się też postawa pedantyczna: wszystko to moje, dziedzictwo i przeznaczenie, będę więc w tym żył, a jak pojawią się potomkowie, to im to zapiszę – ba! – już do kołyski będę im wsadzał te pluszaczki, zabawki, ubranka. I ten jest leniem, który lenistwo swe przekazał drogą płciowo-wychowawczą: „moja matka, mój ojciec tak czynili” – to taki jeden z tych odziedziczonych przedmiotów, argument z tradycji. Co ciekawe, obie te postawy są podobne: raz, jak wspomnieliśmy, bo są cechą leniwców, dwa, bo pierwszy leń, nie chcąc sprzątać swojej graciarni, chętnie wprowadzi się do czyjegoś domu, gdzie gratów jest dostatecznie mało, by móc na nieswoim śmiecić – to taki typ skrajnego rewolucjonisty lewicowego, a drugi, żyjący w pączkującej dyfuzji gratów, w końcu także będzie potrzebował nowego miejsca, więc chętnie wejdzie do familii sąsiada i razem będą dalej pławić się  w gratach i rozrastać – to taki typ kontrrewolucjonisty, bądź państwowca. Jak wspomniałem dwa te typy nie są ze sobą sprzeczne: wydaje się nawet, że więcej je łączy niż dzieli.

Mamy więc mówić o wartościach, wychodząc od pytania „które obowiązki są niepotrzebne?”. Podkreślmy, że interesuje nas tylko to pytanie: nie uważamy za równorzędne do niego „które obowiązki są potrzebne?” – co wyjaśnimy poniżej.

Tutaj sytuacja jest złożona: mówiąc o wartościach myślimy najczęściej o tym, co dobre, bądź co złe, ale zarazem mówiąc o tym, co niepotrzebne, zdajemy się suponować, że są rzeczy dobre i są rzeczy złe, ale obydwie mogą być potrzebne, bądź niepotrzebne. Ogólnie rzecz biorąc istnieją takie możliwości, które warto by było rozważyć: niepotrzebne zło, niepotrzebne dobro, potrzebne dobro, potrzebne zło. Najbardziej kontrowersyjne w interesującym nas przypadku będą rzeczy, które są dobre, ale niepotrzebne… Czy w ogóle może być takie dobro? (gdybyśmy mówili o obowiązkach potrzebnych, to pojawiłoby się też pytanie: czy istnieje potrzebne zło?!). Biorąc pod uwagę, że zło wydaje się zawsze niepotrzebne, a dobro potrzebne zawsze, w naszych rozważaniach zajmiemy się tylko niepotrzebnym dobrem. Nie poruszamy także kwestii innych wartości, jak prawda, fałsz, bądź piękno i brzydota, gdyż nasz artykuł interesują kwestie moralne tylko, jak powiedzieliśmy wyżej (dlatego też przedstawia on także pewną koncepcję moralności).

Wydaje się więc, że są rzeczy, sytuacje dobre na dwa sposoby: bo dla jednostki dana rzecz, bądź sytuacja jest dobra, bądź sama ta rzecz i sytuacja ma jakiś status dobra ze względu na swoją formę, działanie, przyczynę, bądź cel. Jeśli chodzi o potrzeby, to wydaje się, że potrzeba jest zawsze subiektywna, więc jednostkowa. Potrzeba wiąże się jakoś z tym, co trzeba robić, ale i z radością ze spełnienia potrzeby (por. Brückner 1985, s.579). W wypadku obowiązków widać staje się to klarowniejsze: jeśli mamy jakiś obowiązek, to trzeba go wypełnić, ale niekoniecznie mamy potrzebę go wypełniać. Tak więc niezależnie od tego, jaki jest obowiązek (dobry czy zły), odpowiedź na nasze pytanie „które obowiązki są niepotrzebne?” musi być udzielona przez jednostkę na konkretnym przykładzie. To, co tu piszemy jest tylko ogólną teorią, jak odrzucać niepotrzebne obowiązki (czyli czegoś, co wydając się konieczne do uczynienia, tak naprawdę koniecznym nie jest – dlatego też staje się niepotrzebne, choć może być i potrzebne podług oceny indywiduum). Można więc jako pierwsze kryterium naszej krytyki obowiązków, w której wyniku ma dojść do selekcji, uznać taki podział: zauważyliśmy na początku, że obowiązki są imperatywami i odnoszą się zawsze do jednostki, a że jednostka też dokonuje eliminacji obowiązków podług własnych potrzeb (bo jeśli obowiązek jej – w końcu mówimy „mam/masz obowiązek” – jak i potrzeba jest jej, to nie widzimy powodu by zważać na potrzebę kogoś innego), to należy uznać, że nie każdy imperatyw jest obowiązkiem; np. nie ma obowiązku wstępowania do wspólnoty religijnej nikt, ale jak wstąpi to zyskuje pewne „obowiązki” związane ze wspólnotą religijną (nawet jeśli pewne prawa religijne są konieczne, to i tak dopiero akt woli jednostki uprawamacnia je w życiu etycznym tejże jednostki). Nie powinniśmy jednak, na rzecz ścisłości językowej, nazywać takich praw obowiązkami. Weźmy Dekalog, bądź Credo Chrześcijan – czy spotykamy tak taki zwrot „mam/masz obowiązek”? Zaiste Bóg dając Człowiekowi (hebr. Adam) wolność nie narzucił mu żadnych obowiązków: nie musiał Człowiek przecież uprawiać Edenu, dopiero zajął się „w pocie czoła” rolnictwem po wyjściu z niego, na własne żądanie. Weźmy także tradycję kapłańską w Starym Testamencie: czytając Księgę Liczb spotykamy się z wieloma prawami rytualnymi, ale tylko dla Izraelitów, bądź tych, którzy „przebywają” wśród nich:

Jeśli jakiś przybysz zatrzyma się pośród was i będzie obchodził Paschę dla Pana, winien ją obchodzić według praw i zwyczajów odnoszących się do Paschy. Jedno prawo będzie u was dla przybysza, jak też dla tubylca.(Lb 9, 14)

Dla tubylca spośród Izraelitów i dla przybysza osiadłego pośród was jedno prawo będzie dla wszystkich, którzy zgrzeszyli nieświadomie. (Lb 15, 29)

Należy więc rozróżnić imperatyw, który jest prawem i w który się wierzy, bądź wie się, że jest słuszny. Nie jest to jednak obowiązek. Dlatego też za obowiązek uznajemy to, co nazwać by można imperatywem indywidualnym, który przez to, że wypływa z jednostki wydaje się, ale tylko na mocy swojej formy „mam obowiązek”, słuszny (konieczny, obowiązujący), to znaczy zgodny ze swoją definicją. Już samo źródło prawa i obowiązku pokazuje, że są one różne od siebie, ale niekoniecznie sprzeczne.

Wydaje się, że każdy imperatyw indywidualny jest dobry ze względu na swój „rodowód”: jest dobry dla jednostki, która go przestrzega. Zły więc musi być taki, który rodowód ma inny, to znaczy: rodowód społeczny (epitet ten rozumiemy, jako przeciwstawny epitetowi „jednostkowy”). Nazwijmy więc niepotrzebnym, bądź potrzebnym (jeśli to możliwe), złem imperatyw społeczny, który nie jest prawem, a odwołuje się do obowiązku: każdy kto mówi drugiemu „masz obowiązek!” powinien się zastanowić, czy nie popełnia zła, jakim jest wmawianie bliźniemu jakiś obowiązków, które mogą być złe (niepotrzebnie lub potrzebnie, jeśli to możliwe!). Obowiązek może wypływać tylko z jednostki, wówczas tylko może być dobry. Stąd też proponujemy zdefiniować pierwszy i najważniejszy, jak się nam wydaje, imperatyw indywidualny:

Odrzucam zawsze imperatywy społeczne(, dlatego, gdyż zawsze są złe

Warto zwrócić uwagę na treść zapisaną w nawiasie: nie pisze tam, bo są niepotrzebne, bądź bo są potrzebne, ale bo są złe – jest to więc obowiązek skrajnie odwołujący się do czystych, idealistycznych wartości, a nie do pragmatyzmu. Na marginesie zauważmy również, że imperatyw ten nie odrzuca prawa. Dopiero odrzuciwszy zło przez ów imperatyw indywidualny możemy pozwolić sobie na pragmatyzm, który nie będzie relatywizmem, a mianowicie na selekcję podług pytania, które tutaj rozszerzymy o powyższe definicje: „które imperatywy indywidualne są niepotrzebne?” Dochodzimy więc do selekcji gratów. Oraz wybierania wśród możliwych dóbr, które wybiera jednostka.

Kiedy mówimy o obowiązkach, najczęściej mamy na myśli działania kogoś na bardzo wysokim poziomie moralnym – bycie obowiązkowym jest epitetem wskazującym na indywiduowe życie pełne sensu, mające wielką wartość. Czy rzeczywiście jest takie życie indywiduowym? Orzekając, że ktoś jest obowiązkowy, uznajemy to stwierdzenie za pewną prawdę o rzeczywistości. Jest to jakby zmienienie imperatywnego wydźwięku zdania „masz obowiązek!” na stwierdzenie „masz obowiązek” w znaczeniu, że ktoś ma obowiązek, który wykonuje – co jest orzekaniem o stanie rzeczy, bez podejmowania kwestii stanu pożądanego, bądź nie. Ale czy na pewno? Weźmy przykład alegoryczny: nie można powiedzieć, żeby zwierzęta z Folwarku Zwierzęcego (a w ostatecznym rozrachunku Dworskiego!) nie wykonywały swoich obowiązków; takie kury na przykład, mimo jednorazowego buntu, spełniały swoje zadania produkcyjne aż nazbyt dobrze – Folwark utrzymywał się głównie z eksportu swojego najlepszego produktu, żeby nie powiedzieć kurzych dzieci (ludzkich dzieci?). Ale czy nazwiemy kury obowiązkowymi? Szczególnie, kiedy zestawimy je z Bokserem? To raczej Boksera chcielibyśmy nazwać obowiązkowym, ślepo i głupio obowiązkowym (zdajemy sobie sprawę, że dochodzimy do tego przez zestawienie dwóch indywiduów: kolektywnie pojętych kur i Boksera, przez co przykład jest osłabiony – ale zarazem traka słabość wynika z pewnej konwencji nazywania: jest wynikiem także wspomnianego na początku argumentu z obowiązku innych). Widzimy jednak, że głupio, co zarazem, obok pochwały, jest naganą. Weźmy więc jeszcze inny przykład: w trakcie Procesu Norymberskiego doszło do paru dziwnych sytuacji, z których nas interesuje jedna, która zarazem wydaje się najważniejsza, która stoi u podstaw takich dziwności, jak stwarzanie prawa na potrzeby procesu, rzeczy nie powiedzieć ad hoc (jakoby wcześniej nie było takiej katastrofy, jak II Wojna Światowa, kiedy należałoby raczej powiedzieć, że jeszcze nigdy Europejczycy tak nie dopiekli Europejczykom, więc należało wprowadzić jakieś straszaki na Starym Kontynencie), albo sądzenie oskarżonych przez ich, aczkolwiek trochę wystawionych do wiatru, rosyjskich sojuszników. Nas interesuje kwesta taka: w trakcie procesu pojawił się argument, że przecież niektórzy oskarżeni wykonywali swoje obowiązki. Rudolf Hösse w liście do żony, już po wszystkim, pisze tak:

Tragiczne jest, iż ja, z natury łagodny, dobroduszny i zawsze chętny do udzielania pomocy drugiemu, stałem się największym ludobójcą, który na zimno i z całkowitą konsekwencją wykonywał każdy rozkaz zagłady. Przez długoletnie żelazne szkolenie w SS, które miało na celu uczynienie z każdego SS-mana bezwolnego narzędzia do realizacji wszystkich planów Reichsführera SS, również i ja stałem się automatem, ślepo słuchającym każdego rozkazu. Moja fanatyczna miłość do ojczyzny oraz moje przesadzone poczucie obowiązku stwarzały dobre warunki do tego szkolenia

I dalej dodaje:

Ciężko jest, gdy człowiek musi u kresu przyznać się do tego, że szedł błędną drogą i sam zgotował dla siebie taki koniec. (Hösse, Mireki, s.135)

Co więcej, w przedmowie do wydania wyznań komendanta KL Auschwitz znajdujemy ciekawy cytat ze wspomnień prokuratora dra Tadeusza Cypriana, który był obecny przy polskich przesłuchaniach oskarżonego:

Wszystko, co odtwarzają [zeznania świadków], jest przez Hössa kontrolowane i śledzone. Jego milczenie może uchodzić niemal za potwierdzenie, a czyni to wszystko z kamienną twarzą i spokojem niemal legendarnym. Nie żal mu ludzi, nie wzruszają go najkoszmarniejsze opisy. Tak było, więc po co ma przeczyć. Ale czasem kamienna twarz Hössa ożywia się. Boli go dziś tylko to, co wskazuje, że on działał albo nie dociągając do granic swoich obowiązków [sic] służbowych, albo przekraczając te granice. Przytoczę fakt, który go może najbardziej oburzył […]. Zabolał go zarzut, że dawał za mało gazu do komór gazowych. Wstał i oświadczył, że dawał tyle gazu, ile trzeba było dawać, bo przepis ustalał tę rzecz z całą dokładnością. Oskarżony Hösse stale podkreślał, że zarządzenia władz, które szły z góry, wykonywał bez słowa protestu, podporządkowywał się im, bo ufał i ślepo wierzył swoim przełożonym [sic]. […] I chwilami doprawdy odnosiło się wrażenie, że Hösse nie mówił do Trybunału polskiego, ale że stoi przed kapitułą wysokiego orderu, którym został w Niemczech odznaczony, krzyża zasługi służbowej, że przed tą kapitułą orderu legitymuje się z tego, jak on cudownie wykonywał wszystkie swoje obowiązki. (Hösse, Mireki, s.7-8)

Szczególnie ostatni cytat jest ciekawy, jeśli uświadomimy sobie autora owej wypowiedzi: jest to prawnik, czyli osoba zajmująca się prawem, to znaczy interpretująca go – a także osądzająca w jego świetle czyny ludzkie. Prawo, jak powiedzieliśmy, jest szczególnym imperatywem zewnętrznym, przez co może podlegać zmianom i może być znoszone, gdyż jego zewnętrzność jest różna od tożsamości osoby, która kształtuje pewną czasową linię postaw moralnych. Stąd znane stwierdzenie, że nawet w systemat totalistycznych jednostka może zachować wewnętrzną wolność, dzięki nieujawnionej myśli, odczuwaniu świata etc. Stąd prawnik nie może oceniać osoby, ale ocenia jej czyny, które są w świecie zewnętrznym. Można powiedzieć, że na obecnym etapie rozwoju kultury prawnej, społeczeństwa ustanowiły prawników, wykształciły ich, na osoby sprawiedliwe, to znaczy, wiedzące, co jest dobrze, a co źle uczynione. Takie podejście musi natychmiast spotkać się z oporem – nie licząc prawnika, który ze swoim dyplomem dumnie podnosi głowę, by opalić ją w iluminacji, jak świat światem miewającej czasami również przebłyski, Ślepej Sprawiedliwości. Opór głównie bierze się stąd, że nie ma jednoznacznego dowodu, nawet chyba wśród behawiorystów, że wykształcenie determinuje indywidualność człowieka. Problemem tym nie będziemy się jednak tu zajmować. Wprowadziliśmy jedynie temat sprawiedliwości i wykształcenia prawniczego (bo są to najważniejsze pytania meta-prawnicze, jak nam się wydaje, obok logiki nakazów), by analizę przypadku prokuratora Cypriana poprzedzić stwierdzeniem, że wydaje nam się, że co by nie powiedzieć, to prawnik jest wykształcony, by analizować stany rzeczy mogące być lub nie być sprawiedliwe; prawo zaś jest pewnym schematem reguł poddawanych analizie sprawiedliwościowej. I teraz przypadek Cypriana i Hössego, jak i całego Procesu Norymberskiego: obowiązki są wewnętrznym imperatywem, prawo jest zewnętrznym; jeśli ktoś działa obowiązkowo, więc jest obowiązkowy, to działa podług wewnętrznego imperatywu „mam obowiązek!”; jeśli ktoś działa sprawiedliwie, to dlatego, że reguła prawna tak to opisuje. Jeśli więc, ktoś działa obowiązkowo, ale niezgodnie z prawem, to prawnik nie może oceniać jego obowiązku, z punktu reguły prawnej: może jedynie ocenić czyn, kiedy oceniając obowiązek niejako oceniamy samego człowieka – określamy jego tożsamość i jej jakość. Tak więc obrona, że wykonujemy obowiązki jest nonsensowna w świetle prawa, jak i prawnicze utyskiwanie, że człowiek świadomy powinien znać swoje obowiązki w sytuacjach szkodliwych dla społeczeństwa (niejako powinien wiedzieć, że obowiązki jego są tożsame z prawem!). Różne są to sfery, w których obraca się pojedynczy człowiek, gdyż prawo zniewala nas od zewnątrz i jeśli jest umową społeczną, to jest po prostu wbrew jednostce, by wytworzyć obywatela, a obowiązek zniewala jednostkę od wewnątrz, jest tym co kształtuje ją samą, jej tożsamość i wyjątkowość, jest tym, co ją poprzedza, ale zarazem jest jej jedyne i autonomiczne. Nie bójmy się więc powiedzieć, że jeśli prawo potępia czyn jednostki, która wierzy szczerze, że jest on jej obowiązkiem, to odrzucamy coś wyjątkowego egzystencjonalnie. Wielka więc jest mądrość etyki chrześcijańskiej, która potępia czyny, ale nigdy człowieka.

Sprecyzujmy więc teraz, czym miałoby być życie wartościowe, które prezentuje człowiek obowiązkowy, a dokładnie, który przestrzega wspomnianej wyżej zasady imperatywu indywidualnego. Widać już od razu, że gdyby uznać za złe, to co społeczne, a za dobre to, co indywiduowe, to doszłoby w końcu do sprzeczności aksjologicznej między indywiduami. Dlatego też warto tu dodać, że nasza zasada imperatywu indywidualnego idzie dalej niż anarchizm, ale zarazem jest uczciwa: nie narzuca indywiduum nic poza indywidualnością, kiedy anarchiści za wszelką cenę chcą uszczęśliwić społeczności, swoimi quasi-indywidualistycznymi postulatami, któresumma summarum są totalne. Wynika stąd, że problem życia dobrego i właściwego nie leży na osi indywidualne-społeczne. Jeśli przyjąć, że istnieje takie rozróżnienie oraz powszechne dążenie do dobra (jakiegokolwiek) i gdyby było tak, że społeczne jest zawsze dobre, a indywidualne jest złe, to wówczas byłoby głupim doktrynerstwem upieranie się przy autonomiczności jednostki. W naszym wywodzie nie przesądzamy i nie robimy ściśle określonej listy dobrego i złego, ale interesuje nas to, co jest łatwiejsze i jest w zasięgu ręki jednostki: określenie niepotrzebności, a szczególnie niepotrzebnego dobra (stąd dobro indywidualnego jest tylko i wyłącznie zakładane na podstawie początkowej analizy).

Uznajmy, że udało nam się jednak stworzyć taką listę wszystkiego, co dobre i wszystkiego, co złe. Od razu pojawią się kontrargumenty „w jakim sensie?”, „z jakiej perspektywy?”. Wówczas zatrzymujemy się już na poziomie założenia i koniec końców nie odpowiemy sobie nigdy na to pytanie – czy dane dobra takie są, a czy dane zło nie jest w pewnych przypadkach dobre. Wymaganie takiej refleksji od każdego jest zresztą absurdem, a w przypadku pomyłki – skazaniem na osąd mądrzejszych i będących zawsze w większości „znawców od etyki”. Teraz wszystkie te dobra i zła opatrzmy w nakaz „mam obowiązek!”. Na mocy znaczenia przyjmujemy, że najlepsze są te obowiązki, które posiadają potrzebne dobro. Czy jest potrzebne zło, to kwestia nie na ten artykuł. Teraz zajmiemy się niepotrzebnym dobrem, uznając zarazem, że na mocy znaczenie „niepotrzebności”, jeśli udowodnimy stosowność odrzucenia imperatywów z niepotrzebnymi dobrami, to odrzucimy również niepotrzebne zła.

Niepotrzebność jest taką cechą danej rzeczy, że mogłaby być, ale nie musi, bądź jest, ale nie wpływa na istnienie lub nie musi być wykorzystana. Oznacza to, że jej działanie w rzeczywistości nic w niej nie zmienia. Jednakże w przypadku sytuacji wyboru, kiedy mamy potrzebne dobro lub zło, i niepotrzebne dobro lub zło, wówczas może dojść do zaistnienia, w konsekwencji indywidualnej decyzji między tamtymi, dobra lub zła. Kiedy ktoś potrzebuje pić (potrzebne dobro), a dojemy mu jedzenie (niepotrzebne dobro), to i tak nie uchronimy, go przed odwodnieniem (zło). Kiedy kogoś, załóżmy, potrzebujemy zabić (potrzebne zło), ale zabijamy przez przypadek kogoś innego (niepotrzebne zło), to wówczas mamy przypadkowe zabójstwo (zło). Oczywiście, sytuacje te, jak i inne mają róże oblicza etyczne: mimo wszystko w ostatnim przypadku, ktoś żyje (dobro), mimo że niepotrzebnie… Ktoś mógłby jeszcze dodać tutaj argument, że ważne jest nastawienie moralne czyniącego: ktoś, kto daje jedzenie (np. frytki) spragnionemu, może wie o pragnieniu bliźniego i chce go jeszcze bardziej utrudzić… Wówczas chyba danie pokarmu nie byłoby tylko niepotrzebnym dobrem, ale raczej (niepotrzebnym?) złem. A czy zabicie kogoś innego od tego, kogo chciało się zabić, nie jest po prostu złem, zawsze niepotrzebnym złem, które w praworządnym społeczeństwie trzeba tępić niezależnie od problemu „niepotrzebności”?

Wydaje się więc, że „niepotrzebność” na gruncie etyki wskazywałaby na wniosek, że wartości czynu, który jest niepotrzebny zawsze będzie ambiwalentna i jako taka powinna być odrzucona: zapobiegawczo, by nie popełnić przez przypadek zła. Można by się wiec pokusić o tezę, ale NIE obowiązek:

Nie czyń tego, co niepotrzebne

Mamy imperatyw o negacji społecznych obowiązków oraz prawo negacji tego, co niepotrzebne. Ta druga formuła jest mocniejsza, bo neguje także, to co niepotrzebne w jednostce ze względu (podobnie jak w naszym imperatywie) na wartości. Jako że jednostka posiada możliwości obiektywnego rozstrzygnięcie, co jest jej potrzebne, a co nie, ale nie posiada możliwości jednego osądu, co jest dobre, a co złe (właśnie przez ową pierwszą umiejętność), dlatego potrzebuje praw takich, jak te wyżej. Prawa są czymś zewnętrznym i niejako niosą w sobie pewną mądrość etyczną. Stąd możemy podać drugi imperatyw indywidualny (podkreślmy, ze jest to nakaz):

Przyjmuję jakieś prawo (bo to moja jedyna etyka)

Nie należy jednak za prawo uznawać tego, co wytworzyła kultura ludzka – ze względu na imperatyw indywidualny pierwszy i nasze rozważania o prawnikach, należy uznać je za produkty typu imperatywu społecznego. Gdybyśmy mieli znaleźć prawo, które nie jest społecznym obowiązkiem, a zarazem, które nigdy nie posiadałoby zapisów niepotrzebnych (historia człowieka pokazuje, że takich praw było i jest bardzo wiele), to wskazalibyśmy je w Dekalogu. Ze względu na formę przyjmuje ono formę „masz obowiązek!” – w znaczeniu zewnętrznym, więc jest prawem, a intuicyjne zrozumienie dla niego i uznanie jego potrzeby wskazywałoby na jego potrzebność. Można by przecież zarzucić nam, że ktoś może nie potrzebować Dekalogu, ale czy działanie przeciwko niemu byłoby wówczas usprawiedliwione? Zarzuci więc ktoś, że można potrzebować złego prawa (np. zanegować wszystkie Dziesięć Przykazań), ale wówczas, czy go ktoś usprawiedliwi? A poza tym: czy jeśli potrzebujemy zła, to czy aby nie powinniśmy wówczas potrzebować zła, jakim jest obowiązek społeczny? Uznaliśmy go za zło, bo występuje przeciwko jednostce, czemu więc i zło służące jednostce nie miałoby być odrzucone? Właśnie dlatego istnieje ten drugi imperatyw indywidualny: obowiązki są we mnie, prawo nade mną! Jest to zaiste droga ewangeliczna:

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a Inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz. (J 21, 18)

Potrzeba bowiem nie musi wiązać się z chęcią. Czy nie jest tak, że głównym motorem rozwijania się państwowości lub innych struktur społecznych jest właśnie chęć pozbycia się obowiązku względem siebie? Co jakiś czas słyszymy dyskusje nad wprowadzeniem obowiązku głosowania we współczesnych demokracjach: czyż gdyby taki projekt przeszedł, nie byłoby to pogwałcenie obowiązku indywidualnego na rzecz imperatywu społecznego? Czyż przymus wybierania takiego czy innego rządu, nie byłby w sumie przymusem pozbycia się własnej wolności. Powiedzą, że jesteś wolny, więc musisz wybierać – ale czyż nie stosowniej byłoby powiedzieć: musisz zrezygnować z wyboru!

Historia ostatnich dziesięcioleci w sumie ubiegła na wielkiej refleksji nad tą kwestią wybierania przed jednostkę w społeczeństwie. Stąd różnego rodzaju ruchy praw człowieka, pacyfiści, nacjonaliści, państwowcy. Wymieniamy ich wybiórczo i w jednym szeregu, gdyż wydaje się, że wszyscy oni starają się określić jakoś swoje obowiązki w rzeczywistości. Wiele rewolucji głosiło hasło w imię różnych idei. Należy sie jednak zapytać, czy idee te nie przysłaniają nam prawdziwych obowiązków, jakie określiliśmy wcześniej.

Mówią, że człowiek ma prawo do wolności słowa. Ale czy rzeczywiście Człowiek uzna je za potrzebne dobro? Może czasami Człowiek po prostu woli milczeć?

Mówią, że ludzie powinni dokonać światowego rozbrojenia w imię ludzkości. Ale czy rzeczywiście powiedzą, że Człowiek powinien się rozbroić? Masz Człowieku taki obowiązek? Czy rzeczywiście potrzebujesz takiego dobra, jak brak broni? I czemu w ogóle miałbyś Człowieku działać w imię ludzkości. Czyż i rewolucjoniści z karabinami tego nie czynili? A jeśli tak, to czy czynili owi rewolucjoniści odważyliby się na dość oryginalny manifest: Zabijaj/Walcz w imię Człowieka!

Mówią również, że mamy obowiązki wobec najbliższej nam społeczności. Łatwo ją rozpoznać, gdyż żyje wokół Ciebie, mówi także Twoim wyuczonym językiem, zna i utożsamia się z tymi samymi historiami. Ale czy to dobro, jakim jest owa społeczność, jest mi rzeczywiście potrzebna? Czy Człowiek może przestać być sobą bez społeczności? Bo to, że wspólnie ze społeczności potrafi działać przeciwko sobie, to już wiemy.

Mówią w końcu, że struktura społeczna, jak państwo, czy unia państw, jest naszym wspólnym dobrem, za które powinniśmy być odpowiedzialni. Ale czy i struktura społeczna może mi zastąpić strukturę egzystencjalną, albo czy bez tej pierwszej posypie się ta druga? Ile razy Człowieku odczułeś potrzebę zrobienie czegoś dla struktury, którą, jakby nie było, zastałeś, i która prawdopodobnie przetrwa Ciebie – w takim lub innym wydaniu. Czy miałeś obowiązek dla niej się narodzić, byś czuł powinność dla niej żyć? A czy umierając za nią, nie zauważyłeś, że nie ona tego chciała, ale coś innego i jej wrogiego?; i że nie umierałeś z ręki struktur, ale zawsze z ręki Człowieka?

Wypada tu jednak dodać jeszcze jedną kwestię, która znów odwoła się do imperatywu „masz obowiązek!”, który wypowiada ktoś, mający intencję pouczenia nas. Może się wydawać, po przeczytaniu wcześniejszych wywodów, że jednostka powinna opowiedzieć słowami Jezusa w przypadku zewnętrznego pouczenia:

Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? Jak możesz mówić swemu bratu: „Bracie, pozwól, że usunę drzazgę, która jest w twoim oku”, gdy sam belki w swoim oku nie widzisz? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka swego brata. (Łk 6, 41-42)

Trudno się z tym nie zgodzić. Ale czy rzeczywiście, my posiadacze drzazgi, możemy coś takiego powiedzieć posiadaczowi belki? Chrystus był Światłością, a my, jakby nie było, mamy ową drzazgę. Zresztą, tuż przed owym pouczeniem mamy alegorię o dwóch ślepcach, którzy siebie prowadzą. Obłudniku, wyrzuć więc najpierwdrzazgę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć belkę z oka swego brata! Jednak, czy nawet w sytuacji obopólnego impasu, kiedy to ani nam bronić się, ani osądzać nie wolno, nie znajdzie się jakaś droga, która pozwoli nam żyć wśród naszych bliźnich? Wydaje nam się, że mając świadomość naszych obowiązków, i słysząc nakaz „masz obowiązek!” nie należy, jak anarchistyczny buntownik, wyrecytować znanych słów Mesjasza, ale poddać analizie ów nakaz. Nie odrzuca się imperatywu ze względu na jego akustyczną formę lub przyjmuje, jeśli jej brak, ale na źródło, które jest albo wewnątrz, albo na zewnątrz nas. W końcu, nie to, co zewnętrzne sprawia, że jesteśmy nieczyści, ale co pochodzi z naszego serca (por. Mk 7, 20-21), a bliźni, który nas potrąca belką jednego oka, może mieć drugie całkiem sprawne i światłe – może być to oko świadome prawa, przed którym przyjdzie mu być sądzonym. Obyś jednak nie musiał siedzieć z nim na tym samym miejscu oskarżenia.

Tekst nasz miał formę eseju trochę filozoficznego, stąd to, co ważne zostało powiedziane i nie trzeba tego podsumowywać inaczej, jak wypisawszy dwa i jedyne obowiązki przed jakimi stoi jednostka:

I. Odrzucam zawsze imperatywy społeczne.

II. Przyjmuję jakieś prawo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.