Marcin Digito: Jesienne chmury wciąż pędzi wiatr

Jesienne chmury wciąż pędzi wiatr… Tak opis prognozy pogody rozpoczął jeden z internetowych portali meteorologicznych. To bardzo polski krajobraz, w którym niebo wali się na ziemię, przyciskając nas bez litości do szarych chodników. W Krakowie słońce staje się czymś wyjątkowym, niespodziewanym. Łatwo zapomnieć o jego istnieniu przeprawiając się przez bezbrzeżne kałuże, chlupocząc w miejskim bruku, zdaje się bez celu. „Czasem to chyba lepsza ulewa żelaza lecąca na głowy, niż ten deprymujący bez końca deszcz”. Błądzę bez sensu i celu po zakamarkach miasta, zdając sobie sprawę z kruchości wszystkiego co mnie otacza. Z tego jak nieistotne są pragnienia, których realizacji się podejmuję, jak śmieszne są moje plany i marzenia. Dni podobne są do siebie tak bardzo, że czas zdaje się najpierw zatrzymywać, potem zaś odsuwa się jako coś nienaturalnego, coś co nie determinuje. Iście zaduszkowy nastrój. To chyba najgroźniejszy czas dla człowieka, którego dręczą własne myśli i który powątpiewa czy z tej próby dnia codziennego, powszechnie szarego, wyjdzie zwycięsko. Dusza zdaje się hartować w niestrudzenie kapiących kroplach, w gasnących cmentarnych świecach. Odkładając na bok pojęcie czasu jako coś co jest niekonieczne, w okresie zadusznym odczuwamy faktycznie tę spiralną ciągłość pokoleń, które ze wszystkich epok zdają się krzyczeć, że to one są awangardą! One przewrotem! One zatraceniem! Tyle świec pod Grechutą co i pod Matejką. Na baczność stają żołnierze wojny obronnej 1920 roku, salutują poborowi Wielkiej Wojny, majaczą w najgłębszych kwaterach Powstańcy, ofiary Dąbia nerwowo obracają paciorki różańca. Jestem tym samym co oni, cała moja świadomość Polski składa się z ich łez i wojennych haseł. Czasami zdaję się być bardziej strudzonym starcem ściskającym ojcowski sierp, niż tym beztroskim ułanem. Skoro jednak jestem wszystkim tym czym byli oni, to płynie we mnie krew zwycięscy i krew ofiary, duma wojownika i wstyd dezertera.

Przechadzając się po tych cmentarnych alejach człowiek zdaje sobie sprawę z konieczności usytuowania Dziejów pionowo, zorientowaniu ich na cel Boży. W innym przypadku prochy tysięcy niebyły by niczym więcej niż doskonałym nawozem dla drzew, cmentarze zaś byłyby zwykłymi parkami. Może tak właśnie jest. Może tylko ja dostrzegam ten dysonans, gdzie zaduszne modlitwy unoszą się ku niebu wraz z zapachem prażonych orzeszków. Rodziny jak w muzeach – oglądają nagrobki Wielkich, wśród których nieliczni zasłużyli w ich oczach na świecę. O ile więcej jest warte pobożne westchnienie nad bezimienną mogiłą niż ten elektryczny znicz, zapalany bądź gdzie, na znak, że niby pamiętamy. Pamiętamy, o tym by zapalić świecę, umyka nam jednak ta duchowa łączność, którą zachodzi pomiędzy pokoleniami. Ta skręcająca się spirala Dziejów, w których raz zbliżamy się, raz znów oddalamy od ideału. Czy wolno mi zapalić znicz pod Katyńskim Krzyżem i powoływać się na etos pomordowanych, nie uznając najpierw, że byli tak samo grzeszni jak ja i najpierw potrzebują mojej modlitwy, potem zaś dumnych wierszy? Czy zdaję sobie sprawę z tego, że ta narodowa epopeja jest dla nas i tylko dla nas, bo zmarli jedynie modlitwy potrzebują?

Tysiącami chodzimy na cmentarze, z powodzeniem przekazujemy tę tradycję naszym dzieciom, przyjaciołom. Mijamy setki znajomych twarzy, raz po raz pomiędzy nagrobkami słychać salwy śmiechu dawno zapomnianych przyjaciół. W oddali pobrzękują kwestowe puszki. Zawsze daję na Łyczaków wychodząc z założenia, że moim obowiązkiem jest pamiętać. Choć może w ostatecznym rozrachunku hospicjum nie było by gorszym wyborem. Nasuwa się pytanie czy można wartościować te dwa cele? Czy gdybyśmy jako całość nie pamiętali o jednych, bylibyśmy godni by pomagać drugim?

Rakowice to mój ulubiony cmentarz. Głęboko ubolewam nad tym, że w śmierci nad sztuką przeważa kicz. Sztuka dobrego umierania, to sztuka dobrego życia. Wołające o renowację anioły, opłakujące swych zmarłych, bardziej kołaczą do sumień niźli błyszczące z lastryko zdjęcia anonimowych nieboszczyków. Kim byli? Czy identyfikuje ich tylko data urodzenia i dzień śmierci? Dawniej na nagrobkach pisano niemal skrócone życiorysy zmarłych, łatwiej było pod nagrobną płytą dostrzec konkretną osobę, konkretną prośbę o modlitwę. Dzisiaj zbijamy się w szarej masie przeciętności. Gardzę tym. Kręcące się wkoło trumny, w podświetlonej witrynie, naprzeciwko głównej bramy, pozwalają przypuszczać, że już się nie umiera z klasą. „Już”? Tęsknota do wyidealizowanej przeszłości, która dla ówczesnych była równie zdegenerowana co dla nas dzień dzisiejszy? Starcze bajanie o utraconych latach- „to co było już nie wróci….”? I dobrze. Czas bowiem na nowe, lepsze. Dzieje zataczają koło i pną się ku górze, złapać chcą się Bożych praw i zaprowadzić je na ziemi. Przeszłość jest raczej po to by uczyć się na jej błędach niż ją podziwiać czy jej żałować. Przyszłość jest przestrzenią kreacji, która należy do nas. Może być lepsza. Może być gorsza, tak jak gorsi lub lepsi byli nasi dziadkowie, tak jak gorsi lub lepsi jesteśmy my. Zanoszę swoją modlitwę za zmarłych, mając nadzieję, ze kiedyś ktoś pomodli się za mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.