Marcin Digito: Uniwersytet (opowiadanie)

Ciepłe czerwcowe popołudnie wisiało nad Krakowem. Rozgrzany beton miasta leniwie muskały podmuchy delikatnego, letniego wiatru, zwiastującego nadciągającą burzę. Marcin błądząc po mieście, rozkoszował się zapachem wilgoci wydobywającym się z przydrożnych okienek piwnicznych. Wędrując tak, pomału zbliżał się do budynków uniwersyteckich. Collegium Novum wybijające się ponad korony drzew, jakby chciało sięgnąć nieba, dostojnie stało wciąż w tym samym miejscy. Tylko Dąb Pamięci jak gdyby coraz mniej miał siły by rozwijać ku górze swoją koronę i wciąż wypuszczać nowe liście. Chłód neogotyckich korytarzy miło powitał Marcina w uniwersyteckim gmachu. Z ostatniego piętra rozciągał się bajkowy kadr na dachy starego miasta, kopułę kolegiaty Św. Anny oraz okalające serce Krakowa, planty. Mężczyzna wszedł do gabinetu. Profesor siedział oddalony nieco od okna, z którego dostrzec można było fasadę Collegium Novum.
– Dzień dobry Panie Profesorze.
– Dzień dobry. Proszę niech Pan usiądzie. Ma Pan coś dzisiaj dla mnie?
– Tak – odpowiedział Marcin wyciągając z teczki plik kartek. – Mam ostatni rozdział swojej pracy. Przedstawiłem w nim analizę śródziemnomorskich doktryn politycznych w I poł. XX w. w opozycji do sytuacji rozwijającej się wówczas w Niemczech.
– Tak, tak, pamiętam. To na pewno bardzo ciekawe. Proszę, proszę, niech Pan zostawi. Postaram się przeglądnąć tak na za dwa tygodnie. Szczerze mówiąc nie jest to praca, którą czytam z wypiekami na twarzy. Rozumie Pan co mam na myśli…?
– Nie rozumiem Panie Profesorze.
-Tak, tak. Niech mnie Pan nie zrozumie źle, ale ja zajmuję się nieco innym działem. Mnie interesuje wie Pan, ekonomia, banki, takie rzeczy. Wie Pan w ogóle jakie pochodzenie ma słowo bank?
– Wiem, włoskie. Słowo pochodzi od…
– Tak, tak. Słowo bank – mówi wchodząc Marcinowi w słowo- słowo bank, proszę Pana, pochodzi z języka włoskiego. To bardzo piękne słowo gdy wymawia się go po włosku.
Nieco zbity z tropu lecz coraz bardziej rozbawiony student, opierając się prawą ręką o biurko i nachylając się w kierunku pracownika Uniwersytetu, pyta: – A jak brzmi ono po włosku?
– Proszę Pana! Banko! Czyż to nie piękne?
– Doprawdy, widzę różnicę tylko w akcencie.
-Proszę Pana! Akcent to to co odróżnia ludzi od zwierząt! No i może ekonomia. Zwierzęta bez wątpienia nie znają ekonomii.
– Nie byłbym tego taki pewien.
– Wie Pan od czego pochodzi słowo banco?
– Tak, wiem Panie Profesorze, pochodzi od ławy… – Profesor nie daje mu dokończyć.
– Tak, tak. Słowo banco pochodzi od ławy przy której włoscy handlarze zliczali pieniądze. Czy wie Pan, że na podstawie ruchu monety po tej ławie, handlarze byli w stanie określić jakość kruszcu oraz to czy moneta nie została podrobiona? Niesamowite.
– Doprawy niesamowite. Można zatem rzec, że już u zarania Banki ćwiczyły się w oszustwach.
– Ekonomia to podstawa nowożytnego świata. Czy Pan nie wie?
– Wiem Panie Profesorze, jednak pieniądze nigdy mnie nie interesowały. Zawsze zdawały mi się pozbawione duszy. Panie Profesorze, chciałbym Panu jednak zadać pytanie, czy nie będzie Pan miał nic przeciwko?
– Oczywiście, oczywiście, niech Pan pyta!
– Panie Profesorze, czy wierzy Pan w Uniwersytet?
– Nie rozumiem…
– Bo widzi Pan, ludzie wierzą w różne rzeczy: wierzy się w Rodzinę, w Boga, niegdyś wierzono w humanizm, a jeszcze niegdyś w starożytne rzymskie auspicje. Więc czy Pan wierzy w Uniwersytet?
– Doprawdy Panie Marcinie, ciężko mi pojąć o co Panu chodzi. Jak można wierzyć w Uniwersytet? Jaki Uniwersytet? Że Jagielloński? Czy może Frycza? Notabene na Frysza są doskonałe warunki pracy muszę Panu powiedzieć. Nie wypada mówić o pieniądzach ale…
– Panie Profesorze! Mówię o Uniwersytecie jako idei! Idei, która istnieje w Polsce od czasów fundacji kazimierzowskiej, a w sercach zapewne jeszcze dużo wcześniej. Idei przez którą uczeni z tak dalekiego kraju jak ówczesna Rzeczypospolita, wędrowali do Bolonii, do Sorbony, do Padwy! Czy wierzy Pan w ideę Uniwersytetu?
– Panie Marcinie, jestem naprawdę zszokowany pańskim pytaniem. Czy nie wie Pan, że niegrzecznie jest rozmawiać o ideach? Czy nie wie Pan, że ja zajmuję się ekonomią? Może Profesor Adamski potrafił by coś powiedzieć…. Ja, ja, nie wiem co mam sądzić o pańskim pytaniu. Ja mam kontrakt, ja mam godziny do wypracowania, my jako pracownicy naukowi musimy wykazać naszą działalność w zakresie konferencji, publikacji, prac naukowych. Oni przyznają nam za to punkty, a za to można otrzymać premię, przedłużenie kontraktu, kierownictwo zakładu. Tak to wygląda. Nie wiem czy udało mi się odpowiedzieć na pańskie pytanie. Co do tych podróży to tak, wiem słyszałem, studenci i doktoranci jeżdżą teraz na Erasmusa proszę Pana, do Francji, do Hiszpanii, ach! Tam są piękne plaże. Był Pan kiedyś w Hiszpanii?
– Nie Panie Profesorze, nie byłem. Niech mi Pan powie czy zgodziłby się Pan poprowadzić naukowy projekt o dajmy na to – krakowskich bankierach u początku epoki nowożytnej, robiąc z tego wystawę naukową? Wszystko oczywiście pro poblico bono.
– Nie rozumiem, jak pro publico?
– Dla ludzi Panie Profesorze, dla Nauki, dla Uniwersytetu, całkowicie za darmo. Zgodziłby się Pan?
– Proszę Pana ja mam habilitację, mi nie wypada robić takich rzeczy!
– Jakich?
– Jakiś projektów, wystaw, bez wynagrodzeń, nie, nie, to się nie godzi. Znam jednak jednego takiego doktoranta, on mógłby chcieć uzupełnić swoje CV…
-Pytam o Pana. Nie chodzi o konkretne działania. Chodzi o to czy wierzy Pan w Uniwersytet.
– I znów ten Uniwersytet! Ja tu jestem pracownikiem! Uczelnia to mój pracodawca, to mało? Jak ja mam wierzyć w pracodawcę? Pan widział jaką podwyżkę nam zaproponowano w przyszłym roku? 150 zł proszę Pana! Ja nie powinienem mówić takich rzeczy studentowi, nie, nie, ale skoro Pan już pyta o to… Nawet Dziekan jest bezsilny, Ministerstwo nie ma więcej pieniędzy i sam Pan rozumie….
– Czy wiedza jest dla Pana przeliczalna na pieniądze?
– To rzeczywiście ciekawe pytanie, zwłaszcza w kontekście dziedziny, którą się zajmuje. Widzi Pan, analizując mechanizmy bankowe na przestrzeni stuleci, pierwsze akcje, powstanie giełdy, krachy finansowe… można zdobyć wiedzę dość ciekawą mogącą zdać się niesłychanie przydatną w inwestowaniu czy też graniu na giełdzie, i tak, w tym przypadku można przeliczyć wiedzę na pieniądze, trzeba tylko umieć ją wykorzystać- powiedział i wesoło buchnął śmiechem.
– Ja zajmuję się sprawami bardziej cywilizacyjnymi, kulturowymi, nie interesują mnie mechanizmy bankowe, nie o to jednak pytałem.
– Wie Pan – zaczął znowu Profesor – są różne instytucje czy muzea i nieraz są tam wakaty. Nie są to może duże pieniądze, ale sam Pan wie jak jest.
– Oddałby Pan życie za Uniwersytet?
– Co?! Co Pan mówi?! Pan jest bezczelny! To jest groźba!
– 6 listopada 1939 r. po opanowaniu Krakowa przez hitlerowskie Niemcy, okupant uwięził 183 Profesorów, których następnie przewieziono do obozów koncentracyjnych. Ponad 80 z nich oddało swoje życie za Uniwersytet. Czy byłby Pan w stanie postąpić tak samo?
– Ależ Panie Marcinie, to były inne czasy, to była wojna światowa, niezwykle okrutna… Pracownicy wyższych uczelni często byli prześladowani…
-Profesorowie.
-Tak, tak, też profesorowie.
-Profesorowie, nie pracownicy. Pracownicy są w sklepie spożywczym, na składzie budowlanym. Uniwersytet ma swych odkrywców, profesorów, doktorów, adiunktów…. To jest armia Panie Profesorze, a jej bronią jest ten oto kaganek – mówiąc to podniósł ze stołu książkę – kaganek, który może rozświetlić ociemniałe umysły, kaganek który….
– Niechże Pan nie macha tak tą książką. To Wyspiański.
– Wyspiański! Dzieła wybrane! To kaganek! Nie makulatura, kaganek! To Uniwersytet!
– Matko Boska, Panie Marcinie! Czy trzeba zadzwonić na pogotowie? Jest Pan cały czerwony, niech się Pan uspokoi. To tylko Wyspiański…
– To kaganek! – wykrzyknął Marcin opluwając przy tym siebie i stół. – Pan nie wierzy w Uniwersytet! Dla Pana to tylko kontrakt i mniejsza lub większa pensja! Nie ma już idei Uniwersytetu w waszych sercach. Wszystko zaprzepaściliście. To przypomina bardziej niedzielną szkółkę, kursy korespondencyjne, a nie Uniwersytet. Wszystko tylko za pieniądze! Kierunki dla idiotów by przyszły pieniądze z Ministerstwa. Studnia licencjackie by produkować tylko więcej idiotów mogących legitymować się tym, tfu, dyplomem. Pan hańbi rektorskie berła! Niegdyś przechadzał się tymi korytarzami duch przeszłych pokoleń, w powietrzu czuć było zapach starodruków…. Dziś nikt już się nie przechadza, wszyscy tylko biegają i śmierdzą potem! To nie jest Uniwersytet!
– Dzwonię na pogotowie…
– Nigdzie już Pan nie zadzwoni…. – powiedział w szale po czym w szaleńczym skoku przegryzł kabel od stacjonarnego telefonu, z którego chciał skorzystać Profesor.
– Panie Marcinie, nie! Na litość Boską! Na wszystkich świętych!
– Nie pomogą Panu. Jestem sługą berła!
– Oszalał! Oszalał! Jakiego berła!?
– Berła królowej Jadwigi Andegaweńskiej… – to mówiąc skoczył ku górze ku półkom regału z książkami długiego na całe pomieszczenie. Znajdowały się tam najwybitniejsze działa polskiej literatury i historiografii. Szymańki, Semkowicz, szkice Lelewela… Ostatecznym ciosem dla gwałciciela Uniwersytetu okazała się półka z dziełami Feliksa Konecznego. „O ład w historii” uderzyło w skroń Profesora-ignoranta, „Święci w dziejach Narodu Polskiego” rozcięli mu łuk brwiowy, „Dzieje Polski” uderzając kantem w potylice sprawiły że Profesorowi zaszumiało w głowie, dzieła dokonało jednak stare, kilkutomowe wydanie „Cywilizacji żydowskiej” z obitymi ozdobną blaszką, kantami. Z niesłychaną łatwością wbiły się one w czaszkę przysypanego już wiedzą, Profesora. Kilkanaście tysięcy tomów przykryło ciała studenta piatego roku oraz Profesora na bezterminowym kontrakcie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.