Z Baszty Karczmarzy VI

Akt II, scena I

Zachodzące słońce krwiście rozświetla zakole rzeki Wisły nieopodal paulińskiego kościoła na Skałce. Miejsce to nieprzypadkowe, gdyż bazylika jest pod wezwaniem Świętego Michała Archanioła – patrona Kościoła Wojującego oraz Świętego Stanisława, biskupa męczennika, który oddał swe życie pod królewskimi toporami, stając w obronie ludu i prymatu etyki. Wraz z ostatnimi promieniami słońca padającymi na taflę rzeki, do brzegu przybija siedem łodzi, a na nich siedemdziesięciu zbrojnych mężów.

[Arcykarczmarz]

Bóg pochwalon! Witajcie bracia w sądną godzinę.

[Ultor – dowódca wojów]

Na wiek wieków bracie.  Dziś przyjdzie nam zginąć lub rozwinąć chorągiew zwycięstwa. Bóg osądzi!

[Arcykarczmarz]

Osądzi i historia.

[Ultor]

Historia to powieść pisana przez zgnuśniałych starców. Nas sądzić może tylko Wszechmocny.

[Arcykarczmarz]

Prawdę żeś powiedział przyjacielu. Jeśli zaś historia zwykłą powieścią się zdaje, niechże te jej karty barwnymi będą od naszych mężnych czynów

[Ultor]

Ruszajmy na zamek! Bóg prowadzi.

W drogę Bulwarem Czerwińskim ruszyło siedemdziesięciu wojów pod dowództwem Ultora. W grupie obecny był także Arcykarczmarz, Interwał oraz Podczaszy. Droga prowadziła ku Smoczej Jamie, od której na zamek prowadziło tajemne przejście.

[Przed wejściem do Smoczej Jamy]

[Arcykarczmarz]

Nie trwóżcie się bracia. Święty Jerzy ma nas w swej opiece, nie straszne nam truchło gadziny.

[Ultor]

Wszak gadzina od wiek wieków ubita, innej bać nam się trzeba – tej co siedzi na zamku.

[Arcykarczmarz]

Strzeżonego i sam Bóg strzeże! Bo wie kto, co tam w tej ciemnej jamie się zalęgło przez stulecia?

[Interwał]

Byle nie monstrum jakie. Albo gorzej – zjawa upiorna!

[Podczaszy]

Nie siej waść zamętu. Czekają nas tam jedynie porozbijane szklanice Bractwa Krawieckiego co tam niegdyś bywało.

[Ultor]

Krawcy na siedzibę obrali tak szkaradne miejsce? Przecież tkaniny zgnić by mogły o wielkiej wilgoci co w grocie zalega.

[Podczaszy]

Bractwo Krawieckie nie trudni się suknem, a jego zdobyciem. To złodzieje, nadzwyczaj uprzywilejowani zresztą przez kontakty w królewskiej gwardii. Pewnego razu jednak za daleko zapuścili swe lepkie ręce, ograbili samego starostę zygwulskiego herbu Szreniawa. Tego im łańcucki diabeł nie chciał wybaczyć i wszystkich na pal powbijać kazał.

[Arcykarczmarz]

Kilku się jednak ostało.

Smocza Jama w ciemnościach nadzwyczaj szkaradnym miejscem się zdawała. Wilgoć osiadająca na wapiennej skale, drążyła w niej korytarze uchodząc ku wyjściu. Droga wiodąca na zamek usłana była odchodami nietoperzy – strażników ciemności. Nie było w grocie ni schodów ni drabin przeto dzielni mężowie obciążeni rynsztunkiem, wspinać się musieli, dotkliwie raniąc swe dłonie o co ostrzejsze kawałki skały.

[Ultor]

Widzę światło, musi miesiąc już świecić. Wyjście już blisko.

[Arcykarczmarz]

Ciszę przeto zachowajcie wszyscy, nie chcem zwołać królewskiej straży.

[Ultor]

Podejdź no bracie Podczaszy.

[Podczaszy]

Jestem, i co?

[Ultor]

Wychyl się przeto przez ten wąski otwór do co wyjścia prowadzi. Sprawdź no czy nie ma królewskiej straży w pobliżu.

Podczaszy dzięki swej wątłej budowie, z łatwością przeciska się przez otwór. Wychylając się na powierzchnię będąc całym umorusanym w nietoperzym łajnie stwierdza, iż teren bezpiecznym się zdaje.

[Podczaszy]

Ni słychu ni widu królewskich kanalii, musi się popili i śpią po stajniach. Wychodząc przez szparę czułem się jako niemowlę co z matczynego łona wychodzi.

[Interwał]

A i wilgoć w jamie ta sama. Masz ci los.

[Ultor]

Milczcie i zachowajcie czujność. Wróg nie śpi.

[Arcykarczmarz]

On czuwa!

[Ultor]

Dawajcie po kolei, ja przodem!

To rzekłszy począł sam przeciskać się przez szpary wiodące ku wyjściu. Kolejno z Jamy poczęli wychodzić: Ultor, za nim Podczaszy, kolejno Arcykarczmarz, Interwał i wojowie.

Scena II

Komnaty królewskie. Władca szykuje się do wieczornej szklanicy, zmówiwszy zawczasu pacierze, gotów jest całym oddać się bachusowym rozkoszom. Wraz z nim w komnacie siedzą: Sułman – królewski doradca do spraw wyznań oraz Callidus, dowódca pionu kontrwywiadu w gwardii królewskiej.

[Król]

Powiedzcież mości Panowie co za troski w waszej głowie, na spotkanie mnie prosiły? Czyżbym nazbyt był niemiły? Czy dla ludu jestem szorstki? Zdradźcie mi te zagawostki.

[Callidus]

Najjaśniejszy Królu. Ośmielam się niepokoić nieskalane Króla oblicze, gdyż nasze poziome struktury rozpoznały zarzewie buntu na północy Korony. Buntują się warsztaty żeglugi królewskiej, co trudnią się budową flotylli Najjaśniejszego Pana. Przewodzi im Lech Szwędzacz, jest to Najjaśniejszy Panie nasz człowiek, kontrolujem jego poczynania, nie sposób jednak przewidzieć posunięć prostego ludu. Tłuszcza nie zna umiaru w swych żądaniach. Domaga się utworzenia niezależnych cechów zrzeszających mistrzów i czeladników z całego Królestwa!

[Sułman]

Najjaśniejszy Panie! Wiemy, iż te poczynania popiera hierarchia kościelna, watykańska agentura.

[Król]

A więc bunt? Czemuż to Panowie? Czyżby wyrobnikom czegoś brakowało? Czy może za dobrze im się wiodło na królewskiej kiesy?

[Callidus]

Jaśnie Panie. Powodem wzburzenia tłuszczy są zbyt w jej mniemaniu, niskie warunki pracy.

[ Król]

Rzucim my tłuszczy trochę karpia na Święta, uspokoi to jej przegniłe bebechy.

[Callidus]

Królu! To może im nie wystarczyć…

[Król]

To ja chamy decyduję co komu starcza, a co nie. Jeśli tłuszcza nie zadowoli się rybami, zasmakuje stali mej królewskiej gwardii. Czy nie poleciłem utworzenia pacyfikacyjnej szpicy na północy? Czyż ja – Z Bożej Łaski Pomazaniec-  mam uginać się pod naciskiem prostaczków? Poślijcie jeźdźca. Jeśli czeladź nie wróci do pracy przed Świętym Bernwardem, nie wróci już do nie nigdy. Nie swojego honoru ja bronię, lecz czci Bożej! Czyż nie z Boga woli zasiadam na tronie? No, polejcie mi szklanicę węgrzyna.

Z kryształowej karafki Sułman rozlewa przednie węgierskie wino, nazywane Byczą Krwią.

[Sułman]

Czy znasz Najjaśniejszy Władco historię tego przedniego trunku oraz dlaczegoż go zowią Egri Bikavér?

[Król]

Mów.

[Sułman]

Otóż Najjaśniejszy Panie, gdy Turczyn podbijał królestwo Węgier, na jego drodze stanęła potężna twierdza w mieście Eger. Obrońcy grodu strwożeni strachem, dodawali sobie męstwa szklanicą przedniego, czerwonego wina. Ach żeby szklanicą! Całe gąsiory wypijali podczas boju, tak że ich z ich bujnych bród ściekała cieczo krwistej barwie. Dodawało to wojom takiego animuszu, że w pojedynkę rozgramiali kilkunastu pogan. Turczyn, nie znając przeto wina, bowiem koraniczne przykazania zakazują wyznawcą tej fałszywej religii poić się chrześcijańskim trunkiem, przekonany był, że obrońcy grodu byczą krew piją, co daje im siły i odwagę tegoż zwierzęcia. Odstąpić musiał poganin od murów Egeru. Powrócił jednak pod nie lat później kilka i zdobywszy tą potężną stanicę, dorwał się do piwnic. Chcąc  by bycza siła i w ich trzewia spłynęła, poganie poczęli poić się tym tajemniczym napitkiem. Poznawszy, że obrońcy nie byczą krew pili lecz wielkiej preponderencyi wino, zlękli się swego bożka, a może bardziej rygorystycznego dowództwa. Poczęli przeto między sobą powtarzać, iż jak Bóg na niebie napój byczą krwią się zdaje. Stąd Jaśnie Panie do dziś wino to Byczą Krwią przezywamy.

[Król]

Ot, masz ci bajanie. Polej no jeszcze szklanicę. Nie godzi się bowiem o suchym gardle i zziębniętych trzewiach, do snu się układać… Zagrajcie no muzykanty!

Na te słowa w królewskich komnatach rozległa się piękna rycerstwa pieśń, która treścią swą nie przystawała do skalanej gadzim jadem atencyi słuchaczy. A pieśń brzmiała w te oto słowa :

Powiedz, wdzięczna kobzo moja,
Umie li co duma twoja,
Cóż może być piękniejszego
Nad człowieka rycerskiego?

 

Cóż nad pograniczne kraje,
Kędy skoro lód roztaje
Ujźrzysz pola nieprzejźrzane,
Młodą trawą przyodziane?

 

Ujźrzysz dąbrowy rozwite,
Ujźrzysz ptastwo rozmaite,
Zwierzu stada niezliczone
I ryb roje niezłowione.

 

Gdzie czasem wieśniak ochoczy
Łowiąc sieci swoje toczy,
Albo na straż wyprawiony
Strzela źwierz strzelec ćwiczony.

 

Lub przez niemienione progi
Dnieprowy kozak ubogi
Czółnem płynie nie bez strachu,
Chudoju żyw sołomachu.

 

Usarz zasię w mocnej zbroi
Warownym obozem stoi,
Który po szczupłym obiedzie
Straż zarazem swą zawiedzie,

 

W tym próbuje w kole koni
Lub kopiją pierścień goni.
A kiedy zaś trwoga przyjdzie,
Z trzaskiem z obozu wynidzie,

 

Pod świetnymi chorągwiami,
Głośny trąbą i bębnami.
Bieży pochylony lasem,
Dla sławy, dla zysku czasem.

 

Tam młódź harce swoje zwodzi,
A zaś we krwi często brodzi,
Pałasz kładzie w poszwę krwawy,
Cedząc zaś krew za rękawy.

 

Drugiego też bystra strzała
W sercu skrwawionym ostała.
Trzeci końmi podeptany
Polega czasem bez rany.

 

Za tym jedna przełomiona
Nazad ustępuje strona,
A zwycięzca niebłagany
W tył srogie zadaje rany.

 

A w tym do łupu zebrane
Rycerstwo zaś spracowane
Obraca się z trudu swego,
Dając chwałę Bogu z tego,

 

Dziękując czasem z wygrania,
A podczas też więc przegrania.
Na jakąż więc stronę stanie,
Bądź zawsze pochwalon, Panie.

 

Boże, który masz w swej pieczy
Ludu rycerskiego rzeczy,
Chudy żołnierz prosi Ciebie,
Odpłać mu te nędzę w niebie.

herb

 

„Z baszty karczmarza” to cykl tekstów przygotowanych przez jednego z naszych redaktorów – Filipa Palucha. Z dużą dawką humoru oraz w charakterystyczny dla siebie sposób, zręcznie rozprawi się z poruszającymi Polaków tematami, zarówno dotyczącymi polityki jak i spraw społecznych. Zapraszamy do lektury. 

*Po wschodniej stronie muru okalającego pradawny gród Kraka, tam gdzie teraz wznosi się Teatr Słowackiego, przed wiekami stała Baszta Karczmarzy. Dziwne to było miejsce w murze, który ochraniał miasto przed wrogimi najazdami. Ze wszystkich zawodów, którymi trudniono się w mieście, to właśnie Karczmarzom została powierzona ochrona wschodniej części miasta. Wśród ludu mawiano, że Karczmarz jest jak ksiądz, potrafi otworzyć w człowieku najbardziej skrywane wspomnienia i emocje. Bano się ich, a i żyć bez nich nie umiano. Bractwo karczmarzy owiane było ciemną tajemnicą, gmin powtarzał między sobą, że starożytnej receptury na wywar krakowskich trunków, strzeże skamieniały smok co to niegdyś swe legowisko miał w zamkowym wzgórzu. Bardziej naiwni twierdzą, że wykradł ją samemu diabłu pewien mistrz imieniem Cervisiam , zanim jeszcze dzielnice kraju zrosły się jak członki Świętego Stanisława.  Od tamtych wydarzeń minęły wieki, minął i wiek XIX w którym postępowe barbarzyństwo podniosło swą zaciśniętą pięść na wznoszące się ku Bogu na niebie, miejskie umocnienia. Pradawne Bractwo Karczmarzy jednak przetrwało do dziś kontynuując swe tradycje w śródmiejskich podziemiach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.