Matthew Jamison: Zmierzch potęgi Stanów Zjednoczonych

W 1962 roku, były Sekretarz Stanu Dean Acheson stwierdził, że: „Wielka Brytania utraciła swoje Imperium i szuka teraz dla siebie roli w jakiej mogłaby się odnaleźć”. Cóż to samo by mógł chyba powiedzieć też Stanom Zjednoczonym, które znajdują się  teraz w co prawda wczesnym lecz niezwykle istotnym stadium upadku naznaczonego czasami rządów administracji Trumpa i jej chaotycznej oraz niespójnej polityki zagranicznej. Podejście Trumpa do tradycyjnych sojuszników Stanów Zjednoczonych w Europie, w Azji i na Bliskim Wschodzie, było od samego początku niepotrzebnie wojownicze, wysoce neurotyczne i całkowicie bezsensowne. Amerykańska polityka zagraniczna jest obecnie kompletnym bałaganem, a jeśli któreś państwo dziś stanowi zagrożenie dla światowego pokoju i bezpieczeństwa, to są nim właśnie Stany Zjednoczone. Zbyt długo polityka naszego kraju w zasadzie była równoznaczna jedynie ze światową dominacją, zagranicznymi interwencjami i ciągłym wtrącaniem się w nie należące do nas sprawy wewnętrzne innych państw. USA całkowicie zdominowało Europę za pośrednictwem NATO i jego infrastruktury, którą zupełnie irracjonalnie rozszerzyli w kierunku granic Federacji Rosyjskiej, przyczyniając się do stworzenia napięć i konfliktów. Korzystając z personelu CIA, Stany zdominowały Bliski Wschód, wchodząc w sojusze z represyjnymi, islamistycznymi monarchiami takimi jak Arabia Saudyjska czy z barbarzyńskimi, świeckimi dyktaturami takimi jak Irak Saddama Husajna z lat 70 i 80 XX wieku. Agresywną politykę na osi Azja-Pacyfik Amerykanie oparli na Japonii i marionetkowych rządach Korei Południowej. Umożliwiło to przeprowadzenie brutalnych i całkowicie chybionych interwencji wojskowych takich jak ta w Wietnamie oraz zmontowanie śmiesznych operacji takich jak „Wolność nawigacji” i „Swoboda żeglugi” na Morzu Południowochińskim.

Ameryka musi zrozumieć tą gorzką prawdę, że czasy w których Stany Zjednoczone dominowały na świecie, w chamski i arogancki sposób dyktując innym krajom co mają robić, właśnie się skończyły. Stany Zjednoczone muszą to zrozumieć i dostosować się do nowej sytuacji, nawet jeśli to będzie dla nich bolesne i wymagające ciut więcej czasu niż przeważnie. Amerykanie nie są już dłużej jedynym supermocarstwem na świecie, a ich przewaga polityczna, gospodarcza czy wojskowa nie jest już tak zupełnie niezachwiana. Federacja Rosyjska powróciła już na arenę światową. Dzięki swojemu zaangażowaniu na Bliskim Wschodzie, zyskała już ona całkowicie nadrzędną pozycje w wojnie w Syrii. Chiny każdego dnia wzmacniają się ekonomicznie i wyprzedzą Amerykę w ciągu paru najbliższych lat, jeśli już to nie ma miejsca, a Chiny osiągnęły pierwsze miejsce w światowej gospodarce. Wszystko to o czym teraz piszę, dzieje się w chwili gdy dotychczasowe amerykańskie interwencje doprowadziły jedynie do śmierci, bólu i cierpienia na większą niż spotykaną dotychczas skalę. Egipt, Syria, Irak, Arabia Saudyjska, Katar, Bahrajn, Jemen, Iran, Afganistan, Pakistan- mógłbym wymieniać jeszcze w taki sposób wiele i wiele przykładów na potwierdzenie swojej tezy.

Wraz z upadkiem Muru Berlińskiego w 1989 i późniejszym rozpadem Związku Radzieckiego, w kręgach powiązanych z grupami odpowiedzialnymi za formowanie założeń amerykańskiej polityki zagranicznej, popularna była teza Francisa Fukuyamy mówiąca o tym, że świat wraz z globalną dominacją amerykańskiego modelu politycznego i gospodarczego, miał wkroczyć w erę „Końca Historii i Ostatniego Człowieka”. Przez krótki okres rządów prezydenta Clintona w latach 90 rzeczywiście mogło się wydawać że tak jest naprawdę. Jednak była to tak naprawdę ulotna chwila w czasie. Świat dość szybko powrócił do układu sił znanego nam z XIX czy XX wieku, który nie zapewniał na tyle silnego mocarstwa, które byłoby zdolne kontrolować wszystkich wokół. Mówiąc całkowicie serio, stan relacji międzynarodowych i stosunków geopolitycznych w Europie na rok 2017, w rzeczywistości przypomina to co już widzieliśmy w przededniu I wojny światowej. Nasz kontynent pokrywa siatka rywalizujących ze sobą grup, z których żadna nie jest na tyle silna by roztoczyć całkowitą kontrolę na resztę. Można spróbować to ogarnąć, kładąc nacisk jedynie na wielostronną współpracę i wzajemny szacunek; takie coś oznacza jednak pozytywny trend w światowej polityce, a nie niepodzielne panowanie unipolarnego Pax-Americana.

Istnieją przecież innego rodzaju modele demokracji, jak na przykład chiński model „demokracji konsultatywnej”. Istnieją przecież innego rodzaju sposoby organizacji gospodarki kapitalistycznej niż tylko popularny szczególnie u nas laissez-faire. Jest też niemiecki rynek socjalny, pragmatyczny mix gospodarki rynkowej i socjalizmu Denga Xiaopinga. Tak samo istnieją też innego rodzaju modele unormowania stosunków międzynarodowych niż amerykański hiperinterwencjonizm militarny Busha-Blaira. Znamy przecież starania rosyjskiej dyplomacji dotyczące unormowania sytuacji w Syrii. Przecież lepsze to niż szaleńcze zaangażowanie w politykę „zmiany reżimów” bez właściwego zrozumienia natury tego w co się ingeruje. Znamy też lepsze sposoby organizacji społeczeństwa: np. chiński konfucjanizm, który kładzie naciska na harmonię zarówno wewnątrz jednostki jak i pomiędzy nimi. To w końcu dobra alternatywa dla amerykańskiego indywidualizmu i egoizmu, który przecież nieuchronnie prowadzi do napięć i konfliktów społecznych.

Jak i w każdym człowieku, tak i w każdym kraju jest tyle samo złego co i dobrego. Ameryka jest wspaniałym krajem o wielu niesamowitych cechach i osiągnięciach. To z pewnością jeden z najbardziej niezwykłych krajów na całej planecie. Ale nie jest on jedyny na tej planecie. Z takim rozumieniem amerykańskiej wyjątkowości należy skończyć raz na zawsze. Nieśmiertelna linia Charles Dickensa z „Opowieści o dwóch Miastach” jest niezwykle prawdziwa także w odniesieniu do Ameryki jak i wielu innych krajów: „To były najlepsze czasy… to były  najgorsze czasy”. Istnieje kilka prostych kroków, jakie już teraz może podjąć amerykańska polityka zagraniczna po to by poprawić samą siebie i wyznaczyć sobie lepszy i bardziej harmonijny bieg. Po pierwsze, Stany Zjednoczone powinny się wycofać i trzymać z daleka od Morza Południowochińskiego i zaprzestać jakichkolwiek ingerencji w tej części świata. Tak szczerze mówiąc, to Morze Południowochińskie nie jest po prostu sprawą Stanów Zjednoczonych, więc najzwyczajniej w świecie nie powinny się one mieszać w kwestie, które ich nie dotyczą. Ciekawe co Ameryka by powiedziała na to jakby kraje azjatyckie zaczęły prowadzić podejrzane operacje morskie u wybrzeży Florydy czy Kalifornii? Przecież pamiętamy jak zareagował Kennedy, gdy Kuba zaczęła instalować na swoim terytorium rosyjskie rakiety.

Tak więc: nigdy więcej podwójnych standardów i nigdy więcej bezsensownych i nieskutecznych interwencji na wodach Azji i Pacyfiku, a zwłaszcza w rejonie Morza Południowochińskiego. Po drugie: gdyby Stany Zjednoczone wysłuchałyby przedstawicieli rosyjskich w pierwszych dniach trwania konfliktu syryjskiego w 2011 roku, sytuacja nie stała by się taka niezwykle trudna i nigdy nie wymknęłaby się spod kontroli. Wychodzi więc na to że USA powinno w sprawie Bliskiego Wschodu działać razem z Federacją Rosyjską, uwzględniając jej pomysły i interesy. Dodatkowo Stany Zjednoczone powinny skończyć z dostawami broni i akcjami CIA na Bliskim Wschodzie. Tak by było faktycznie lepiej dla wszystkich innych, gdyby Amerykanie zlikwidowali swoje bazy na Bliskim Wschodzie i zwyczajnie się stamtąd zabrali. W sumie nie tylko stąd, ale też z 1000 innych swoich baz wojskowych rozsianych po całym świecie.

Źródło: strategic-culture.org

Tytuł: Redakcja 3droga,pl

Powyższe tłumaczenie jest własnością portalu 3droga.pl. Kopiowanie go i modyfikowanie bez zgody Redakcji portalu jest zabronione.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.