Michał Wojtkowiak: Niezwyciężony Bohater Chrystusowy- A.Bobola

Dzień 16 maja 1657 Roku Pańskiego. Do wyjeżdżającego z Peredyle pod Janowem wozu podbiega oddział lokalnego kozackiego watażki. Z pojazdu szybko ucieka woźnica Jan Domanowski, ale barbarzyńcy Chmielnickiego mają dziś inny cel. Jest nim liczący 66 wiosen mężczyzna średniego wzrostu, ale o zwartej, wręcz muskularnej budowie ciała, o okrągłej twarzy, z której nie znikały rumieńce. Podczas pojmania jego dumnie uniesiona głowa, z lekko łysiejącą, siwą fryzurą i nisko przystrzyżoną brodą, nawet nie drgnęła. Nie próbował uciekać, choć w pamięci miał cierpienia, jakich doznali jego współbracia z rąk kozaków. Ci wszak w naszej osłabionej Ojczyźnie zdążyli się pokazać jako najbardziej brutalni mordercy, wrogowie nie tylko Polski, lecz także wiary katolickiej.  Schwytanego, na którym nie robiły większego wrażenia groźby i namowy, przywiązano do pobliskiego płotu. Nieustannie bity kijami, a po twarzy pięściami, stracił kilka zębów.  Mimo to nadal nie zważał na niebezpieczeństwo męczarni, nie przejawiał żadnych oznak załamania; wręcz przeciwnie, radość z poświęcenia się wyższej sprawie i cierpienia dla niej dodawała mu siły godnej tylko męczenników. Widząc, jak dzielnie znosi cierpienia, Kozacy postanowili związać mu ręce i przywiązać między konie, aby dopomógł zaprzęgowi ciągnąć wóz, którym kierował Jakub Czetwerynka. Podczas czterokilometrowego marszu, ciągnąc swoich ciemiężycieli między drzewami, ów mężczyzna musiał znosić setki uderzeń kijami, lancą, a nawet szablą, ciężko raniącą mu plecy.

Nieraz wjeżdżał do Janowa w glorii osoby sprawiedliwej, miłosiernej i oddanej. Tym razem, pozbawionego ubrania, pokrytego ranami ociekającymi krwią i niewielkimi sińcami, witały jedynie ludzkie szyderstwa i pogarda. Zanim przejęła go w swoje ręce lokalna starszyzna, ktoś krzyknął: „To ten Polak, ksiądz rzymskiej wiary, który od naszej wiary odciąga i na swoją polską nawraca!”. Opluwanie, grożenie, bicie miały wypełnić ostatnie godziny jego życia. Prawosławnym Kozakom nie wystarczyła egzekucja, lecz ku swojej iście pogańskiej uciesze radowali się, katując polskiego katolika. Gdy naprzeciw niego stanęła starszyzna pytając, czy jest rzymskim księdzem, Andrzej Bobola, bo tak się ów mężczyzna nazywał, odpowiedział głośno i bardzo wyraźnie: „Jestem katolickim kapłanem. W tej wierze się urodziłem i w niej też chcę umrzeć. Wiara moja jest prawdziwa i do zbawienia prowadzi.  Wy powinniście żałować i pokutę czynić, bo bez tego w waszych błędach zbawienia nie dostąpicie. Przyjmując moją wiarę, poznacie prawdziwego Boga i wybawicie dusze swoje”.  Te prawdziwie ekumeniczne słowa (nota bene będące zaprzeczeniem modernistycznego ekumenizmu) tak rozjuszyły oprawców księdza Andrzeja, iż nie mógł już liczyć na żadną litość z ich strony. Prawdopodobnie zresztą wcale nie chciał tej litości, modląc się, poświęcając Bogu nie tylko całe życie, ale i śmierć. Kozacka szabla mocno zraniła mu rękę, po czym wprowadzono go do jednej z wiejskich szop, która miała służyć za salę tortur.  Jak Chrystusowi założono koronę cierniową, tak Andrzejowi Boboli – wieniec z młodych gałęzi dębowych, które zaciśnięto tak mocno, by możliwie najsilniej ściskały głowę polskiego księdza. Schizmatycy postanowili za wszelką cenę złamać wolę księdza Andrzeja, dla którego katusze miały się dopiero zacząć. Nawołując do „nawrócenia się”, przypalali mu ciało ogniem, a gdy to nie pomogło, wpadli w szał. „Tymi rękami Mszę odprawiasz, my cię lepiej urządzimy!”, odgrażali się, wbijając mu drzazgi pod paznokcie. „Tymi rękami przewracasz kartki ksiąg w kościele, my ci skórę odwrócimy; ubierasz się w ornat, my cię lepiej ozdobimy; masz za małą tonsurę na głowie, my ci wytniemy większą” – wrzeszczeli w szale nienawiści, wśród bryzgającej krwi i smrodu przypalonego ciała. Jak obiecali, tak uczynili, zdzierając nożami skórę z rąk, piersi i głowy, odcinając wskazujący palec lewej ręki, końce dwóch palców i skórę z dłoni. Ręce, które jeszcze tak niedawno dotykały mistycznego ciała Jezusa Chrystusa, z których tysiące katolików otrzymywało błogosławieństwo, komunię, rozgrzeszenie i nadzieję, dzisiaj pozostawione na pastwę zezwierzęconych barbarzyńców ociekały krwią.  W tym czasie Andrzej Bobola nie tylko nie tracił hartu ducha, ale zyskał siłę swoich wielkich poprzedników  -męczenników za wiarę, i wzywając wśród jęków Chrystusa i Maryję, nawoływał swoich oprawców, aby ratowali swoje dusze. Cały przód ciała katolickiego księdza był zakrwawiony, więc jego kaci postanowili odwrócić go na plecy. Zanim to jednak uczynili, wykłuli mu prawe oko. Śmiech, wrzaski, jęki męczonego tylko potęgowały szał nienawiści. Po zdarciu skóry z pleców męczennika posypano świeże rany plewami z orkiszu, wywołując ból, który są w stanie wytrzymać jedynie święci. Kozacy, nie widząc ani cienia złamania na umęczonej twarzy polskiego księdza, dali upust swojej chorej nienawiści. Wycięto mu nos i wargi; następnie oprawcy rozcięli mu nożem kark i w tak powstały otwór wsadzili swoje brudne ręce niczym w worek, szukając skarbów. Wyjęli język, będący przez lata skarbem prawdy dla całej okolicznej katolickiej społeczności, i ucięli go u nasady. Kres agonii Andrzeja Boboli wydawał się bardzo odległy; w rzeczywistości nastąpił po około dwóch godzinach tortur. Na koniec oprawcy podwiesili księdza tuż przy suficie za nogi, głową w dół. Cierpienie ciała męczennika, wstrząsanego konwulsjami, ponownie wywołało szyderczy śmiech na ustach barbarzyńców. „Patrzcie, jak Lach tańczy!”, krzyczeli, śmiejąc się z konającego żołnierza Chrystusowego. Po odcięciu od sznura Andrzej Bobola, którego ciało było okryte okropnymi ranami, wielkimi siniakami i ociekało litrami jego własnej krwi, uklęknął wznosząc ręce do Boga. Jego wyraz twarzy, te prawdziwie dumne, chrześcijańskie nadstawienie policzka, gotowość znoszenia w imię Najwyższego jeszcze większych cierpień, pokonały schizmatyków. Uznając swoją porażkę, a więc niemożliwość złamania i wyrzeczenia się prawdziwej wiary przez katolickiego księdza, dobyli szabli, kończąc ziemski żywot  „łowcy dusz”, jak mawiali jego parafianie.

***

Ponad 45 lat przed śmiercią męczeńską w Janowie Andrzej Bobola rozpoczął posługę kapłańską. Wiernie służył zakonowi jezuickiemu, z którym od wileńskiego początku do tragicznego końca łowił w służbie Bogu dusze kolejnych wiernych. Zawsze zdyscyplinowany i pokorny, w rzeczywistości miał w sobie pewną radosną przewrotność, która kazała mu jechać do Akademii Wileńskiej, leżącej bardzo daleko od jego domu jego rodziny, znanej zresztą wśród jezuitów. Właśnie owa przewrotność nie pozwoliła Andrzejowi Boboli jechać do Rzymu na dalsze studia, i nie radowała jego duszy służba w Nieświeżu. Zdając sobie sprawę ze swoich wad, ciągle się doskonalił, jednocześnie pomagając ludziom, spowiadając i nawracając tak szerokie masy, że znane nie tylko w Towarzystwie Jezusowym, ale w całej Polsce. To z jego przyczyny już na początku drogi kapłańskiej przyszłego męczennika wielu schizmatyków, heretyków i ateistów nawróciło się na katolicyzm. Andrzej Bobola łowił dusze w Wilnie, Bobrujsku, Płocku, Łomży, Pińsku i Warszawie, zawsze z taką samą skutecznością.  Całe życie wytrwale krocząc drogą wskazaną przez św. Ignacego Loyolę, walczył dla większej Chwały Bożej.

Przez swoich przełożonych późniejszy święty Andrzej Bobola charakteryzowany był jako kapłan o trzeźwym umyśle, wybitnych kaznodziejskich umiejętnościach, wielkim, rozumianym czasem jako wada, uporze, zaciętości w szerzeniu wiary i energii, bardzo  potrzebnej tak aktywnemu kapłanowi. Mimo iż ukochane przez niego Polesie zyskało wielu gorliwych katolików dzięki staraniom ks. Andrzeja, faktem jest, że to między innymi dzięki niemu nienawiść schizmatycka uderzyła z całą siłą w ten region. Niezależnie od tego Andrzej Bobola zyskał sławę, aurę świętości i zasłużony kult dopiero po śmierci.

Minęło 45 lat od zgonu męczennika, gdy jego dusza przypomniała o sobie. „Apostoł Pińszczyzny”, jak nazywali go tamtejsi parafianie za życia, dał o sobie znać po śmierci właśnie w Pińsku.  W tamtejszym kolegium jezuickim modlił się Marcin Godebski, w którego rękach leżały lokalne jezuickie rządy, a więc wszelkie ówczesne rozterki duchowe. A były one naprawdę duże; podczas Wojny Północnej walczyły bowiem stronnictwa króla Augusta II i popieranego przez Szwedów Stanisława Leszczyńskiego. Na terenie Pińszczyzny walki toczyły się pomiędzy Kazimierzem Sapiehą, pustoszącym biskupstwa wileńskie, a także napadającym na stronników króla – Wiśniowieckich i Ogińskich. W tak niespokojnym czasie jezuita Godebski modlił się o dobre rozwiązanie sprawy wojennej.  Chciał znaleźć protektora, który chroniłby katolickie dobra w czasie wojennej zawieruchy. Po kolejnej błagalnej modlitwie, dnia 16 kwietnia 1702 roku Godebskiemu przed snem ukazała się jasna postać, od której biło mocne światło. Postać przedstawiła się jako zamordowany przez Kozaków Andrzej Bobola i zganiła Marcina Godebskiego za szukanie protektora. Zapowiedziała jednak, że zaopiekuje się kolegium pod warunkiem odnalezienia jej zapomnianego ciała.  Po wcześniejszych bezowocnych poszukiwaniach przypadkiem odnaleziono ciało Andrzeja Boboli, które mimo zawilgocenia i prawie 50 lat, jakie upłynęły od jego śmierci nie uległo rozkładowi; po tym odkryciu ruszyła lawina łask na każdego, który wzywał Andrzeja Bobolę, ofiarując  mu życie swoje i swojej rodziny.

Trzeba przyznać, że Andrzej Bobola to jeden z tych świętych, którzy mimo męczeńskiej śmierci i wspaniałego apostolskiego życia bardziej jest znany z cudów, jakich dokonał po śmierci. A tych nie sposób w tym krótkim tekście wymienić. Z Bożych łask, otrzymanych dzięki wstawiennictwu św. Andrzeja Boboli, korzystała zarówno szlachta, m.in. Michał Korybut Wiśniowiecki, który zdołał uciec z niewoli, i jego żona, dzięki której modlitwie nie tylko uratowano męża, ale i ona sama wyzdrowiała z ciężkiej choroby.  Kult Andrzeja Boboli przybierał na sile, gdy w 1711roku dziewięcioletnia Anna Głuszyńska przestała dawać znaki życia. Wszelkie próby sprawdzenia, czy żyje, nie dały rezultatu: nie pomogło kłucie igłą palca, podważanie zębów, proszki, których dziecko nie zwracało, ale też nie przyjmowało, nie czuć było pulsu, ani bicia serca. Jej rodzice, słysząc już o tym, że ostatniej nadziei powinni szukać u apostoła Pińszczyzny, za wstawiennictwem Andrzeja Boboli błagali o przywrócenie życia córeczce. Na następny dzień Anna Głuszyńska obudziła się.  Podobne wydarzenia miały miejsce w domu Grudzińskich, gdzie czteroletnia córka obudziła się po kilku dniach, w których nie dawała znaków życia.  Wielokrotnie modlitwy do Andrzeja Boboli okazywały się mieć zbawienny skutek w postaci uzdrowień osób uchodzących za nieuleczalnie chore.

Watykan, znany ze słusznego w tym przypadku, bo chłodnego podejścia do wszelakich cudów, odrzucał raz po raz wszelkie sygnały o dowodach wstawiennictwa. Na trzy z nich nie mógł jednak odpowiedzieć negatywnie, przy tak dużej ilości świadków. Pierwszy z cudów uznanych przez Stolicę Apostolską to przykład Katarzyny Brzozowskiej, trzyletniej córki Michała i Joanny de Kalwedor; w 1724 roku dziecko zachorowało na krwawą dyzenterię. Po kilku miesiącach lekarz orzekł, iż nie ma już nadziei dla pozostającej w stanie agonalnym dziewczynki. Rodzice jej, nie namyślając się długo, pojechali do Pińska, do krypty Chrystusowego Męczennika – Andrzeja Boboli, błagając o uratowanie życia córki. Dziewczynka, znajdująca się na rękach rodziców, powoli traciła kontakt z rzeczywistością. Państwo de Kalwedor, nie rezygnując, poprosili o otwarcie krypty, a w momencie spełnienia ich prośby dziewczynka wyciągnęła ręce do nadal nierozłożonego ciała Boboli i zaczęła całować jego nogi. Wyzdrowiała kompletnie.

Z tej samej choroby ratowali dziecko Franciszek i Regina Florkowscy, którzy sześć lat później, po uratowaniu małej Katarzyny, doznali podobnej łaski.

Trzeci cud to również ratunek dla konającego dziecka Jana Chmielnickiego, które zachorowało na szkorbut i nie dawało oznak życia. Tylko modlitwa do Andrzeja Boboli, by wstawił się u Boga ratując dziecko, uratowała syna.

Mimo że dziś opowiadanie o cudach wywołuje zaledwie drażniący uśmiech wszelkich materialistycznych sceptyków, wówczas ciało Andrzeja Boboli zostało otoczone prawdziwą czcią, a z łask jego korzystały lub tylko widziały je setki ludzi. O jego miłosierdziu niech świadczy choćby encyklika Piusa XII „Invicti athletae Christi”, jedyna w całości poświęcona konkretnemu świętemu: Andrzejowi Boboli, patronowi Polski, Męczennikowi Chrystusa, który siedząc po Jego prawicy dokonywał cudów dla swoich rodaków, całe życie działającemu według zasady Ad Maiorem Dei Gloriam. Wierzyć trzeba, iż pod jego patronatem przyjdzie jeszcze czas, kiedy Lachy zatańczą. Na gruzach materializmu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.