Religia
4.8

x. Tomasz Delurski: Boża ekonomia

Jezus opo­wie­dział swoim uczniom nastę­pu­jącą przy­po­wieść: „Kró­le­stwo nie­bie­skie podobne jest do gospo­da­rza, który wyszedł wcze­snym ran­kiem, aby nająć robot­ni­ków do swej win­nicy. Umó­wił się z robot­ni­kami o denara za dzień i posłał ich do winnicy.

Gdy wyszedł około godziny trze­ciej, zoba­czył innych, sto­ją­cych na rynku bez­czyn­nie, i rzekł do nich: «Idź­cie i wy do mojej win­nicy, a co będzie słuszne, dam wam». Oni poszli. Wyszedł­szy ponow­nie około godziny szó­stej i dzie­wią­tej, tak samo uczynił.
Gdy wyszedł około godziny jede­na­stej, spo­tkał innych sto­ją­cych i zapy­tał ich: «Czemu tu sto­icie cały dzień bez­czyn­nie?» Odpo­wie­dzieli mu: «Bo nas nikt nie najął». Rzekł im: «Idź­cie i wy do winnicy».
A gdy nad­szedł wie­czór, rzekł wła­ści­ciel win­nicy do swego rządcy: «Zwo­łaj robot­ni­ków i wypłać im należ­ność, począw­szy od ostat­nich aż do pierw­szych». Przy­szli najęci około jede­na­stej godziny i otrzy­mali po dena­rze. Gdy więc przy­szli pierwsi, myśleli, że wię­cej dostaną; lecz i oni otrzy­mali po dena­rze. Wziąw­szy go, szem­rali prze­ciw gospo­da­rzowi, mówiąc: «Ci ostatni jedną godzinę pra­co­wali, a zrów­na­łeś ich z nami, któ­rzy­śmy zno­sili cię­żar dnia i spie­koty». Na to odrzekł jed­nemu z nich: «Przy­ja­cielu, nie czy­nię ci krzywdy; czy nie o denara umó­wi­łeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostat­niemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczy­nić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?»
Tak ostatni będą pierw­szymi, a pierwsi ostatnimi“.
Miło­sier­dzie Boga może nas już nie zadzi­wiać. Korzy­stamy z niego przy każ­dej spo­wie­dzi. Wyczu­leni jeste­śmy na eko­no­mię. W sytu­acji naszego kraju doty­kają nas ogromne odprawy pań­stwo­wych urzęd­ni­ków i jed­no­cze­śnie gło­dowe pen­sje czy eme­ry­tury zwy­kłych oby­wa­teli. Bóg jest kiep­skim eko­no­mi­stą. Jego miło­sier­dzie chce dotknąć wszyst­kich i tym moc­niej ściga czło­wieka, im mniej tenże na nie zasłu­guje (o ile w ogóle można zasłu­żyć na miło­sier­dzie). Cały cykl wstrzą­sa­ją­cych przy­po­wie­ści o takim miło­sier­dziu budzi w nas nie­po­kój. Jak to moż­liwe, że zło­dzieje, pro­sty­tutki i człon­ko­wie Ruchu Pali­kota wejdą przed nami do nieba? Jak to moż­liwe, że star­szy syn został tak potrak­to­wany? W końcu, jak to moż­liwe, że ci, któ­rzy pra­co­wali tak krótko, otrzy­mali taką samą zapłatę jak ci, któ­rzy pra­co­wali cały dzień?
Jeśli takie myśli nur­tują nasze serca, zna­czy to, że budzi się w nas „stary czło­wiek z jego spo­so­bem myśle­nia“. W pierw­szym odru­chu iden­ty­fi­ku­jemy to rodzące się uczu­cie jako zazdrość, ale nie jest to zazdrość. Zazdrość bowiem jest smut­kiem spo­wo­do­wa­nym przez dobro jakie posiada drugi czło­wiek. W ten spo­sób zazdro­ścimy np. kiedy sąsiad kupi sobie lep­szy samo­chód. W naszym przy­padku nie zazdro­ścimy robot­ni­kom ostat­niej godziny dobra. Star­szy syn nie zazdro­ścił młod­szemu przy­ję­cia przez ojca. W obu przy­pad­kach cho­dzi o coś bar­dziej pry­mi­tyw­nego. Nie zazdro­ścimy im dobra, jakiego doświad­czyli, ale zła jakiego kosz­to­wali. Zwró­ci­li­ście uwagę, że star­szy syn wspo­mina w roz­mo­wie z ojcem o nie­rząd­ni­cach, o któ­rych tekst nic nie mówi? W przy­padku robot­ni­ków ostat­niej godziny jest podob­nie. Zazdro­ścimy im bez­czyn­no­ści. Oni nie musieli męczyć się na polu Pana w peł­nym słońcu. A jed­nak Pan dał im taką samą zapłatę. Sły­szymy, że pan czy pani X ma kolejną „żonę“. Tylko my, kato­licy, musimy się męczyć. A jak mąż czy żona odej­dzie, to nie wolno nam wstę­po­wać w nowe związki. A sąsiad żyje jak chce i żaden pio­run go nie tra­fił. Ci ate­iści, to nawet mają dobrze. Nie muszą się przej­mo­wać zaka­zem anty­kon­cep­cji, nie muszą się spo­wia­dać. Żyją jak chcą i nawet wydają się szczęśliwi.
W tych sfe­rach, któ­rych doty­czą owe nasze zazdro­ści, tam budzi się stary czło­wiek. Tam rodzą się pre­ten­sje robot­ni­ków pierw­szej godziny. Poja­wia się szem­ra­nie, grzech znany z kart Sta­rego Przy­mie­rza. Czy­tamy, że jest to „szem­ra­nie prze­ciw gospo­da­rzowi“. To znów znamy z raju. Podej­rze­wać Boga, że trak­tuje nas nie­spra­wie­dli­wie. W końcu musimy zasłu­żyć na Jego miło­sier­dzie kilo­me­trami modlitw i tonami zje­dzo­nych Komu­nii. Do tego kilka razy odbyte pierw­sze piątki i miej­sce w nie­bie mamy zapew­nione. I może tak będzie, ale moż­liwe też, że w kolejce do bram nieba zoba­czymy przed nami wspo­mniane już pro­sty­tutki i człon­ków Ruchu Palikota.
Jak odpo­wiada Pan?
Naj­pierw zwraca się do owego robot­nika „przy­ja­cielu“. Jezus tak zwró­cił się do Juda­sza w Ogrójcu. „Przy­ja­cielu, po coś tu przy­szedł?“ Być może to nacią­gana inter­pre­ta­cja, ale zbież­no­ści wydają się zaska­ku­jące. Judasz był bli­sko Mistrza, tak bli­sko, że stra­cił Go z oczu. „Czy nie o denara umó­wi­łeś się ze mną?“ Czy jedyną stawką naszego bycia w dro­dze nie jest życie wieczne? Jedni pra­cują całe życie, inni wygry­wają w lotto. Czy to nie­spra­wie­dliwe? W końcu czy coś tra­cisz na tym? „Nie czy­nię ci krzywdy“. Nasze miło­sier­dzie może mieć gra­nice i podzie­lone na wielu traci. Jego miło­sier­dzie jest nie­skoń­czone i można je dzie­lić, nie doznaje uszczerbku. „Czy mi nie wolno uczy­nić ze swoim, co chcę?“ Nie ze swo­jego dajesz, nie bój się, wystar­czy i dla ciebie.

Na zupełny koniec. Mam nadzieję, że pro­sty­tutki i zło­dzieje oraz pozo­stali wyprze­dzą mnie do bram nieba. Mam rów­nież nadzieję, że w mojej ostat­niej godzi­nie będzie w pobliżu wie­rzący ksiądz z posługą sakra­men­talną lub/​i będę potra­fił wzbu­dzić w sobie akt żalu dosko­na­łego. Czego i Wam życzę.

źródło: Blog Tomasza Delurskiego. Przedruk za zgodą autora.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.