x. Tomasz Delurski: Bełkot

Ostatnimi czasy poziom bełkotu osiąga monstrualne rozmiary. Minister (ministra) Edukacji (?) Narodowej wyrzekła zaklęcie o „neutralności światopoglądowej” obowiązującej w szkole. To jeden z tych zabiegów na języku, który jest symptomatyczny dla totalitaryzmu. Jeśli z jakiegoś powodu do rzeczownika dodaje się przymiotnik, to winna się nam zapalić czerwona lampka. Mieliśmy bowiem już do czynienia np. z „Demokracją Ludową” czy „konserwą mięsną”. W obu przypadkach nie było ani demokracji, ani nie chodziło o lud, nie wspominając o ilości mięsa w mięsie.

Wracając jednak do rzeczonej „neutralności światopoglądowej” w szkole. Nauczycieli przedmiotów humanistycznych należałoby wyrzucić z pracy z powodu ocen np. Powstania Warszawskiego. Nauczyciela WOSu za pochwałę monarchii. Poloniści poszliby na bruk za wymaganie uczenia się na pamięć Bogurodzicy, nie zaś Międzynarodówki. Etycy musieliby uznawać równość ochrony życia i zabijania. Niech jednak nauczycieli tzw. przedmiotów ścisłych nie ominie strach, bowiem matematycy będą musieli składać oświadczenia, że uczą tylko geometrii euklidesowej. Biolodzy, że istnieje tylko ewolucjonizm. Fizycy, że są zwolennikami tylko teorii Wielkiego Wybuchu i nawet jak są fakty świadczące przeciw, to tym gorzej dla faktów. I oczywiście zmiana kalendarza. Liczenie czasu od narodzin Chrystusa obraża ateistów i zwolenników liczenia czasu od powstania Unii Europejskiej. Ostatecznie mogłyby uczyć tylko roboty, ponieważ one nie mają światopoglądu. Cały bełkot tego stwierdzenia polega także na tym, że sam program nauczania jest już przecież wyrazem jakiegoś światopoglądu. Ostatecznie zasada ta znosi samą panią minister, ponieważ zasiada ona w składzie Rady Ministrów, demokratycznego państwa. Skoro tak, to nie zostawia ona swojego światopoglądu w szatni ministerstwa (by posłużyć się inną bełkotliwą wypowiedzią), co powinna uczynić jako pierwsza z szeregu nawołujących do neutralności światopoglądowej.

Takie sformułowania to jeszcze nic wielkiego, ponieważ znamy już kazus plusów dodatnich i ujemnych. Niebezpieczne są jednak konsekwencje takiego bełkotu. Otóż bełkot stosuje się po to, aby stanowił zasłonę dymną dla istoty sprawy. Demokracja Ludowa kryła totalitaryzm, konserwa mięsna ukrywała cokolwiek, a neutralność światopoglądowa ukrywa ateizację (jakby ateizm nie był światopoglądem). W praktyce oznacza to odsunięcie Kościoła (duchownych i świeckich) od wpływu na młodzież. MEN jest tu spadkobiercą Komisji Edukacji Narodowej.

Nie znęcając się nad tym terminem należy przypomnieć zdania potępione przez Piusa IX w Syllabusie:
39. Państwo, będąc początkiem i źródłem wszelkich praw, ma uprawnienia niczym nie ograniczone.
40. Nauka Kościoła katolickiego przeciwna jest dobru i interesom społeczności ludzkiej.
44. Władza świecka może się mieszać do spraw religii, moralności i władzy duchownej. Dlatego może osądzać zalecenia, jakie zgodnie ze swoją misją wydają pasterze Kościoła dla kształtowania sumień; może nawet decydować o udzieleniu sakramentów świętych i warunkach ich przyjmowania.
48. Katolicy mogą aprobować system kształcenia młodzieży oddzielony od wiary katolickiej i wpływu Kościoła, taki, który miałby za cel – lub przynajmniej za cel główny – jedynie przyrodoznawstwo oraz wiedzę o praktycznym życiu społecznym.

Drugim rodzajem bełkotu, który ma realne krwawe konsekwencje jest dyskurs wokół tzw. klauzuli sumienia. Ma on oczywiście związek z poprzednią kwestią. Warto więc zauważyć, że mniej więcej do końca osiemnastego wieku nikt nie słyszał o prawach człowieka jako takich. Dopiero rewolucja francuska wprowadziła „Deklarację Praw Człowieka i Obywatela”. Przez całe wieki podstawą prawa było prawo naturalne. Od czasów ogłoszenia praw człowieka zaczęto odchodzić od prawa naturalnego aż do jego negacji, co spowodowało pewien prawny pozytywizm. Od tego momentu spełniły się słowa węża z raju „będziecie jak Bóg”. I myliłby się ten, kto w tym miejscu zarzuciłby, że mieszam porządki świecki i kościelny (religijny), bowiem Cyceron zauważył:
„Jest zaiste prawdziwe prawo, prawo rzetelnego rozumu, zgodne z naturą, zasiane do umysłów wszystkich ludzi, niezmienne i wieczne, które nakazując, wzywa do wypełnienia powinności, a zakazując, odstrasza od występków (…). Nie jest ono inne w Rzymie, a inne w Atenach, inne teraz, a inne później (…)” (Cyceron, O państwie, III, 22). Wiele wieków później papież Benedykt XVI stwierdził „Prawo naturalne jest jedynym skutecznym bastionem przeciwko arbitralnym zakusom władzy politycznej lub kłamliwej manipulacji ideologicznej”.

W tym kontekście prawo pozytywne jest tylko odbiciem prawa naturalnego zapisanego w rozumnej naturze człowieka. Co więcej „prawo pozytywne obowiązuje w sumieniu dokładnie dlatego (i dokładnie w tej mierze), że (o ile) stanowi wyraz prawa naturalnego” (A. Szostek). I zasadniczo norma ta jest spełniona, bowiem nikt powołując się na własne sumienie nie może zabić drugiego. Taki zapis w prawie państwowym jest także obiciem przyjętej normy moralnej (a więc jakiegoś światopoglądu). Sumienie bowiem jest normą działania, ale dlatego, że jako akt poznania odsyła nas „poza siebie”, do normy obiektywnej. Stąd państwo ma obowiązek ochrony życia, ponieważ człowiek jest ważniejszy niż państwo, a racją istnienia państwa jest dobro każdego człowieka. A fundamentem jakichkolwiek innych praw jest prawo do życia. Także podnoszone w kwestii aborcji prawo do wyboru, jest wtórne w stosunku do prawa do życia (stąd np. lekarze ratują życie samobójców, którym przecież odbierają prawo wyboru).

Sumienie (o czym się często zapomina) jest więc normą ostateczną, subiektywną, ale jest zawsze normą normowaną (norma normans sed normata) i musi szukać normy obiektywnej. Bóg jest normą wszelkiego sumienia i poucza On sumienie stosownie do jego istoty. Sumienie naturalne poucza On przez prawo naturalne, a sumienie ukształtowane łaską wiary przez objawienie nadprzyrodzone. „Państwo ma gwarantować wolność zdrowego, dobrego sumienia, a nie rozwiązłość złego sumienia. W przeciwnym bowiem razie nieuchronnie zatriumfowałyby w końcu prawa złych nad dobrymi” (B. Häring). Ostatecznie więc w naszym ustawodawstwie nie ma „prawa do aborcji” (jak stwierdził to wiceminister sprawiedliwości). Od strony właściwie ukształtowanego sumienia istnieje prawo (a nawet obowiązek) do sprzeciwu wobec zabijania dzieci pod sercem matki. A „w prawie ludzkim nic nie może być sprawiedliwe i usankcjonowane, jeśli odbiega od prawa wiecznego” (Tomasz z Akwinu, ST I-IIae, q.93, a.3).

Powyższe rozważania mają także zakorzenienie w poglądzie, że państwo i Kościół winny kierować ludzi do dobra, przede wszystkim do dobra wiecznego. Każda ze stron w swojej kompetencji. Jak to ujął Pius IX w zdaniu potępionym:
„55. Kościół ma być oddzielony od państwa, a państwo od Kościoła”.

Niestety bełkot w tej materii pociąga za sobą konkretne ofiary. Tam gdzie ma miejsce manipulacja, autorytet i przekonanie, że służy się dobremu celowi, ujawniają się morderce skłonności. Wystarczy tu wspomnieć „eksperyment więzienny” P. Zimbardo, oraz „eksperyment kata” S. Milgrama. W dziedzinie zabijania dzieci trzeba wspomnieć o eksperymencie kanadyjskich „lekarzy”, którzy podali niepełnosprawnym niemowlętom środki przeciwbólowe i uspakajające, aby nie odczuwały głodu i bólu. Od momentu rozpoczęcia ich głodzenia do śmierci mijało średnio 13 dni. Najdłużej dziecko umierało 26 dni.

W Holandii obowiązuje tzw. protokół z Groningen umożliwiający zabijanie noworodków jeśli są one letalnie chore lub upośledzone za zgodą rodziców. A oksfordzki magazyn podaje „ponadto utrzymujemy, że zabicie noworodka może być moralnie dopuszczalne we wszystkich tych sytuacjach, w których dopuszczona jest aborcja. Te okoliczności obejmują także sytuacje, w których noworodek ma potencje do prowadzenia (…) satysfakcjonującego życia, ale jego istnienie naraża dobrostan rodziny” (A. Giubilini, F. Minerva, After-birth abortion: why should the baby live?, Journal of Medical Ethics, 2012).

Taki stan rzeczy domaga się od wierzących i ludzi dobrej woli ciągłego porządkowania pojęć i logiki. Peter Kreeft proponuje taki eksperyment logiczny. Są cztery opcje:
1. Płód jest osobą ludzką i wiemy o tym. W tym przypadku aborcja jest morderstwem.
2. Płód jest osobą, ale nie jesteśmy tego pewni. Wtedy aborcja jest nieumyślnym spowodowaniem śmierci. Chociaż w przypadku wątpliwości obowiązuje zasada „in dubio pro reo”.
3. Płód nie jest osobą ludzką, ale nie mamy pewności. Aborcja będzie wtedy nieodpowiedzialnością i karygodnym zaniedbaniem. Trochę jak wtedy, gdy ktoś słyszy dziecięce kwilenie wydobywające się ze śmietnika i idzie dalej, gdyż uznaje, że to prawdopodobnie kot (Zatwardnicki).
4. Płód nie jest osobą ludzką i mamy tego pewność. Aborcja jest wtedy moralnie dopuszczalna.
Ostatniej opcji nie da się jednak obronić ponieważ:
a. nie można zaprzeczyć, że to, co zrodzone z człowieka, jest człowiekiem,
b. nie można wyznaczyć jakiejś cezury w rozwoju embrionu świadczącej o skoku jakościowym z nie-człowieka w człowieka,
c. człowiek pozostaje jednością mimo zachodzących w nim zmian,
d. istnieje potencjalność, która się aktualizuje, ukazując ludzkie cechy już w nim obecne.
I nie potrzeba perspektywy wiary, żeby to dostrzec. Niestety zwolennicy aborcji „nie chcą myśleć ani dyskutować o aborcji logicznie, ponieważ instynktownie rozumieją, że jedynym sposobem, aby pozostawać zwolennikiem prawa wyboru, jest dokonanie wpierw aborcji swojego rozumu i sumienia” (P. Kreeft).

Odrzucając prawo naturalne i logikę, skazujemy się na etykę zachcianek, w której „chcenie” urasta do kategorii etycznej. I tak z jednej strony cywilizacja boi się dzieci i nie chce ich (antykoncepcja), a jednocześnie pożąda dziecka (in-vitro), a dodatkowo stawia pewne wymagania, których jeśli dziecko (produkt) nie spełnia, może liczyć się z perspektywą śmierci. W takiej optyce pozostaje nam wyłącznie etyka sentymentów. „Odrzucenie cierpienia wprowadza etykę sentymentów – zauważa abp Hoser – przez co tak łatwo jest nam zgodzić się np. na zabijanie nienarodzonych dzieci, a tak surowo karać za ich katowanie. Dlaczego tak jest? Bo ich cierpienie jest w tym drugim wypadku widoczne”.

Kiedy mały człowiek staje się przeszkodą, można zadekretować go na śmierć wzorem Heroda. Kiedy nie odpowiada normom, można go zrzucić ze skały, wzorem Sparty. Kiedy stanowi element nadliczbowy i jest człowiekiem zbędnym, można zrobić z nim cokolwiek, wzorem rzymskiego homo sacer.

A mimo to „nie ma osób potencjalnych. Osoby mają zdolności, potencje. Osoby mogą się rozwijać. Ale ‚coś’ nie może stać się osobą. ‚Coś’ nie stanie się ‚kimś’. (…) Osoba jest substancją, ponieważ jest sposobem, w jakim człowiek jest. Nie zaczyna istnieć później niż człowiek i nie przestaje istnieć wcześniej” (R. Spaemann).

„Dzieci zabite w aborcji będą sędziami. (…)
– Czyli będzie to wyglądało tak, jakby spojrzeć w oczy kilkuletniego dziecka, które mówi: ‚Nie mogłem się do Ciebie tulić, Mamo, bo zrezygnowałaś ze mnie’ ?
Tak” (H. Hoser i M. Królikowski).

Tylko Pan Jezus na śmierć skazany z Jasnogórskiej Golgoty Jerzego Dudy-Gracza, stoi w blasku fleszy, w obecności mikrofonów, ale wszystkie są skierowane na sędziego. I ktoś zawsze jest gotowy podać miskę wody do obmycia rąk. Wyrok wydają media bo skazują Boga na nieistnienie. Przykazania należy przegłosować, a wtedy symbolem sprawiedliwości staje się waga przekupki sprzedającej ziemniaki.

Tekst pochodzi z bloga x. Tomasza Delurskiego. Przedruk za zgodą autora. 

Bibliografia:
Gałecki S., Spór o sumienie. Źródła i konsekwencje etyki J.H. Newmana, Kraków 2012.
Häring B., Zasadnicza postać chrześcijańskiego życia. Teologia moralna ogólna, tłum. J. Klenowski, Poznań 1962.
Hoser H., Królikowski M., Bóg jest większy, Ząbki 2013.
Kreeft P., Aborcja? Trzy punkty widzenia. (…), tłum. J.J. Franczak, Warszawa-Kraków 2007.
Mattei R., Dyktatura relatywizmu, tłum. P. Toboła-Pertkiewicz, E. Turlińska, Warszawa 2009.
Spaemann R., Osoby. O różnicy między kimś a czymś, tłum. J. Merecki, Warszawa 2001.
Szostek A., Pogadanki z etyki, Częstochowa 1998.
Zatwardnicki S., Katolicki pomocnik towarzyski, czyli jak pojedynkować się z ateistą, Warszawa 2012.
Zwoliński A., Grzechy wołające, Kraków 2012.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.