Portal 3droga.pl

Portal Nacjonalistyczny

George Stanciu: Indywidualizm: podstawowy błąd nowoczesności

indywidualizm

W roku 1831, podczas wędrówki przez gęste lasy Michigan, Alexis de Tocqueville natknął się na pioniera i jego rodzinę czyniących „pierwsze kroki w kierunku cywilizacji w dziczy”. Zapisał w swoim dzienniku podróżniczym, że „od czasu do czasu można dojść do nowych polan. Jako że wszystkie te osady są dokładnie takie same, niezależnie od tego, czy znajdują się w głębi Michigan, czy też w pobliżu Nowego Jorku, postaram się je tutaj raz na zawsze opisać”. Dom z bali osadnika pokazywał „każdy znak niedawnej i pospiesznej pracy”. Ściany i dach wykonano z szorstkich pni drzew, między kłody wbito mech i ziemię, aby nie dopuścić do przedostania się zimna i deszczu do wnętrza domu. Osadnik nie wykazywał zainteresowania swoim francuskim gościem, a okazując nieznajomemu gościnność, „wydawał się poddawać męczącej konieczności swego losu i widział w tym obowiązek narzucony przez swoją pozycję, a nie przyjemność”. Pionier i jego rodzina stworzyli swój własny „mały świat”, „arkę cywilizacji zagubioną w morzu liści, sto kroków dalej odwieczny las rzucał swój cień i znów zaczęła się głusza, samotność”.

Sto dwadzieścia pięć lat po tym, jak Tocqueville odwiedził osadnika w dziczy Michigan, ja jako młodzieniec, czterdzieści mil na zachód od Motown, odziedziczyłem poprzez amerykańską kulturę indywidualizm pioniera. Myślałem, że być wolnym to znaczy być samotną, autonomiczną jednostką i wierzyłem, że posiadłem siebie i swoje zdolności, że wszystkie relacje, które utrzymywałem z innymi osobami, wybrałem dobrowolnie i że nie zawdzięczam innym niczego poza tym, co z wynika mojej własnej woli. Pionier żyjący w „arce cywilizacji zagubionej w morzu liści” był bardziej ekstremalny niż ja. Zostawił w Starej Europie rodziców, dziadków, rodzeństwo, ciotki, wujków i kuzynów, wszystkich, którzy utrudnialiby jego wolność i niezależność.

W Ameryce indywidualizm nie był ideą wynajdowaną w traktatach filozoficznych, a następnie wprowadzaną w życie, ale żywym doświadczeniem, mimo że filozof John Locke rozwinął logikę nowoczesnego państwa demokratycznego, do której później odwoływali się Ojcowie Założyciele. Argumentując za przyjęciem proponowanej Konstytucji Stanów Zjednoczonych, w 1787 r. James Madison powołał się na przypuszczenia Johna Locke’a na temat formowania się społeczeństw politycznych. W stanie natury każda jednostka, samotna, „wolna, równa i niezależna”, jest „nieustannie narażona na inwazje innych”, własność jest „bardzo niebezpieczna, bardzo niepewna”, a egzystencja jest „pełna lęków i ciągłych niebezpieczeństw”. W celu ochrony swoich dóbr i życia żadna jednostka nie może polegać na dobrej woli innych. W konsekwencji jednostki zawierają umowy między sobą, aby przekazać państwu swoją naturalną władzę do ochrony siebie i swojej własności. Dla Locke’a i Madisona interes własny, słabość i naturalna wrogość powodowały, że odizolowane jednostki tworzyły społeczeństwa polityczne.

Locke położył także teoretyczny fundament pod kapitalizm. Wierzył, że Bóg dał ludzkości ziemię i jej owoce: „Ziemię dał synom ludzkim”. Jak w takim razie każdy człowiek mógł mieć prawo do własności prywatnej? Locke zaczyna odpowiadać na to pytanie, argumentując, że w stanie natury każdy człowiek ma naturalne prawo do życia, a tym samym do owoców ziemi, które podtrzymują jego życie. Człowiek jest „absolutnym panem własnej osoby i posiadłości”, ma „własność we własnej osobie”, do której „nikt nie ma prawa oprócz niego”. Kiedy ktoś miesza swoją pracę z czymkolwiek ze wspólnego dobra, czyni to w ten sposób swoją własnością, ponieważ jego zaanektowana praca czyni ją częścią jego samego. Kiedy mężczyzna zabijał i oskórowywał jelenia lub zbierał kosz jagód, mieszał swoją pracę z dziczyzną lub jagodami i stawały się one jego.

Pomimo ogromu i obfitości ziemi – „Bóg obdarzył nas wszystkim w obfitości” – natura ogranicza to, co człowiek może słusznie zabrać ze wspólnego pastwiska. Człowiek może przywłaszczyć sobie przez swoją pracę tyle, ile może zużyć, zanim się zepsuje. Żaden rozsądny człowiek nie zabiłby dziesięciu jeleni tylko po to, by zgniło ich mięso, ani nie zerwałby dwustu funtów jagód tylko po to, by te popsuły w ciągu tygodnia. „Bóg nie stworzył niczego, aby człowiek zepsuł lub zniszczył”.

Drugi etap rozwoju własności prywatnej nastąpił wraz z wprowadzeniem pieniądza, „pewnej trwałej rzeczy, którą ludzie mogą zachować, nie psując”. Złoto, diamenty lub cokolwiek, co ludzie zgodnie uznali za wartościowe, pozwalały człowiekowi legalnie gromadzić „tyle z tych trwałych rzeczy, ile mu się podobało” i nie naruszać granic własności narzuconych przez naturę, ponieważ pieniądze nie ulegały zniszczeniu.

Dzięki pieniądzom pracowici powiększyli swoje posiadłości, a ponieważ człowiek z natury ma nieograniczone pragnienie dóbr materialnych, wkrótce dobra wspólne zniknęły, zastąpione rozległymi majątkami. „Ponieważ złoto i srebro, mało przydatne w życiu człowieka, w stosunku do pożywienia, szat i przewozu, ma swoją wartość tylko za zgodą ludzi… jasne jest, że zgoda ludzi przystała na nieproporcjonalne i nierówne posiadanie ziemi”. Wprowadzenie pieniądza zniszczyło wolność i równość wszystkich jednostek na pierwszym etapie stanu natury, a rządy musiały zostać ustanowione w celu ochrony nierównej własności.

Ludzie bez ziemi byli zmuszeni sprzedawać swoją pracę za pensję, nabywca posiadał ich siłę roboczą, a zatem to, co produkowali, należało do niego. Ci którzy kupują i sprzedają pracę, są związani wymianą pieniędzy, a nie w sposób trwały zwyczajem lub obowiązkiem. Według Locke’a nieograniczona własność prywatna oraz sprzedawanie i kupowanie ludzkiej pracy, dwa zasadnicze składniki kapitalizmu, są zakorzenione w naturze człowieka. Ingerencja społeczeństwa lub rządu w wolny rynek i strukturę klasową jest sprzeczna z Bogiem i naturą.

Nikt nie poznaje reguł kapitalizmu, czytając „Drugi Traktat o Rządzie” Johna Locke’a lub broszurę wydaną przez Izbę Handlową USA. Podobnie jak większość Amerykanów, indywidualizm, na którym opiera się kapitalizm, zdobyłem dzięki powszechnemu nauczaniu, moi koledzy i ja nauczyliśmy się konkurować w klasie i na boisku, ta etyka przygotowała nas do pracy.

Dwa wydarzenia założycielskie nowoczesności to rewolucja naukowa i reformacja protestancka. Pierwsza promulgowana metodologiczna reguła Kartezjusza zaczynała się „od najprostszych i najłatwiejszych do poznania przedmiotów, aby stopniowo, krok po kroku, wznosić się ku poznaniu najbardziej złożonych”. Współcześnie redukcjonizm kartezjański stwierdza, że każda całość jest całkowicie zrozumiała pod względem jej najmniejszych części i ich interakcji. Reformacja zniszczyła średniowieczne życie społeczne i tym samym zapoczątkowała indywidualizm. Protestantyzm zastąpił wspólnotę jednostką, nowy człowiek Boży miał osiągnąć „zbawienie przez wiarę i niezapośredniczony wysiłek osobisty”. W Ameryce purytanie nałożyli na Nowy Świat niezatarte piętno indywidualizmu. Purytanin był „jedną całą osobą, która musi robić wszystko sama z siebie, której [nie można było] rozpieszczać ani nieść przez życie, która w ostatecznym rozrachunku [nie miała] żadnej innej odpowiedzialności poza własnym dobrobytem”.

Tocqueville jednym słowem uchwycił istotę nowoczesności. Był pierwszą osobą, która użyła słowa „indywidualizm” i donosi, że „słowo 'indywidualizm’ które ukuliśmy dla naszych własnych wymagań, było nieznane naszym przodkom, z tego dobrego powodu, że w ich czasach każda jednostka z konieczności należała do jakiejś grupy. i nikt nie mógł uważać się za odosobnioną jednostkę”. Łacińskie słowo „individuum” źródło angielskiego słowa „individual” oznacza niepodzielną całość istniejącą jako odrębny byt.

Ujmując rzecz najogólniej, zasadą definiującą nowoczesność jest to, że każda całość – wspólnota polityczna, koń czy atom węgla – jest sumą jej odrębnych części. Nazwiemy tę zasadę indywidualizmem, prostym rozszerzeniem pierwotnego znaczenia nadanego przez Tocqueville’a i zasadę Kartezjusza, zaczynając od części. Nowoczesność opiera się na trzech nogach: nauce i technologii, demokracji i kapitalizmie; wszystkie trzy nogi są połączone indywidualizmem. Nadrzędną zasadą nowoczesności jest zatem to, że rzeczy istnieją w izolacji od siebie, jako oddzielne byty.

W Starej Europie, jak w każdej przednowoczesnej kulturze, grupa była traktowana przed jednostką w pochodzeniu i autorytecie. Jacob Burckhardt, wielki badacz włoskiego renesansu, wyjaśnia, że w średniowiecznej Europie „człowiek był świadomy siebie tylko jako członka rasy, ludu, partii, rodziny lub korporacji”. Na pytanie „kim jesteś” ktoś mógł odpowiedzieć „Vignola z Padwy, rzeźbiarz w kamieniu i dobry chrześcijanin”.

W średniowiecznej Francji podstawową jednostką społeczeństwa była rodzina chłopska, domus; łacińskie słowo oznaczające zarówno rodzinę, jak i dom, ponieważ były one ze sobą nierozerwalnie związane. Mieszkańcy małych wiosek prawie nigdy nie używali słowa familia; według historyka Emmanuela Le Roy Ladurie dla chłopów „rodzina z krwi i kości oraz dom z drewna, kamienia lub gliny to jedno i to samo”. Centralnymi elementami domu był kominek kuchenny, dobra i ziemie, dzieci oraz więzy małżeńskie z innymi domami. Domus zwykle wykraczał poza dwoje rodziców i ich dzieci, obejmując służących, lokatorów i dzieci z nieprawego łoża, jeśli takowe były.

Socjolog Robert Nisbet zgadza się, że w średniowiecznej Europie „grupa była pierwotna, była nieredukowalną jednostką całego systemu społecznego. Rodzina, w istocie patriarchalna i korporacyjna, była czymś więcej niż zbiorem relacji międzyludzkich”. Podatki i grzywny nakładano na średniowieczną rodzinę, a nie na jednostkę. Wyróżnienia za osiągnięcia przyznano rodzinie, a nie jednostce. Własność należała do rodziny, a nie do jednostki, i nie można jej było łatwo oddzielić od rodziny. Prawa rodziny wobec jej członków były nienaruszalne. Rodzina podejmowała prawie wszystkie decyzje dotyczące zawodu, małżeństwa i wychowania dzieci.

Ponieważ całość jest postrzegana jako wcześniejsza i większa niż jakakolwiek z jej części, nadrzędną zasadą w średniowiecznej Europie, jak również we wszystkich kulturach przednowoczesnych jest to, że rzeczy istnieją tylko w związku z innymi rzeczami. W buddyzmie mówi się, że kwiat lub lew są puste, co oznacza, że kwiat lub lew nie mają niezależnej egzystencji, którą można by oddzielić od wszystkiego innego. Arystoteles uważa za oczywiste, że „człowiek jest z natury zwierzęciem przeznaczonym do życia w Polis… (jak pokazuje) zdolność mowy”. Bez Polis człowiek jest „bestią lub bogiem”.

Starożytne i współczesne sposoby rozumienia człowieka, natury i transcendentalności różnią się radykalnie. Dla nowoczesności kosmos jest „nieprzezroczysty, bezwładny, niemy”, w przeciwieństwie do starożytnego poglądu, opracowanego przez Arystotelesa i Akwinaty, gdzie homo sapiens, integralna część natury, dzieli życie z roślinami, zwierzętami i Pierwszym Poruszycielem (Bogiem), z których wszystkie tworzą hierarchię uporządkowaną według stopni niematerialności. Chociaż jaźń nie jest ignorowana przez tych dwóch starożytnych myślicieli, podkreślają oni duszę, to, co jest uniwersalne w każdej osobie. Oczywiście w nowoczesności duszę zastępuje wyizolowana, autonomiczna jaźń.

Dotarliśmy do wielkiej przepaści, która oddziela współczesną i starożytną kulturę, przepaści, którą można pokonać intelektualnie, ale nie doświadczalnie. My, nowocześni, żyjemy w zupełnie innym kosmosie niż nasi średniowieczni czy greccy przodkowie. Arystoteles wierzył, że gwiazdy przemierzają kręgi wokół Ziemi, ponieważ pragną naśladować Pierwotnego Poruszyciela, wieczną istotę poza sferą gwiazd stałych, która porusza się jako obiekt miłości, ale sama jest niezmienna. Arystoteles zamieszkiwał maleńki, kojący kosmos, obcy nam, dzięki prawdziwie chwalebnej rewolucji naukowej zapoczątkowanej przez Kopernika. Nie możemy wrócić do domu, do przytulnego, starożytnego kosmosu, gdzie nocne niebo ukazywało transcendentność, a Matka Ziemia manifestowała harmonię i płodność. Nie możemy też cofnąć wiedzy naukowej, żyjemy na maleńkiej planecie okrążającej zwykłą gwiazdę, w pobliżu krawędzi zwykłej galaktyki zawierającej co najmniej dwieście miliardów gwiazd, we wszechświecie zawierającym ponad sto miliardów galaktyk.

Tomasz z Akwinu wierzył, że ogród Eden istnieje na wschodzie i że raj był „odcięty od nadającego się do zamieszkania świata górami, morzami lub jakimś upalnym regionem, przez który nie można przejść, więc ludzie, którzy pisali o topografii, nie wspominają o tym”. W przeciwieństwie do teologów, świętych i chłopów średniowiecznej Europy, nie jesteśmy zakotwiczeni w wąskiej tradycji ignorancji buddyzmu, hinduizmu i taoizmu. Dla nas, żyjących w świecie wielu różnych kultur, życie duchowe musi obejmować najgłębsze wglądy ze wszystkich tradycji mądrościowych.

Niestety, my, nowocześni, znajdujemy się po złej stronie przepaści, ponieważ zasada, że rzeczy istnieją w izolacji, jest fałszywa. Starożytna zasada, że rzeczy istnieją tylko w związku, jest jednak bardzo obecna we współczesnym życiu codziennym, w przeciwieństwie do naszego mitu kulturowego.

W XIX wieku fizycy mieli nadzieję, że pewnego dnia uda im się wyizolować atom z kosmosu, ponieważ wierzyli, że poznanie właściwości izolowanych atomów jest kluczem do zrozumienia świata materialnego. Fizycy odkryli jednak później, że im bardziej atom jest izolowany, tym mniej jest rzeczywisty. Atomy i cząstki elementarne nie istnieją w taki sam sposób, jak kule bilardowe i kije bilardowe. Byty atomowe istnieją raczej jako potencjalności lub możliwości niż jako określone, konkretne przedmioty. W XX wieku fizycy kwantowi zostali zmuszeni przez naturę do wyrzeczenia się kulturowego dogmatu, że świat składa się z autonomicznych części, z których każda ma odrębną, niezależną egzystencję. Fizyk David Bohm podsumowuje zasadniczą cechę fizyki kwantowej: „Główny nacisk kładzie się teraz na niepodzielną całość, w której instrument obserwacyjny nie jest oddzielony od tego, co jest obserwowane”.

W fizyce kwantowej nic nie ma niezależnej egzystencji, którą można oddzielić od wszystkiego innego. Rzeczy istnieją tylko w związku, zawsze było to prawdą, nawet w mechanice newtonowskiej, chociaż fizycy przez ponad dwa stulecia nieświadomie promowali fikcję, że świat składa się z oddzielnych, niezależnych części.

W codziennej pracy naukowej fizycy, matematycy i astronomowie stosują trzy prawa Newtona do wyidealizowanych obiektów, które istnieją same w wyimaginowanym wszechświecie. Często zarówno profesor, jak i student przyjmują za rzeczywistość to, co jest skonstruowane dla matematycznej wygody. Takie idealizacje często nie są w stanie uchwycić wzajemnych powiązań natury. Na przykład fizyk Richard Feynman wykazał, że „nawet proste i wyidealizowane rzeczy, takie jak grzechotka i zapadka działają… tylko w jednym kierunku, ponieważ mają pewien ostateczny kontakt z resztą wszechświata”. Pokazał, że gdyby zegarek mechaniczny znajdował się w pudełku, odizolowanym od wszechświata, nagromadzenie ciepła z tarcia w końcu spowodowałoby, że zegarek będzie wskazywał czas w sposób chaotyczny. Aby zegarek, samochód lub silnik elektryczny działały w jednym kierunku, muszą odprowadzać wytwarzane ciepło do otoczenia, a w pewnym momencie wymaga to wypromieniowania ciepła wytwarzanego na Ziemi w pustą przestrzeń. Ziemia może się ochłodzić tylko dlatego, że wszechświat rozszerza się i ochładza. W ten sposób zegarek może odmierzać czas, ponieważ Wielki Wybuch zapoczątkował wszechświat w jednym kierunku. Aby fizyk mógł w pełni zrozumieć, dlaczego maszyna może działać tylko w jednym kierunku, musi zrozumieć Wielki Wybuch.

Nie możemy dać się zwieść myśleniu, że rzeczy istnieją tylko w związku, dotyczy wyłącznie egzotycznych dziedzin fizyki kwantowej i kosmologii. Gdybyśmy wychowywali się od dzieciństwa jako odosobnione jednostki, dosłownie nie moglibyśmy zrozumieć tego, co widzimy. Aby ludzka wizja miała znaczenie, człowiek musi być uczestnikiem świata. Ta zaskakująca właściwość widzenia została zademonstrowana w serii klasycznych eksperymentów Theodora Erismanna. Ubierał on badanych w gogle zniekształcające wzrok, które sprawiały, że linie proste wydawały się zakrzywione, kąty proste wydawały się ostre lub rozwarte, a odległości wydawały się rozszerzone lub skrócone. O dziwo, po kilku dniach wzrok osoby badanej nie był już zniekształcony, widział normalnie i normalnie funkcjonował, nawet jeżdżąc na nartach i motocyklu!

Kluczem do powrotu wzroku do normy było to, że badani mogli poruszać się i działać swobodnie, umożliwiając integrację dziwnych nowych danych wizualnych z doświadczaniem przez badanego własnego ruchu i samoodczuwania poprzez dotyk. Badani, którzy nie mogli poruszać się samodzielnie, mimo że byli pchani gondolami przez otoczenie, nigdy nie doświadczyli normalnego widzenia podczas noszenia zniekształcających gogli. Aby zobaczyć świat, musimy być uczestnikami, a nie tylko widzami.

Zmysły mają być zaangażowane w świat zewnętrzny, a umysł w coś innego niż własne myśli. W izolacji zmysły i umysł tworzą fantomy. Eksperymenty na ludziach w zbiornikach izolacyjnych wykazały, że skrajna deprywacja sensoryczna wywołuje takie zaburzenia psychiczne, jak dezorientacja umysłowa, halucynacje i panika.

Człowiek istnieje tylko w związku. Postrzeganie, odczuwanie, wyobrażanie sobie, myślenie i chęć są niemożliwe w izolacji. Osoba w oderwaniu od większej całości, powiedzmy natury lub społeczności, jest abstrakcją pozbawioną sensu, idealizacją, która może wystąpić tylko w filozofii i teorii politycznej. Wyizolowane, autonomiczne ja to kulturowy mit, którego realizacja sprowadziłaby człowieka do nicości.

Psychologowie społeczni Hazel Rose Markus i Shinobu Kitayama potwierdzają, że istoty ludzkie istnieją tylko w relacji: „Osoby są tylko częściami, których nie można w pełni zrozumieć po oddzieleniu od większej społecznej całości. Taki holistyczny pogląd stoi w opozycji do kartezjańskiej, dualistycznej tradycji, która charakteryzuje myślenie Zachodu i w której jaźń jest oddzielona od przedmiotu i od świata przyrody”. W swojej zawiłej prozie nauk społecznych Markus i Kitayama zgadzają się, że kartezjańską mantrę „zacznij od części” należy zastąpić słowami „zacznij od całości”.

Gdybyśmy mogli zerwać wszystkie nasze więzi z naturą, rodziną i społecznością, przestalibyśmy istnieć. DNA, które każdy z nas nosi w każdej komórce naszego ciała, pochodzi od naszych rodziców, w połowie od matki, w połowie od ojca. Gdybyśmy próbowali usunąć z naszego życia wszelki ślad po rodzicach, dosłownie by nas nie było.

Jaźń istnieje tylko wtedy, gdy jest połączona z innymi. Członkowie rodziny dzielą te same nadzieje, te same radości, te same smutki i te same doświadczenia, każdy członek rodziny żyje wspólnym życiem, każdy częścią innych. Rozwód zrywa pewne zobowiązania prawne, a nie więzi między małżonkami a ich dziećmi, które są nierozłączne. Na dobre lub na złe wspólne życie na zawsze łączy ze sobą osoby z tej samej rodziny. Nie prowadzimy oddzielnych, równoległych żyć, nie jesteśmy oddzielnymi, odizolowanymi jaźniami, każdy członek rodziny jest częścią innych.

Czasami życie rodzinne może być tak niezwykle bolesne i niszczące, że pragniemy na zawsze pozbyć się naszej rodziny. Mój przyjaciel ze szkoły średniej, John Sullivan, irlandzki katolik z południowego Bostonu, nienawidził swojej rodziny i nie chciał mieć z nią nic wspólnego z nieznanych mi powodów. John uciekł do Ann Arbor, odciął się od rodziny, a nawet odmówił odbierania telefonów od rodziców lub rodzeństwa. W każdy weekend pił i przeklinał los za to, że dał mu rodzinę pijaków, przygłupów i ogólnych zboczeńców. W jakiś sposób jego rodzice dostali mój numer telefonu i przekazali przeze mnie ważne wiadomości swojemu synowi. Pewnego dnia John zostawił wiadomość na mojej automatycznej sekretarce, mówiąc mi, że nie może już dłużej znieść swojej rodziny i że przeprowadza się do Australii, więc pozbędzie się rodziny ze swego życia na zawsze. Trzy lata później otrzymałem list od Johna. Był w Australii, jednak każdego ranka budził się przeklinając swoją rodzinę. Nie nauczył się, że może przenieść się na Marsa, a jego rodzina nadal będzie w jego wnętrzu.

W drugiej dekadzie XXI wieku złe skutki kultury opartej na rzeczach egzystujących w izolacji stały się powszechne. Bez żadnego zaskoczenia indywidualizm przekształcił rodzinę. Kilkoro moich młodych dorosłych uczniów porównuje swój dom do pensjonatu, w którym trzy pokolenia są słabo ze sobą powiązane. Pewien młody człowiek twierdzi, że to, co nazywa się rodziną nuklearną, często wydaje się bardziej podobne do zbioru astronautów w skafandrach kosmicznych, dryfujących w próżni, przywiązanych do widocznego, nietykalnego statku-matki, każda osoba sama, zamknięta w samotności własnego serca.

Spis powszechny w USA z 2010 r. wykazał, że mniej więcej jedno na cztery gospodarstwa domowe składa się tylko z jednej osoby według Johna Cacioppo, psychologa badawczego z University of Chicago i Williama Patricka, redaktora Journal of Life Sciences, około 30 milionów osób „czuje się wystarczająco odosobnionym, by stać się głównym źródłem nieszczęścia w ich życiu”. W ciągu dwudziestu lat od 1985 do 2005 roku izolacja społeczna w Ameryce dramatycznie wzrosła. W sondażach przeprowadzonych przez socjologów Millera McPhersona i Lynn Smith-Lovin najczęstszą odpowiedź na pytanie „Ilu osobom zwierzasz się w ważnych, osobistych sprawach?” było trzy w 1985 i zero w 2004, przy czym prawie połowa respondentów deklaruje, że albo nie ma zaufanych osób, albo tylko jedną.

Podczas gdy zaawansowana technologia medyczna poczyniła znaczne postępy w leczeniu fizycznych chorób cywilizacji zachodniej – raka, miażdżycy i cukrzycy, choroby wewnętrzne przejmują kontrolę – nadużywanie alkoholu i narkotyków, uzależnienie od seksu, napady objadania się i depresja. Im bardziej człowiek wypełnia kulturową dyktaturę bycia wyizolowaną, autonomiczną jednostką, tym bardziej staje się samotny, znudzony i przygnębiony. Z wywiadów z 39000 osobami autorzy artykułu opublikowanego w „Journal of the American Medical Association” wywnioskowali, że w uprzemysłowionym świecie wskaźniki ciężkiej, często obezwładniającej depresji wzrastały w każdym kolejnym pokoleniu od 1915 roku. Badanie przeprowadzone w 2011 roku przez Centers for Disease Control and Prevention wykazało, że w latach 1988-2008 odsetek zażywania antydepresantów przez osoby w każdym wieku w Stanach Zjednoczonych wzrósł o prawie 400 procent, jedenaście procent Amerykanów w wieku 12 lat i starszych przyjmuje leki przeciwdepresyjne. Od lat 30. XX wieku ataki paniki i depresja wśród młodych ludzi w Ameryce stale narastają. Światowa Organizacja Zdrowia przewiduje, że do 2020 r. depresja będzie drugim najczęściej występującym schorzeniem na świecie. Dane te potwierdzają ogólny wniosek, że współczesne życie jest szkodliwe dla zdrowia psychicznego, z jednym wyjątkiem.

Emile Durkheim, ojciec socjologii, był pierwszym socjologiem, który zauważył pozytywny wpływ wojny na zdrowie psychiczne we współczesności, odkrył, że kiedy kraje europejskie rozpoczęły wojnę w XIX wieku, wskaźniki samobójstw spadły. Wyjaśnił ten nieoczekiwany wynik argumentując, że wojna powoduje „silniejszą integrację społeczeństwa”, więc „jednostka myśli mniej o sobie, a więcej o wspólnej sprawie”. Od czasu Durkheima wielu socjologów i psychologów zaobserwowało, że w czasie wojny spada wskaźniki depresji emocjonalnej, puste oddziały psychiatryczne, zabójstwa i inne brutalne przestępstwa.

Socjolog Charles Fritz, korzystając z danych zebranych przez zespół dwudziestu pięciu badaczy, doszedł do wniosku, że wojna i katastrofy naturalne na dużą skalę stwarzają „psychicznie zdrowe warunki” ponieważ takie katastrofy ustanawiają „transcendentalne cele”, w których gromadzi się zbiór odizolowanych, autonomicznych jednostek – „wspólnota cierpiących”.

W czasie II wojny światowej praktycznie każdy Amerykanin uczestniczył w moralnej krucjacie kosmicznego porządku przeciwko złemu wrogowi, poświęconemu dla dobra wspólnego, a tym samym doświadczył szczęścia wynikającego z altruizmu i uproszczonego życia. Słabe zdrowie psychiczne wywołane przez nowoczesność zniknęło, gdy obywatele ucieleśniali zasadę, że istnieją tylko we wspólnocie.

Przed laty myślałem, że kultura oparta na zasadach sprzecznych z naturą w końcu upadnie, ale teraz nie jestem tego taki pewien. Indywidualizm pozwolił na szybkie zasiedlenie Ameryki, jak to opisał pionier Alexis de Tocqueville. Ziemiaństwo, ugruntowany kościół i klasa oparta na pochodzeniu pozostały w Starej Europie. Indywidualna wolność w Nowym Świecie oraz pragnienie materialnego zysku i ekonomicznej niezależności uwolniły wielki potencjał drzemiący w każdym człowieku. Ameryka „otworzyła tysiąc nowych dróg do fortuny i dała każdemu nieznanemu poszukiwaczowi przygód szansę na bogactwo i władzę”.

Ale natury nie można negować stale, zaskakująco, złe skutki indywidualizmu były dostrzegane przez kilku wczesnych osadników w Ameryce. „Tysiące Europejczyków to Indianie i nie mamy przykładów, że choćby jeden z Aborygenów został z wyboru Europejczykiem!” Francuski emigrant Hector de Crevecoer lamentował w 1782 roku. Pomyślał „W ich więzi społecznej musi być coś wyjątkowo urzekającego i znacznie lepszego niż wszystko, czym można się chlubić wśród nas”.

W dziwny sposób najgorszy lęk Tocqueville’a dotyczący tego, co czeka Amerykanów w przyszłości, wydaje się spełniony: „niezliczone rzesze ludzi, wszyscy równi i podobni, nieustannie krążą wokół w pogoni za drobnymi i banalnymi przyjemnościami, którymi przepełniają swoje dusze. Każdy z nich, zamknięty w sobie, prawie nie zdaje sobie sprawy z losu reszty. Dla niego ludzkość składa się z jego dzieci i osobistych przyjaciół. Reszta jego współobywateli jest wystarczająco blisko, ale on ich nie zauważa. Dotyka ich, ale nic nie czuje. Istnieje w sobie i dla siebie”. W przypadku braku prawdziwej wspólnoty, rząd centralny staje się potęgą, która jest „absolutna, troszcząca się o szczegóły, uporządkowana, przezorna i delikatna… [która] stara się utrzymać [swoich obywateli] w wiecznym dzieciństwie”.

Nawet jeśli amerykańska demokracja, niegdyś „doskonalsza niż którakolwiek z tych, na które odważyła się starożytność”, staje się życzliwym despotyzmem, my, Amerykanie, nazwiemy naszą zdeprawowaną formę rządu demokracją, co jest wyjątkowo przygnębiającym rezultatem tylko wtedy, gdy jest się przywiązanym do państwa politycznego.

Przewroty kulturowe, zawirowania polityczne i upadek religijny zapewniają doskonałą glebę do radykalnego ponownego zbadania ludzkiego życia. Nie możemy dłużej spoczywać zadowoleni w niewiedzy o tym, kim naprawdę jesteśmy. Historia zmusza każdego z nas, aby zobaczyć, być może po raz pierwszy, jak kultura zachodnia zaszczepia nawyki myślenia i odczuwania sprzeczne z naturą i kieruje nas do celów, które w ogóle nie są satysfakcjonujące. Uzbrojeni w taką wiedzę, stajemy się naprawdę wolni, by wybrać życie oparte na ludzkiej naturze, zamiast bezmyślnie żyć życiem, które daje nam kultura. Każdy z nas może wieść nowe życie, gdy ma pełną świadomość, że istniejemy tylko w relacjach.

Źródło: theimaginativeconservative.org

Powyższe tłumaczenie jest własnością portalu 3droga.pl. Kopiowanie go i modyfikowanie bez zgody Redakcji jest zabronione.

Tłumaczenie: Amelia Malinowska

Oprawa graficzna: Resistance Arts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.