Portal 3droga.pl

Portal Nacjonalistyczny

Maria Kubiak: Zatruty owoc feminizmu

Feminizm

Oferuje szczęście, wolność i równość, daje niezadowolenie i życie w ciągłym strachu.

Określanie się jako feministka to dla wielu młodych kobiet synonim nowoczesności, chęci polepszenia życia i troski o słabszych. Ma walczyć o zniwelowanie nierówności i polepszenie stanu kobiet, rzekomo uciskanych z powodu „patriarchatu”. Tymczasem nie trzeba popierać tego kłamliwego i wewnętrznie sprzecznego systemu, żeby nie zgadzać się na patologie.

Miłego złego początki

„Możesz się ubierać, jak chcesz”. „Twoje ciało – Twój wybór”. „Cokolwiek robisz, jesteś wystarczająca”. „Nie jesteś nikomu nic winna”. Żadnej krytyki, zero wymagań, czysta afirmacja, ładny font, pastelowe kolory. Takie grafiki krążą po internecie, a szczególnie na platformach popularnych wśród nastolatek: Instagramie i Twitterze. Gdy zobaczy to odpowiednio uformowany człowiek, parsknie śmiechem albo pogardą. Jeśli jednak dotrze to do kogoś, kto nie ma ugruntowanego poglądu na świat i chłonie wszystko, co wydaje mu się atrakcyjne – staje się to początkiem bolesnej drogi, a im dalej, tym gorzej. Można się zapytać: gdzie tu feminizm? Czy ruch, który z definicji dąży do równouprawnienia, może przedstawiać się jako papka intelektualna? Tak – i jest to w pełni przemyślane i bardzo sprytne. Prezentując treści w przyjemny i łatwy do przyswojenia sposób, przekonuje odbiorcę, że rozumie jego bolączki. Zapewnia, że ten nic w sobie nie ma do zarzucenia, a wszystko, co złe, jest na zewnątrz od niego. Zmieniać się to oni, ale nie nas!

Ułuda wolności

Gdy biedna ofiara zacznie czuć się zaakceptowana i „pogłaskana po głowie”, zaczyna się przekonywanie, w jak złej sytuacji się znalazła. Jedynym powodem ma być fakt nieotrzymania w loterii genetycznej chromosomu Y. Gorsza pensja, szklany sufit, nieprofesjonalne traktowanie przez współpracowników, niechciane komplementy, zaczepianie, padanie ofiarą różnorodnych form przemocy, aż do gwałtów włącznie – a to jedynie początek listy. Czy to znaczy, że tych problemów nie ma? Oczywiście, że są. Jednak przedstawicielki tego ruchu mówią o tym ciągle, wręcz bombardują, przez co powstaje wrażenie, że samo bycie kobietą z automatu oznacza straszne przeżycia. Problemy małego wycinka społeczeństwa rozdmuchuje się do poziomu problemu wszystkich przedstawicielek płci pięknej. Przedstawia się to w absurdach w rodzaju „85% kobiet było molestowanych” – gdy za takie zachowanie uznaje się nawet „nawiązanie niechcianej rozmowy”… Tak z tego, co ma dawać wolność, powstaje przeciwieństwo: dziewczyna staje się wiecznie zgorzkniałym i smutnym kłębkiem nerwów, przekonanym, że gwałciciel czai się tuż za rogiem.

Czym skorupka…

Zastanawiające jest to, jak dochodzi do tego, że zwyczajna nastolatka przeradza się w taką osobę. Powodów zapewne jest wiele, za najważniejszy, jednak uważam niewłaściwe ukształtowanie w domu rodzinnym. Obserwacja własna i znajomych potwierdza, że bardzo wiele głosicielek tej idei mają lub miały problemy rodzinne (choć do artykułu naukowego byłoby to zbyt mało, to sądzę, że na potrzebę tego tekstu się nada – Czytelnicy mają zapewne podobne wrażenia). Nieobecny fizycznie lub psychicznie rodzic (najczęściej ojciec), zbyt mało uwagi albo nadopiekuńczość, brak odpowiedzialności albo zrzucanie całego domu na barki, bieda, nałogi. To wszystko, co niszczy rodzinę, powoduje, że młoda kobieta nie ma właściwie ukształtowanego charakteru, wzorce zachowań są zaburzone. Choć te problemy istnieją od setek lat, dopiero od relatywnie niedawna dały efekt w postaci chęci drastycznej zmiany społeczeństwa. Powodów jest wiele, jednym z nich jest osiągnięcie niezależności w wielu aspektach życia. Traktując mężczyzn jako zło konieczne, a nie męża, ojca, towarzysza życia i opiekuna, wykrzywiają jego obraz. Szczególnie jeśli ojciec opuścił rodzinę albo przepija wypłatę, a matka często powtarza, że „faceci to świnie, żadnego z nich pożytku nie ma”. To wszystko powoduje, że gdy natrafi na treści, które wypełniają „dziurę emocjonalną”, niezaspokojoną w domu rodzinnym, bardzo łatwo je wchłania, uważa za swoje. Gdy ktoś próbuje to poważyć, to ma poczucie, że to przedstawiciel tego, co odrzuca. A że nauczyła się tego nienawidzić i kojarzy jej się to jedynie ze złem, które należy zniszczyć, nie dziwi agresja wobec oponenta. To jedna z możliwych reakcji wobec osoby, która podważa podstawy światopoglądu, wśród feministek szczególnie częsta. Nauczone, że większość świata jest przeciw nim, czują się zaszczute. Odrzucają możliwość rzeczowej dyskusji, sprowadzając problem do wszechobecnej dyskryminacji i niezrozumienia – i koło się zamyka.

Ustrój, którego nie ma

W rozważaniach o feminizmie nie można pominąć patriarchatu. To słowo-klucz, podstawa, która tłumaczy całe zło, jakie podobno dotyka kobiety. Można się zapytać: co ma wspólnego system, w którym władza i dziedziczenie należą do mężczyzn – a więc zupełnie nieprzystającym do współczesnych realiów? Według filozofek, psycholożek i innych specjalistek w tej dziedzinie istnieje nadal. Choć nie znajdziemy go w prawie, to jest głęboko zakorzeniony w umysłach ludzi. Z jego powodu kobiety stale znajdują się na słabszej, a więc przegranej pozycji, mężczyźni zaś, podpierając się toksyczną męskością, nie chcą oddać przywilejów. A że nie przystaje to do rzeczywistości, opisuje marginalny problem? Im to absolutnie nie przeszkadza, rozciągają go na całą rzeczywistość. Tłumaczą w ten sposób wszystkie patologie.

Winą patriarchatu jest więc to, że policjanci przyjmujący zgłoszenie o gwałcie z niego żartuje, budowlaniec zaczepiający przechodzące dziewczyny i że nic mu za to nie grozi. Fakt, że to kobiety w dużej mierze zajmują się domem i małymi dziećmi, a po wielu latach urlopów trudniej im wrócić na rynek prac (szczególnie w wyspecjalizowanych i szybko się zmieniających dziedzinach). Wpływa on nawet na ilość toalet w miejscach publicznych (te wieczne kolejki do damskich) i to, że najpierw odśnieża się drogi, potem chodniki. Właściwie wszystko, co może się zdarzyć, a nie jest dla nich idealne, wynika z niego. Również, gdy tyczy się panów – tak, właśnie patriarchatem tłumaczą wysoki wskaźnik samobójstw wśród mężczyzn (bo nie mogą płakać) czy przemoc wobec nich (nie jest zgłaszana, bo to godzi w ideał silnego mężczyzny). Jest jeden haczyk. Ten system nie istnieje. Przeminął na dobre wraz z przemianami społecznymi, które dokonywały się przez ostatnie 150 lat, jeśli nie więcej. Tak więc walczą one z czymś, co nie istnieje – a właściwie istnieje tylko w ich głowach. Sytuacja idealna, walka jest nieustanna, nie do wygrania, co rusz pojawiają się nowe przejawy. Nie bez przyczyny mówi się, że lewica walczy z problemami, które sama tworzy.

Zabójcze skutki

Pół biedy, gdy skończy się to na rosnącej niechęci wobec podobno mniej pięknej części społeczeństwa oraz kobiet, które nie zgadzają się z nimi. Takie zostają z miejsca nazwane „pick me girl”, czyli w wolnym tłumaczeniu „dziewczyną zwracającą na siebie uwagę”. Nie mieści im się w głowie, że można mieć inne poglądy, stąd uznają, że wynika to jedynie z chęci zwrócenia na siebie uwagi chłopaków niechętnych feminizmowi. Nie to jest najważniejsze. Życie w poczuciu ciągłego zagrożenia i przekonanie, że właściwie cały świat cierpi, choć na różne sposoby, przez system, który uparcie nie chce upaść, łatwo prowadzi do różnych zaburzeń, z depresją na czele.

Gorzej, gdy hojnie karmione tezami o rzekomym wyzwoleniu, jakie daje aborcja (która jest obecnie jednym z naczelnych postulatów tego ruchu), sama jej dokona, lub komuś doradzi. Zabija swoje dziecko, które do tego poczęte „przypadkiem”. Ogniskuje się w tym miejscu kilka problemów tej ideologii. Brak świadomości ciągu przyczynowo-skutkowego (gdzie efektem działania jest ciąża), odrzucenie odpowiedzialności za swoje czyny, przekonanie, że dziecko odsunie matkę od wszystkich przyjemności, kontaktów międzyludzkich, zniekształci ciało, spowoduje, że załamie się kariera i nigdy już nie osiągną sukcesu zawodowego. Nie można odmówić im częściowej racji. Kobieta będąca na urlopie macierzyńskim, a następnie opiekująca się dzieckiem w razie jego choroby (a dzieje się to częściej, niż by się można było tego spodziewać) nie chodzi na imprezy, nie realizuje kolejnych projektów. Jej ciało się zmienia. Kluczem jest ustalenie priorytetu. Czy naprawdę celem życiowym ma być pięcie się po kolejnych szczeblach kariery, brylowanie w towarzystwie, zarabianie coraz to więcej pieniędzy? Bezrefleksyjne podążanie za modą kontra poświęcenie, którego efektem jest najpiękniejsza rzecz, jaką może uczynić kobieta – dać życie i wspierać go w jego rozwoju.

Wybór opcji jest dla feministek oczywisty. Odrzucając jedno z najbardziej pierwotnych powołań człowieka, dokonują wyboru, uzasadniając go wyzwoleniem, możliwością samorealizacji – tym wszystkim, co było wymienione wyżej. Ot, tabletka albo kilka, i „problem” znika. Dla niektórych z nich jest to kwestią tak ważną, że uznają za świętość – diabolicznie określoną, po swojemu rozumianą. Z nienawiścią podchodzą do wszelkich inicjatyw, które pomagają kobietom, które znalazły się w takiej sytuacji, jednak chcą urodzić i wychować albo oddać dziecko. Nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo krzywdzą też siebie. Negują syndrom poaborcyjny, co nie powoduje, że on znika, ale niszczy ją w niezauważalny dla ich sposób. Nauka rzekomo go wyklucza – jak jednak wyjaśnić to, że wiele z tych, które zabiły swoje dziecko, histerycznie reaguje na jakiekolwiek inicjatywy ukierunkowane na życie, na pomoc ciężarnym i matkom, i to w sposób tak gwałtowny i powtarzalny, że nie da się wytłumaczyć chwilowo gorszym nastrojem?

Męska rzecz?

Feminizm nie odnosi się tylko do kobiet. Stawiając panów w opozycji do pań, obarczając winą za większość światowych nieszczęść, naturalnie czynią z nich swoich wrogów. Patrząc po swoich znajomych, widzimy przełożenie tej hipotezy na rzeczywistość – odnoszenie się od neutralnego, przez negatywne do nawet wrogiego to reakcje, które widać zazwyczaj. Nie zawsze się tak dzieje. Okazuje się bowiem, że istnieje nie tak małe grono mężczyzn, które przyklaskuje tym kobietom. Trudno mi orzec, z czego wynika dobrowolne przybranie roli ciemiężyciela, który wypadałoby, żeby odkupił swoje winy. Świadomość, że wedle tej ideologii każda widzi w nim potencjalnego gwałciciela, musi być przytłaczająca… Nie chcę się bawić w domorosłego psychologa i doszukiwać się przyczyn, nie o tym jest przecież ten tekst. Ważniejsze, że ma to przełożenie na rzeczywistość. Jednym z przykładów takiego zachowania była ich postawa podczas zeszłorocznych Strajków Kobiet. Protestującymi były nie tylko kobiety. Nawet zawiązywali różnego rodzaju nieformalne (jak na razie) stowarzyszenia. Patrząc na nich, trudno było nie pokręcić głową ze zdegustowaniem, bo stopień chęci podlizania się czasem przekraczał wszelkie granice.

Stosunek tych kobiet nie ograniczał się tylko do mężczyzn, którzy im przyklaskiwali – żądania płynęły wobec wszystkich panów. I tak, wedle słów „kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam”, krytyka spływała zarówno na tych, którzy nie zajęli żadnego stanowiska, jak i potępiających strajk – czy to w założeniach, czy tylko w formie. Słyszeli, że są wrogami kobiet, pragną ich śmierci w męczarniach, wspierają reżim… Zdarzały się nawet życzenia, by ich dziewczyny/żony/partnerki same były w ciąży z chorym dzieckiem, by na własnej skórze poczuli, jakie są skutki orzeczenia TK. Stopień nienawiści był przerażający, a na co dzień miłe z pozoru dziewczyny stawały się agresywne, gdy uderzało to w to, co uznawały za swoje podstawowe prawo. Znamienne, że następowało wtedy zawieszenie zasady, że „o aborcji mogą wypowiadać się tylko te, których to tyczy” – w zamyśle potencjalne ciężarne. Na kilka tygodni oczekiwano zajęcia stanowiska od wszystkich, byleby było ono zgodne z główną narracją. Jednocześnie widać jak na dłoni, że logika nie jest najmocniejszą stroną tego ruchu, a doginanie faktów do potrzeb – wręcz pożądane.

Istnieje alternatywa

Nie trzeba feminizmu do przeciwstawiania się złu. Każdy zdrowo myślący człowiek wie, że patologiom nie należy przyklaskiwać. Można by pomyśleć, że skoro tak wygląda sytuacja, to jest beznadziejnie, a kolejne pokolenia kobiet będą pogrążać się w tej samonapędzającej się katastrofie. Tak, sytuacja nie napawa optymizmem, nie jest jednak przegrana. Widać tutaj niezwykle ważną rolę, jaką mają do odegrania ludzie rozsądni. Jako ludzie uformowani mamy świadomość niebezpieczeństw idących z lewicy i tego, jak powinna wyglądać rzeczywistość (a jeśli nie wiesz, to się mocno nad tym zastanów). Choć wyśmiewanie feministek jest lekkie, łatwe i przyjemne, nie powinniśmy na tym pozostać. Dyskusje nie są proste, wręcz bywają frustrujące i mogą wydawać się bezowocne. Jednak istnieje szansa, że gdy taka dziewczyna stanie twarzą w twarz z faktami, przejrzy na oczy. Jeśli nie od razu, to po pewnym czasie.

Nadzieją są podziały wewnątrz samego feminizmu. Przedstawicielki na zewnątrz usiłują ukazać ruch jako jednolity, jednak nawet pobieżne zapoznanie się z jego postulatami burzy tę ułudę. Kwestią zapalną jest choćby podejście do tzw. osób queer. Pod tym określeniem kryją się transi, niebinarni, genderfluid i inne słowa, które by się nie pojawiły nawet w najgorszym koszmarze. Jedne chcą uznania za kobiety wszystkich, którzy się za nie podają, inne stanowczo to odrzucają. Lesbijki nie chcą być zmuszane do umawiania się z facetami, którzy mają wpisany w biogram „she/her”. Kolejnym problemem jest podejście do mężczyzn – poza opisanym wyżej są kobiety skłonne do współpracy z nimi, widząc w nich sojuszników. Patrząc na zażartość tych konfliktów, nie można się wręcz nie roześmiać, różne osoby i profile w mediach społecznościowych regularnie prowadzą ze sobą wojny, wzajemnie się blokując, banując, obrzucając wymyślnymi epitetami mającymi okazać obrzydliwość drugiej strony i jej szkodzenie „wspólnej sprawie” (o ironio). Nie do przecenienia jest też takie stworzenie domu dla naszych dzieci, by nie doprowadzić do sytuacji wymienionych w tekście. Przede wszystkim zaś nie zapominać, że prawda jest po naszej stronie i nawet wielotysięczne marsze czy niszczenie miast nie są w stanie tego zmienić.

Oprawa graficzna: Resistance Arts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.