3DROGA.PL

Portal 3droga.pl

Portal Nacjonalistyczny

Melchior Halny: Nowy wspaniały człowiek i kultura nieudacznictwa, czyli jak konsumpcjonizm uzależnił i zniewolił zachodni świat

konsumpcjonizm

W klasycznej ekonomii istnieje pojęcie homo oeconomicus, człowieka racjonalnego dążącego do maksymalizacji swojego zysku. Pojęcie to stanowiło i stanowi jeden z filarów ekonomii liberalnej, wolnorynkowej. Sowieci ukuli jeszcze inny rodzaj człowieka – homo sovieticus, człowiek radziecki, który miał być posłuszny jedynej słusznej narracji, czyli narracji partyjnej. Miał być ostateczną manifestacją kolektywu komunistycznego. Dzisiaj jednak do czynienia mamy z jeszcze inną formą człowieka. Człowieka ukutego z przerażająco skutecznej fuzji masowej kultury, masowej produkcji i dopiętych na ostatni guzik strategii marketingowych. Do czynienia mamy z człowiekiem konsumującym – homo consumens. Pojęcie homo consumens funkcjonuje w przestrzeni publicznej i już kilka prac na ten temat istnieje; jednak dalej jest dosyć niszowe, a kompletnie niesłusznie. Istnienie tej formy bytowania doprowadziło do powstania dość specyficznej kultury, którą roboczo nazwałem kulturą nieudacznictwa.

Kultura nieudacznictwa wynika z kilku czynników:

1. Produkcji masowej

2. Liberalizacji obyczajów

3. Konsumpcjonizmu

Do powstania tego rodzaju kultury, wszystkie trzy czynniki muszą zaistnieć jednocześnie, przy czym ich istnienie w dużym stopniu się ze sobą zazębia. Zaczynając więc od masowości produkcji…

Kiedy produkujemy dany produkt, robimy to najczęściej z zamiarem uzyskania z niego jakiegoś rodzaju profitu. Toteż aby ten profit uzyskać, musimy znaleźć dla tego produktu ujście; aby to ujście znaleźć, w społeczeństwie, na rynek którego zamierzamy nasz produkt wypuścić, musi istnieć popyt. Popyt ten może powstać wskutek działań innego społeczeństwa, postępu technicznego czy zwykłego kaprysu ludzi tworzących je. Produkując, czyli tworząc podaż, musimy idealnie się wstrzelić w potrzeby naszych klientów, aby zmaksymalizować nasz zysk. A co jeżeli nie musimy…? Tutaj masowość produkcji zazębia się z konsumpcjonizmem.

Oceńcie sami: stan, w którym to nie producent jest dla klienta, a klient dla producenta, zostaje osiągnięty na przykład poprzez sztuczne wykreowanie popytu wśród ludzi. Na niektórych rozmowach o pracę spotkać możemy pewne ćwiczenie; mowa tutaj o poleceniu „sprzedaj mi ten długopis”. Ćwiczenie to jest o tyle dobre, bo sprawdza, czy kandydat wie, że w celu sprzedania komuś produktu nie liczą się właściwości produktu (a przynajmniej nie grają one głównych skrzypiec), tylko potrzeby konsumenta. Innymi słowy, to nie długopis ma pisać, tylko klient musi chcieć nim pisać. Mechanizm ten został dogłębnie zrozumiany przez marketingowców, i dlatego w celu sprzedaży rzeczy, które nie muszą być nam kompletnie potrzebne, zaczęło się popyt kreować. Za przykład może tu posłużyć, chociażby słynny kapsel ze starego internetowego mema „dobre pomarańczowe”; cała sytuacja narodziła się z pewnego dość dziwnego wynalazku – kapsla, a raczej nakrętki, która po uderzeniu w nią wyrzucała z siebie proszek do butelki wody, tworząc bodajże napój izotoniczny o smaku pomarańczowym. Produkt co najmniej dziwny, bo za mniejszą cenę można kupić po prostu pomarańczowego izotonika, jednak bardzo wyraźnie widać było tę strategię wykreowania sztucznej potrzeby.

Sztuczne wykreowanie popytu nie jest jednak jedynym sposobem, aby uzależnić konsumentów od woli producenta. Często celowym zabiegiem jest też krótkotrwałość produktów. W momencie, w którym chcemy wyprodukować horrendalną liczbę produktów, naturalną koleją rzeczy będzie cięcie kosztów. Zauważcie, że każda rzecz, która z kilometra wygląda na jakościową i wydaje się, że przetrwa całe lata, jest albo białym krukiem, albo była produkowana za czasów, kiedy konsumpcjonizm, globalizacja, masowości itd. były w powijakach. Natomiast każda, jak nie wszystkie rzeczy skierowane na zwykły rynek dla zwykłych ludzi, są bardzo podobne stylem do siebie; są produkowane, aby przetrwać maksymalnie dekadę oraz nie mają na sobie niczego wyróżniającego, co sprawiłoby, że chcielibyśmy to mieć na całe życie (grawery, napisy itp.). Nie jest to w żadnym przypadku zbieg okoliczności, a przykładem niech będą choćby i meble z IKEI.

Stosując wymienione zabiegi oraz wiele innych (wymieniając ledwie kilka z nich –cukierki na wysokości wzroku przeciętnego dziecka, umiejscawianie rzeczy pierwszej potrzeby daleko w sklepie) jesteśmy w stanie wcisnąć ludziom wiele rzeczy, bez których by się spokojnie obeszli. Jednakże do układanki brakuje nam jeszcze jednego elementu: co do tego wszystkiego ma liberalizacja obyczajów?

Kiedy nasze społeczeństwo opiera się na wartościach pokroju wstrzemięźliwości, siły, pomocy, zaś wartość człowieka definiuje jego wkład w społeczeństwo, czy umiejętność radzenia sobie samemu, to jego podstawą jest zaradność, a za zaradnością idzie pomoc bliźniemu czy walka o swoje. Zaradność jednak zmniejsza popyt, gdyż rzeczy, które kupiliśmy, mają nam służyć przez długi czas, bo to nie ich ilość nas definiuje. Zamiast tego, nasza wartość rodzi się z faktycznych dokonań. W momencie, kiedy chce się, abyśmy chłonęli kolejne fale produktów, należy również sprawić, by to ich ilość i umiejętność ich pozyskiwania definiowała nas i nasz status. Człowiek jest nierozerwalnie złączony ze swoim społeczeństwem i tylko dla naprawdę nielicznej grupy osób status społeczny nie będzie nic znaczył. Obecnie, status społeczny definiuje ilość rzeczy, które się posiada i to jak często jesteśmy w stanie pokazywać, że możemy sobie na nie pozwolić – poprzez zakupy nowych śmieci. Prowadzi to do sytuacji, w której ludziom rzeczy są podtykane pod nos. A kiedy się zepsują? Podtykane są coraz to nowsze. Sytuacja ta prowadzi do zaniku, chociażby umiejętności majsterkowania, obsługi podstawowych narzędzi, naprawy i innych takich pozornie drobnych umiejętności. Coraz mniej ludzi umie gotować. Potrzeba matką wynalazku, a obecnie takiej potrzeby nie ma. Niektórzy mogliby rzec – „I co z tego? Społeczeństwo ewoluuje, to chyba dobrze”. Przyjrzyjmy się więc konsekwencjom…

Jak już ustaliliśmy, połączenie masowej produkcji ze sztucznym popytem oraz konsumpcjonizmem prowadzi do zaniku zaradności, bo młodzi ludzie uczą się przychodzić na gotowe. Skoro więc zaradność, jedna z podstawowych wartości, zanika, to następuje przetasowanie tych wartości i puste miejsce zajmują uczucia oraz emocje. Kiedy cywilizacja opiera się na emocjach, to człowiek nie musi udowadniać swojej wartości, bo ma ją od razu; nie musi się zmieniać i nie musi być lepszy, co widać na przykładach: ruchu bodypositive, ruchach powiązanych ze społecznością LGBT, lewicowych, feministycznych itd. Tym samym następuje liberalizacja obyczajów oraz upupienie społeczeństwa.

Mamy więc już wszystkie elementy składowe Kultury Nieudacznictwa. Przejdźmy więc do tego, czym właściwie jest to zjawisko? Rozmawiając z osobami urodzonymi w latach 2002/03 – 2006/07, czyli osobami powoli interesującymi się pracą, polityką i temu podobnymi, można odnieść dziwne wrażenie w momencie, że nie mają oni zbytnio pojęcia o takich, wydawałoby się, prostych, acz koniecznych umiejętnościach jak właśnie gotowania, wymiana żarówki, koszenie trawy i ostrzenie. Jednocześnie są doskonale obeznani w dość hedonistycznej rzeczywistości; nie odczuwają przywiązania do danego miejsca i do osób, z jakimi się zadają. Przy tym wszystkim chcą oni dokonywać zmian na poziomie globalnym, najczęściej zmian dość lewicowo-liberalnych, gdyż są właśnie wychowani w społeczeństwie uczuciowym, upupionym i podległym. Jordan Peterson znany jest ze stwierdzenia „clean your room”, i to jest ogromna bolączka dzisiejszego nowego pokolenia; chcą w swoim mniemaniu ulepszyć świat, jednak nie chcą posprzątać swojego pokoju. Jednak jest coś jeszcze – zadając się z przedstawicielami tej młodzieży, można zaobserwować też coś osobliwego, a konkretnie dziwną formę dumy ze swojej nieporadności. Na porządku dziennym są zdania, memy i gagi, sensem treści, których jest: „jedyne, co umiem ugotować, to zupka chińska” albo przekomarzanie się w stylu: „dzisiaj spałem jedynie 4 godziny” – „ha! A ja spałem tylko dwie!”. Wszystko mieszczące się w takiej konwencji, od nieumiejętności obsługi piekarnika do żałosności swoich rysunków oraz autoironiczna duma z tego – oto jest właśnie kultura nieudacznictwa tworzona przez podręcznikowe przykłady homo consumens.

Niektórzy rzekną: „daj spokój, to tylko niewinne żarty!”. Nie zapominajmy jednak, że właśnie niewinne żarty są często manifestacją tego, co nas boli; autoironia wylewająca się z tych przekomarzań i żartów może być oznaką tego, iż stan upupienia, w jakim się znaleźli, wcale ich nie satysfakcjonuje. Myśl ta może być wypierana lub podświadoma; wszak ból wynikający z życia w strefie komfortu („safe space”) kłóciłby się z poglądami liberalnymi, ale ewidentnie chęć zmiany stanu rzeczy istnieje, trzeba tylko tę chęć wykorzystać. Niestety ta podświadomość jest efektywnie tłamszona przez lewicowo-liberalną propagandę głównego nurtu. Przekłada się to na tłumaczenie swoich niepowodzeń chochołami mającymi zdemonizować wartości takie jak męskość, odwaga czy zaradność (warto wspomnieć – nie tylko mężczyźni mogą się nimi cechować) podpinając je pod „patriarchat”, „toksyczną męskość” czy inne tego typu hasełka. Tutaj dochodzimy do wielkiej szansy dla środowiska narodowego, które przecież promuje wszystkie te zatracone w konsumpcjonizmie wartości. Co więcej, można zauważyć w internecie (niestety tylko tam), że powstaje kontrkultura mająca na celu przekonywanie ludzi do odrzucenia nowoczesności i tej kultury na rzecz wielkości (fala filmów „reject modernity, embrace greatness”). Niestety, prawdą jest, że wiatr w tej kwestii wieje nam raczej w twarz niż w plecy. Nie oznacza to, że mamy się poddać, nie jesteśmy defetystami, tak jak wrogowie by chcieli. Pytanie tylko, ile zajmie odczynienie skutków wieloletniej trucizny konsumpcjonizmu?

Na koniec zostawiłem sobie kwestię użycia zwrotu „zachodni świat” w tytule. Nie jest to, rzecz jasna, przypadkowe; wszak zobaczyć możemy zjawisko kultury nieudacznictwa przeważnie w społeczeństwach zachodnich (USA, zachód Europy, powoli również wschód Europy) albo społeczeństwach, na których pierwszy świat silnie odciska swoje piętno (Japonia, Korea Południowa). W Chinach kontynentalnych, mimo występowania produkcji masowej, zjawisko to jest o wiele mniejsze przez nieliberalne obyczaje, i dużą siłę eksportową.

Oprawa graficzna: Resistance Arts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.