Portal 3droga.pl

Portal Nacjonalistyczny

Alain de Benoist: Czym jest Europa?

Alain de Benoist, Europa

Od Redakcji: Publikujemy tłumaczenie przemówienia wygłoszonego przez Alaina de Benoista na kolegium naukowym, które odbyło się 26 kwietnia 2014 roku.

Panie, Panowie, oraz drodzy przyjaciele,

Ćwierć wieku temu Europa wydawała się rozwiązaniem prawie wszystkich problemów. Dziś jest postrzegana jako problem, który dodaje się do innych. Pod wpływem rozczarowania zewsząd padają wyrzuty. Ludzie krytykują Komisję Europejską za wszystko: mnożenie ograniczeń, ingerowanie w to, co jej nie dotyczy, chęć ukarania wszystkich, paraliżowanie naszych instytucji, niezrozumiałą organizację, pozbawienie legitymacji demokratycznej, unicestwienie suwerenności narodów i ludów będąc tylko maszyną do siania nierządu. W większości krajów pozytywne opinie na temat Unii Europejskiej spadają swobodnie od co najmniej dziesięciu lat. Odsetek tych, którzy we Francji uważają, że „przynależność do Unii Europejskiej jest czymś złym”, wzrósł nawet z 25% w 2004 r. do 41% w 2013 r. Jeszcze niedawno sondaż Ipsos ujawnił, że 70% Francuzów pragnęło „ograniczyć uprawnienia Europy”.

To fakt, że Unia Europejska przechodzi dziś bezprecedensowy kryzys legitymacji. Faktem jest również, że w tym spektaklu, nie ma nic ekscytującego. Ale jak do tego doszło?

Dekonstrukcja Europy rozpoczęła się na początku 1990 roku debatami wokół ratyfikacji Traktatu z Maastricht. W tym czasie przyszłość Europy okazała się niezwykle problematyczna i wielu Europejczyków zaczęło ujawniać swoją dezaprobatę. W momencie, gdy globalizacja zrodziła dodatkowe obawy, ludzie doskonale zdawali sobie sprawę, że Europa nie gwarantuje lepszej siły nabywczej, lepszej regulacji wymiany handlowej na świecie, zmniejszenia delokalizacji, spadku przestępczości, a wręcz przeciwnie. Powstała wówczas konstrukcja europejska nie jako remedium na globalizację, ale właśnie jako krok ku tej globalizacji.

Od początku budowa Europy rozwijała się właściwie pomimo zdrowego rozsądku. Popełniono jednak cztery zasadnicze błędy:

1) Wychodząc od gospodarki i handlu zamiast od polityki i kultury, wyobrażając sobie, że obywatelstwo gospodarcze poprzez efekt zapadki mechanicznej doprowadzi do obywatelstwa politycznego

2) Pragnąc stworzyć Europę od góry, zamiast zaczynać od dołu.

3) Preferując pospieszną ekspansję do krajów słabo przygotowanych do wejścia do Europy nad pogłębianie istniejących struktur politycznych.

4) Nigdy nie pragnąc jasno decydować o granicach Europy i ostatecznych celach konstrukcji europejskiej.

Skupieni całkowicie na punkcie ekonomii „ojcowie założyciele” Wspólnoty Europejskiej dobrowolnie porzucili kulturę na bok. Ich autorski projekt miał na celu połączenie narodów w przestrzenie działania nowego typu z funkcjonalnego punktu widzenia. Dla Jeana Monneta i jego przyjaciół oznaczało to doprowadzenie wzajemnego zazębiania się gospodarek narodowych do takiego poziomu, że unia polityczna stałaby się konieczna, ponieważ okazałaby się mniej kosztowna niż rozbicie unii. Nie zapominajmy też, że pierwszą nazwą „Europy” była nazwa „Wspólny Rynek”. Oczywiście ten początkowy ekonomizm sprzyjał liberalnemu dryfowi instytucji, a także zasadniczo ekonomicznemu odczytaniu polityki publicznej, która miałaby zostać wykonywana w Brukseli. Ekonomiczna hipertrofia, nie przygotowując nadejścia politycznej Europy, szybko prowadzi do odpolitycznienia, konsekracji władzy eksperckiej, a także ustanowienia strategii technokratycznych.

W 1992 roku wraz z traktatem z Maastricht przeszliśmy ze Wspólnoty Europejskiej do Unii Europejskiej. Ten semantyczny ślizg jest również odkrywczy, gdyż to, co jednoczy, jest ewidentnie słabsze od tego, co wspólne. Dzisiejsza Europa to przede wszystkim Europa gospodarki i logika rynku, z punktu widzenia liberalnej elity, że powinien to być nic innego jak ogromny supermarket podporządkowany wyłącznie logice rynkowej.

Drugi błąd, jak powiedziałem, polega na chęci stworzenia Europy od góry, to znaczy od instytucji brukselskich, tak jak chcieli zwolennicy „integralnego federalizmu”. Rozsądna logika proponowałaby zacząć od dołu, od powiatu i sąsiedztwa do gminy, od gminy lub aglomeracji do regionu, od regionu do narodu, od narodu do Europy. W szczególności to umożliwiłoby rygorystyczne stosowanie zasady pomocniczości. Pomocniczość wymaga, aby wyższy organ interweniował tylko w przypadkach, gdy niższy organ nie jest w stanie działać (jest to zasada wystarczających kompetencji). W brukselskiej Europie, gdzie centralizująca biurokracja ma tendencję do regulowania wszystkiego za pomocą swoich dyrektyw, wyższa władza interweniuje za każdym razem, bo wierzy, że jest zdolna do działania, w wyniku czego Komisja decyduje o wszystkim, ponieważ uważa się za kompetentną w każdej sprawie.

Tak więc rytualne potępienie przez suwerenistów Europy Brukseli jako „Europy federalnej” nie powinno stwarzać złudzeń: przeciwnie, poprzez skłonność do przypisywania sobie wszystkich kompetencji w sposób autorytarny, konstruuje się w przeważającej mierze na jakobińskim modelu. Daleki od bycia „federalnym”, jest jakobiński w skrajności, ponieważ łączy w sobie represyjny autorytaryzm, centralizację i nieprzejrzystość.

Trzeci błąd polegał na bezmyślnym powiększaniu Europy, podczas gdy powinna ona priorytetowo traktować pogłębianie istniejących struktur, prowadząc jednocześnie rozległą debatę polityczną w całej Europie w celu wypracowania konsensusu co do jej ostatecznych celów. Szczególnie widzieliśmy to podczas ekspansji na kraje Europy Środkowej i Wschodniej. W rzeczywistości większość z tych krajów poprosiła o przystąpienie do Unii Europejskiej tylko po to, by skorzystać z ochrony NATO. Mówili o Europie, ale marzyli o Ameryce! Doprowadziło to do rozmycia i utraty efektywności, co szybko przekonało wszystkich, że Europa dwudziestu pięciu czy trzydziestu lat jest po prostu nie do opanowania, opinia ta została dodatkowo wzmocniona przez obawy kulturowe, religijne i geopolityczne związane z perspektywami przystąpienia Turcji.

Biorąc pod uwagę różnice poziomów ekonomicznych, warunków społecznych i systemów fiskalnych, pospieszne rozszerzenie Unii Europejskiej wywołało ponadto szantaż relokacji ze szkodą dla pracowników. Była to ostatecznie jedna z głównych przyczyn kryzysu euro, co wyjaśnia, w jaki sposób wprowadzenie do obiegu wspólnej waluty, dalekie od sprzyjania konwergencji gospodarek narodowych w Europie, wręcz przeciwnie, pogorszyło ją, aż stało się to nie do zniesienia.

Odtąd nie można znaleźć suwerenności europejskiej, a suwerenności narodowe to tylko wspomnienia. Innymi słowy, niszczyli narody, nie budując Europy. Paradoks, który tłumaczy się, gdy zrozumie się, że Unia Europejska nie tylko chciała zastąpić naród Europą, ale także zastąpić politykę ekonomią, rządy ludzi zarządzaniem rzeczami. Unia Europejska przyjęła liberalizm, który opiera się na prymacie gospodarki i woli zniesienia tego, co polityczne poprzez „odpolitycznienie” tak zwanego „rządzenia”, to znaczy poprzez stworzenie warunków, w których każde odwołanie się do właściwej decyzji politycznej staje się nieodpowiednie, jeśli nie niemożliwe.

Do tej liberalnej orientacji dołącza kryzys moralny. Ogarnięta obsesją na punkcie uniwersalizmu, którego od dawna jest wektorem, Europa zinternalizowała poczucie winy, które ostatecznie ukształtowało jej wizję świata. Tym samym stała się jedynym kontynentem, który chce „otworzyć się na otwartość”, nie zastanawiając się, co może przynieść innym.

Faktem jest, że Europa od swoich początków usiłowała konceptualizować powszechność, pragnęła „cywilizacji powszechności” na lepsze lub gorsze, ale „cywilizacja uniwersalności” i „cywilizacja uniwersalna” nie są synonimami. Zgodnie z często przytaczanym dobrym powiedzeniem, uniwersalnym, w najlepszym tego słowa znaczeniu, są „lokalne ściany minusowe”. Ale dominująca ideologia ignoruje różnicę między „cywilizacją uniwersalną” a „cywilizacją uniwersalności”. Na prośbę jej przedstawicieli Europie przypisano samoignorancję – i „skruchę” za to, o czym ma jeszcze prawo pamiętać – podczas gdy religia praw człowieka uniwersalizuje ideę Sameness. Humanizm bez horyzontu staje się więc sędzią historii, proponując nierozróżnienie jako ideał odkupienia i wystawiając na próbę przynależność, która różnicuje, w każdej chwili. Jak powiedział Alain Finkielkraut, „oznacza to, że aby nikogo już nie wykluczać, Europa powinna się unicestwić, „zdezorganizować”, jedynie zachować uniwersalność praw człowieka ze swojego dziedzictwa… Jesteśmy niczym, jest to dla nas wstępny warunek zamknięcia się dla niczego lub nikogo.” „Istotna pustka, radykalna tolerancja” – powiedział w tym samym duchu socjolog Ulrich Beck – wręcz przeciwnie, uczucie pustki uczula na wszystko.

Europejscy przywódcy są jedynymi na świecie, którzy odmawiają myślenia bazując na historii, kulturze i zbiorowym losie. Pod ich wpływem Europa nie przestaje powtarzać, że jej własna przeszłość nie ma nic do powiedzenia. Banknoty euro doskonale to pokazują: tam widać tylko puste struktury, abstrakcyjną architekturę, nigdy wieś, nigdy twarz. Europa chce uciec od historii w ogóle, a swojej w szczególności. Zabrania sobie potwierdzania tego, czym jest, a nawet nie chce zadawać sobie pytania o swoją tożsamość z obawy przed „dyskryminacją” jednego lub drugiego ze swoich elementów składowych. Kiedy głosi swoje przywiązanie do „wartości”, a nie „interesów”, celów lub woli suwerenności politycznej, wskazuje na zbiorową bezsilność. Europa absolutnie nie wie, co chce robić. Nie zadaje nawet pytania, bo wtedy musiałoby uznać, że niczego nie chce. A dlaczego niczego nie chce? Bo już nie wie i nie chce już wiedzieć, czym jest.

Konsekwencje są ogromne. W dziedzinie imigracji Unia Europejska stosuje politykę harmonizacji, bardzo hojną dla migrantów, której żadne państwo nie może odtąd zmienić. W sferze komercyjnej i przemysłowej jest to ta sama odmowa jakiegokolwiek „sanktuarium”, która dominowała. Zniesienie wszelkich ograniczeń dotyczących swobodnej wymiany spowodowało masowy napływ do Europy towarów i usług wytwarzanych po niższych cenach w krajach rozwijających się, praktykujących dumping we wszystkich jego formach (społecznych, fiskalnych, środowiskowych itp.), podczas gdy europejski system produkcyjny coraz bardziej się przemieszcza do krajów położonych poza Europą, pogłębiając w ten sposób deindustrializację, bezrobocie i deficyty handlowe.

Polityka zagraniczna może istnieć tylko wtedy, gdy istnieje również suwerenność polityczna. Unia Europejska nie jest ciałem politycznym, ewidentnie nie może mieć wspólnej polityki zagranicznej, ale co najwyżej sytuacyjny agregat dyplomacji narodowych posortowanych w politykę „zewnętrzną” wywodzącą się z jurysdykcji „komunitarnych”. Niezależnie od tego, czy chodziło o amerykańską interwencję w Iraku, wojnę w Libii, Mali czy Syrii, czy o Rosję lub Bliski Wschód, Palestynę, Kosowo, a ostatnio o Krym, Europejczycy zawsze nie byli w stanie przyjąć wspólnego stanowiska, większość z nich zadowoliło się podporządkowaniem się amerykańskim stanowiskom. Nie dostrzegając wspólnych interesów, nie mogą już mieć wspólnej woli ani wspólnej strategii.

Jednak pomimo oszustw, jakie do tej pory wywoływała konstrukcja europejska, politycznie zjednoczona Europa pozostaje nie mniej potrzebna niż kiedykolwiek. Dlaczego? Po pierwsze po to, aby narody europejskie, zbyt długo rozdzierane wojnami i konfliktami lub wszelkiego rodzaju rywalizacją, mogły wywrzeć na sumieniu wspólną przynależność do tego samego obszaru kulturowego i cywilizacyjnego i zapewnić sobie wspólne przeznaczenie bez konieczności przeciwstawiania się sobie, ale także z powodów związanych z historycznym momentem, w którym żyjemy.

W dobie systemu jałtańskiego, kiedy świat był zdominowany przez amerykańsko-sowiecki duopol, pojawienie się europejskiej trzeciej osoby było już koniecznością. Ta konieczność jest większa niż kiedykolwiek od upadku systemu sowieckiego: w świecie, który odtąd wybuchł, tylko zjednoczona Europa może pozwolić tworzącym ją narodom odgrywać odpowiednią rolę w świecie. Aby zakończyć dominację amerykańskiej hiperpotęgi, musimy przywrócić światu wielobiegunowy wymiar. To kolejny powód do tworzenia Europy.

Globalizacja, która rodzi się bez ograniczeń, gdzie przestrzeń i czas są praktycznie zniesione, skazuje państwa narodowe na rosnącą bezsilność. W epoce późnej nowoczesności – czy wschodzącej ponowoczesności – państwo narodowe, pogrążone w kryzysie od lat 30., z każdym dniem staje się coraz bardziej przestarzałe, a zjawiska ponadnarodowe nie przestają się rozwijać. Nie chodzi o to, że państwo straciło wszystkie swoje uprawnienia, ale o to, że nie może już dłużej działać przeciwko wpływom, które dziś rozmieszczają się na skalę planetarną, poczynając od systemu finansowego. We wszechświecie zdominowanym przez niepewność i globalne zagrożenia żaden kraj nie może mieć nadziei na pokonanie problemów, które go dotyczą. Innymi słowy, państwa narodowe nie są już głównymi podmiotami, które umożliwiają rozwiązywanie problemów narodowych. Zbyt duże, by sprostać codziennym oczekiwaniom obywateli, a jednocześnie zbyt małe, by sprostać planetarnym wyzwaniom i ograniczeniom. Moment historyczny, w którym żyjemy, to moment działań lokalnych i bloków kontynentalnych.

W równoległym kontekście „suwereniści” jawią się jako ludzie, którzy często rozwijają dobrą krytykę, ale nie przynoszą dobrych rozwiązań. Kiedy potępiają (nie bez powodu) biurokratyczny i technokratyczny charakter decyzji podejmowanych w Brukseli, łatwo jest im na przykład odpowiedzieć, że biurokracja i technokracja rzeczywistych państw narodowych nie radzą sobie lepiej. Kiedy krytykują atlantyzm Unii Europejskiej, dość łatwo jest im również wskazać, że większość rządów krajowych kieruje się dokładnie w tym samym kierunku. Dziś jesteśmy świadkami ogromnego ruchu planetarnej homogenizacji, który dotyka w równym stopniu kulturę, jak gospodarkę i życie społeczne. Istnienie państw narodowych w żaden sposób temu nie przeszkadza. Wektory tej homogenizacji nie respektują granic i poważnym błędem byłoby sądzić, że moglibyśmy się z tym zmierzyć, wzmacniając je. Tak więc większość krytyki, jaką kieruje się do Europy, byłaby równie uzasadniona w odniesieniu do kraju.

Inna krytyka jest sprzeczne, często są to ci sami ludzie, którzy ubolewają nad polityczną bezsilnością Europy (w kwestiach takich jak wojna w Zatoce Perskiej, konflikt w byłej Jugosławii itp.) i którzy absolutnie odmawiają przekazania władzy niezbędnej do ustanowienia rzeczywistego Europejskiego rządu politycznego, jedynego organu zdolnego do podejmowania niezbędnych decyzji w sprawach polityki zagranicznej.

Argument o „suwerenności” narodów nie jest lepszy. Kiedy mówią, że Unia Europejska oznacza porzucenie suwerenności narodowej, zapominają, że państwa narodowe już straciły zdolność do podejmowania decyzji politycznych w każdej dziedzinie, która ma największe znaczenie. W momencie globalizacji były tylko posiadaczami suwerenności nominalnej. Bezsilność rządów krajowych w obliczu przepływu kapitału, potęga rynków finansowych, bezprecedensowa mobilność kapitału jest dziś widoczna. Musimy to uznać, aby szukać środków do ustanowienia nowej suwerenności na poziomie, na którym można z nich konkretnie korzystać, to znaczy dokładnie na poziomie europejskim. To kolejna dodatkowa motywacja do tworzenia Europy.

Jedną z głębokich przyczyn kryzysu europejskiego budownictwa jest to, że najwyraźniej nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie: czym jest Europa? Jednak odpowiedzi nie brakuje, jednak większość jest zgodna i żadna nie jest jednomyślna. Ale odpowiedź na pytanie: “czym jest Europa?” warunkuje odpowiedź na inne pytanie: “czym powinna być?”

Wszyscy właściwie wiedzą, że nie ma wspólnego środka między Europą dążącą do ustanowienia autonomicznej i suwerennej polityki, z jasno określonymi granicami i wspólnymi instytucjami politycznymi, a Europą, która byłaby jedynie ogromnym rynkiem, przestrzenią otwartej swobodnej wymiany na „otwarte morza”, przeznaczając rozcieńczenie w nieograniczoną przestrzeń, w dużej mierze odpolitycznioną lub zneutralizowaną i funkcjonującą jedynie z technokratycznymi i międzyrządowymi mechanizmami decyzyjnymi. Pospieszne rozszerzenie Europy i egzystencjalna niepewność, która ciąży dziś na konstrukcji europejskiej, sprzyjały do tej pory drugiemu modelowi, inspiracji „anglosaskiej” lub „atlantyckiej”. Ale wybór między tymi dwoma modelami jest także wyborem między politycznym a ekonomicznym, potęgą Lądu i potęgą Morza. Niestety ci, którzy zajmują się budownictwem europejskim, nie mają na ogół najmniejszego pojęcia o geopolityce. Całkowicie im umyka antagonizm logiki lądowej i morskiej.

W 1964 r. Generał de Gaulle doskonale zdefiniował problem, deklarując: „Dla nas, Francuzów, chodzi o uczynienie Europy po to, by być Europejczykiem. Europa europejska oznacza, że istnieje sama i dla siebie, innymi słowy, ma własną politykę pośród świata. Ale właśnie to odrzucają, świadomie lub nieświadomie, niektórzy ludzie, którzy udają, że chcą to sobie uświadomić. Zasadniczo fakt, że Europa pozbawiona polityki pozostaje poddana temu, co nadeszłoby do niej z drugiego brzegu Atlantyku, nawet dzisiaj wydaje im się to normalne i satysfakcjonujące”.

Europa to projekt cywilizacji albo nic. Jako taka implikuje pewną ideę człowieka. Moim zdaniem jest to idea autonomicznej i zakorzenionej osobowości, odrzucającej jednocześnie indywidualizm i kolektywizm, etnocentryzm i liberalizm. Europa, której pragnę, jest więc Europą integralnego federalizmu, jedyną, która w sposób dialektyczny realizuje niezbędną równowagę między autonomią a unią, jednością a różnorodnością. Na takich podstawach Europa powinna mieć ambicję bycia zarówno suwerenną potęgą zdolną do obrony swoich specyficznych interesów, biegunem regulacji globalizacji w wielobiegunowym świecie, jak i oryginalnym projektem kulturowo-cywilizacyjnym.

Na razie dobrze to widzimy, sytuacja jest zablokowana. Chcemy Europy kultury, mamy Europę technokratów. Cierpimy na niedogodności związane z ustanowieniem jednej waluty bez czerpania korzyści. Widzimy, jak znika suwerenność narodowa bez potwierdzenia suwerenności europejskiej, której potrzebujemy. Postrzegamy Europę jako pomocnika, a nie przeciwnika globalizacji. Widzimy, że legitymizuje to politykę oszczędnościową, politykę zadłużenia i uzależnienia od rynków finansowych. Widzimy, że potwierdza solidarność z Ameryką w nowej zimnej wojnie z Rosją i wyraża zgodę na podpisanie transatlantyckiego porozumienia handlowego z Amerykanami, które postawiłoby nas na ich łasce. Widzimy, że popada w amnezję, zapomina o sobie, a tym samym nie jest w stanie czerpać z przeszłości powodów do planowania przyszłości. Widzieliśmy, jak odmawia przekazania tego, co odziedziczyła, widzimy, że nie jest w stanie sformułować dużego wspólnego projektu. Widzimy, jak wychodzi z historii, ryzykując, że stanie się obiektem historii innych.

Jak zakończyć tę blokadę? To sekret przyszłości. Tu i ówdzie widzimy alternatywy, które same się zarysowują. Wszystkie zasługują na zgłębienie, mimo to wiedząc, że czasu jest mało. Często cytowałem to zdanie Nietzschego, który powiedział: „Europa zdecyduje się tylko na skraju grobu”. Wiemy, że Nietzsche również wzywał „dobrych Europejczyków”. No cóż, bądźcie „dobrymi Europejczykami”: wypowiedzmy apel, aby w końcu pojawiło się państwo europejskie, europejskie imperium, autonomiczna i suwerenna Europa, którą chcemy wykuć i która ocali nas od grobu.

Niech żyje Europa, moi przyjaciele! Dziękuję wam!

Źródło: geopolitica.ru

Powyższe tłumaczenie jest własnością portalu 3droga.pl. Kopiowanie go i modyfikowanie bez zgody Redakcji jest zabronione. 

Tłumaczenie: Ansger Valencia

Oprawa graficzna: Resistance Arts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.