Portal 3droga.pl

Portal Nacjonalistyczny

Léon Degrelle: o Bogu, o Kościele, o miłości do człowieka-brata. Fragmenty z wywiadu Jean-Michel’a Charliera z Leonem Degrellem

MŁODY DEGRELLE

Degrelle, krzyżowiec od urodzenia

Urodziłem się 15 czerwca 1906 roku głęboko w belgijskich Ardenach, trzy kilometry od granicy francuskiej, w Bouillon. Nasz dom i ogród graniczyły z Semois, rzeką pstrągową i szczupakową, naprzeciwko ogromnego zamku feudalnego Gotfryda z Bouillon, tego, który był przywódcą Pierwszej Krucjaty. Tak więc od pierwszego spojrzenia na świat byłem w pełni pochłonięty wyprawami krzyżowymi! Wyruszyłem na podbój Rosji radzieckiej w 1941 roku, tak jak mój poprzednik z Bouillonu szturmował Jerozolimę w 1099 roku!

Ale to prawda, urodzenie się głęboko w lasach Ardenów, w pobliżu rwącej rzeki i u stóp starego mocnego zamku Krzyżowca, niekoniecznie predysponuje osobę do wielkiego przeznaczenia. W tej wąskiej dolinie w Bouillon urodziły się tysiące spokojnych ludzi, którzy nie próbowali wtedy przeprowadzić rewolucji swoich czasów!

Rodzina przed 1914 rokiem

Kiedy się urodziłem, nie było także wpływu wyjątkowych wychowawców. Miałem przede wszystkim tylko rodzinę. Ale rodzina to i tak bardzo dużo. Przede wszystkim rodzina, jaką można sobie wyobrazić sprzed pół wieku temu. Po pierwsze, były to rodziny głęboko chrześcijańskie. Nie tylko poprzez wiarę, którą się w sobie nosi, ale przez pasję ofiarowywania, potrzebę poświęcenia się, pragnienie zrozumienia duszy i jej przemienienia.

To, co wówczas wyróżniało rodzinę, to jej spartański charakter. Wychowywało się w ciężki sposób. […] Była dyscyplina. Bardzo wcześnie trzeba było poddać się naprawdę poważnym presjom fizycznym. Pamiętam, miałem osiem lat, byłem małym dzieckiem: jednak każdego ranka o wpół do szóstej wychodziłem przez dolinę Semois, w absolutnej ciemności, często przez śnieg, ku starej dzwonnicy mojej parafii. Ośmioletni dzieciak, który idzie tak sam przez noc, który tak wspina się po tajemniczej wieży, nie wpadając w panikę, otrzymał już piętno, lekcję. Rodzice, którzy na to przyzwalali, mieli również stanowczą myśl, aby nauczyć swoje dzieci życia, jak podejmować ryzyko.

[…]

Degrelle i jezuici

Wszyscy Degrellowie zawsze byli głębokiej wiary chrześcijańskiej. Jesteśmy ludźmi wierzącymi do szpiku kości. Jako dziecko byłem z Wiecznym jak rodzina. Tkwi to głęboko w mojej istocie. Silniejsze od wszystkiego. Silniejsze od polityki.

Doczesności nigdy nie pojmowałem inaczej, niż jako wywyższoną przez duchowość. Ta dwoistość przysporzyła mi później wiele rozczarowań. Ale takim jest prawdziwy Degrelle, pomimo sprzeczności, jakiej wszelkie życie dostarcza na świadectwo. Kto się nigdy nie poślizgnął? I sam nie cierpiał z tego powodu? Przenika mnie ten Bóg, który we mnie mieszka. Moje zmysły, mój mózg, moje ciało Nim wibrują.

Cała moja rodzina taką była. Nadal taka jest. Nadal mam znaczną liczbę siostrzeńców i siostrzenic w zakonach we Francji, Belgii, Afryce, Korei. Miałem trzech wujków i trzech prawujów jezuitów. Mój ojciec chrzestny był proboszczem w Rendeux-Bas, niedaleko La Roche-en-Ardennes. Najstarsza siostra była zakonnicą klauzurową w klasztorze Wizytek w Metz. Ta pasja do Boga, która ogarnęła nas wszystkich jako rodzinę, naprawdę mnie objęła, zjednała, odkąd istnieje.

DZIENNIKARSTWO I MISTYCYZM

U prałata Picarda, świętej osoby

Kiedy byłem studentem, „Le Vingtième siècle” dał mi przywilej posiadania dużej platformy. Wtedy to prałat Picard, który był szefem Action Catholique (Akcji Katolickiej), zaproponował mi zamieszkanie w jego domu w Leuven, aby tchnąć życie w jego publikacje. Odtąd mieszkałem pod jego dachem. Prałat Picard, zmarły w 1945 roku, był najwybitniejszym księdzem, jakiego w swoim życiu poznałem. To święty. A dla mnie istotą życia kapłana jest bycie nosicielem świętości. Musi być w wyłączności zwiastunem życia duchowego.

Prałat Picard był całkowitym świętym. Służyłem mu na Mszy każdego ranka o szóstej, bo często w nocy jeszcze razem pracowaliśmy, albo wracaliśmy wyczerpani trzecią klasą z konferencji na jednym lub drugim końcu kraju. Ale na tych konferencjach zawsze słuchała nas ta sama publiczność – burżuazja i klasa średnia, grzeczna, świętoszkowata, dewociarska. Dręczyło mnie to: oto dzielni ludzie, to dobrze, ale gdzie jest naród? Jak do niego dotrzeć? Jak – powtarzałem sobie codziennie – jak przywrócić ludziom wielką wiarę, podstawową i niezbędną, sięgającej najgłębszych korzeni ludzkiej istoty? Jak obalić straszliwe blokady wznoszone między narodem a Wiarą?

Księża politycy, szarlatani kościelni

Na ziemi jest wystarczająco dużo chrześcijan świeckich do udzielania się w sprawach doczesnych. Ksiądz, który jest nieustannie wkręcony w sprawach sporów politycznych, syndykalizmu, aborcji, pederastii i setek podobnej maści opowieści, jest dla mnie kościelnym szarlatanem, nie jest księdzem.

Ksiądz? On został stworzony po to, by próbować doprowadzić ludzkość do Nieba, a nie po to, by zebrać setkę włochatych krzykaczy strajkujących pod ambonę, by głosić kazania.

Lud poza Wiarą

Kiedy miałem dwadzieścia lat, wielu robotników żyło bez wszelkiego życia duchowego. Żyli poza religią, ponieważ religia była powiązana z wszelkiego rodzaju kapitalistyczną dominacją. Tak było. Kościół sprzed 1940 roku zbyt często był kościołem bogaczy. Co więcej, w wielu krajach, a szczególnie w Belgii, partia katolicka, na ogół mało atrakcyjna, dała się skompromitować w brudnych skandalach finansowych, pod przykrywką monstrancji i ornatów.

Żadna osoba świecka, żaden chrześcijanin nie zerwał tych łańcuchów hańby. Gdziekolwiek by się nie było w Belgii, aby znaleźć robotników, mówili: „A wasza katolicka partia, czy tym jest religia?”

Ten konflikt mnie smagał niczym bicz. Religia powinna na nowo stać się czysta, uwolnić się od kompromisów, wszystko sprowadzić do swojej ściśle boskiej misji. To do świeckich chrześcijan należało podwinąć rękawy do „ugniatania ciasta” w sferze doczesnej. W zaciekłych walkach partii i nadużyciach związków zawodowych Kościół za wszelką cenę nie powinien ugrzęznąć w swoim duchowym działaniu.

Sprzeciw mas klasy robotniczej wobec Kościoła, który zdewaluował swoje duchowe powołanie i który, ustawicznym ukrywaniem się pod demagogicznym blichtrem, sprawił, że cierpiałem tak bardzo, że odtąd, już w młodości, podjąłem bezpośrednią akcję apostolską, żywą, przy tłumach.

O rewolucję dusz

J-M Charlier: Kim dla Ciebie był Bóg? I jakie było twoje stanowisko wobec kleru?

Opowiedziałem już o tym kilka słów, mówiąc o mojej wierze z okresu dzieciństwa. Dla mnie Bóg to wszystko. Kościoły, kler, to pasy napędowe. Nie są niezbędne, pomagają dotrzeć do tego, co niezbędne. Liczy się dotarcie do serca człowieka, które w naturalny sposób skłania się ku duchowości. Czy przez tę czy inną religię. Jako Rosjanin, wielbiłbym Boga według obrządku prawosławnego. Jako Arab podążałbym ścieżkami Islamu, aby do Niego dotrzeć. I hinduizmu, gdybym mieszkał w Kalkucie. Co ważne, to Bóg. To miłość Boga. To miłość ludzi poprzez Boga. Reszta, biskupi, papieże, mułłowie, bonzowie, to szczeble, często chwiejne, wszystkie, ludziom niezbędne, którzy nie mogą obejść się bez ustalonych kamieni milowych i wskazówek.

Jeśli człowiek z całego serca oddaje się Bogu, objazdy i zarysy przez labirynt obrzędów są tylko środkami wspomagającymi. Jako dzieciak, podczas katechizmu, kiedy powiedziano nam, że katolicyzm jest jedyną dopuszczalną drogą do Boga, byłem zdumiony. Ten monopol chrześcijańskiego zbawienia wydał mi się nadużyciem. Bo że dziecko się urodziło nad brzegiem Gangesu, czy Yang Tse Kiang lub rzeki Kongo, czy było duchowo potępione? Czy niebo było mu zakazane? Po prostu dlatego, że ksiądz z Bouillon nie sprawował swojej posługi duszpasterskiej na zakurzonych pustyniach Arabii czy w tropikalnym buszu?…

Ta ekskomunika czterech piątych ludzkości zaszokowała mnie. Bóg jest Bogiem wszystkich ludzi, Murzyna w lesie równikowym, Hindusa kontemplującego swoją krowę, Kanaka w swoich namorzynach. Zgodnie z katechizmem, którego nas uczono, wszyscy ci, którzy nie byli ściśle katolikami, powinni byli zostać wyrzuceni z niebiańskich perspektyw, i to na mocy interpretacji doktrynalnych, których te dalekie narody nie miały ani okazji, ani możliwości analizowania, porównywania.

To samo z dziećmi! Gdyby umarli, nie otrzymawszy na swoich małych gołych główkach kilku kropel wody chrztu, musieliby koniecznie polecieć się w otchłań?… Przed Bogiem, który ich stworzył, tak samo jak nas których proboszcz naszych parafii namaścił na czas?³

J-M Charlier: To wszystko nie przeszkadzało ci być żarliwym propagandystą tego Kościoła?

Nie dokładnie. To Boga chciałem sprowadzić do tłumów, a nie do religijnej maszynerii, której niedoskonałości i konieczność dobrze znałem.

Miałem przed sobą przykład kardynała mecheleńskiego, dla którego niewierzący był potworem. Dla mnie, niewierzący był bratem. Apostolstwo, jak je rozumiałem, było przeciwieństwem tej inkwizycyjnej mentalności. Nie chodziło o wznoszenie barier między wierzącymi a tymi, którzy nie otrzymali boskiego oświecenia lub dla których zew Boga jest fantazją, a nawet nonsensem.

Niewierzący nie może być dla wierzącego potępiony. Łaska jest darem. Można jej nie otrzymać. Z pewnością wielu ludzi, którzy nie otrzymali jej olśnienia, mogło mieć pokorę, by o nią poprosić. Bóg jest w zasięgu każdego.

On jest Wszechmocnym. Cała przyroda krzyczy o Jego istnieniu: tysiące żywych gatunków, śpiewający ptak, motyle o bogatych wzorach na skrzydłach, ciało człowieka, cud oka spoglądającego na wszechświat, złożoność mózgu o milionach żywotnych splotach, niesamowity układ nieba usianego gwiazdami, orzeźwiający szum mórz, wszystko mówi nam, że świat jest ładem i potęgą, i że przypadek, jeśli mógł spowodować kilka szczęśliwych wydarzeń, nie mógł stworzyć tak fantastyczną harmonię, w której najmniejszy komar jest arcydziełem.

Ale Bóg jest nie tylko potęgą, jest także, jest przede wszystkim Miłością. Tam właśnie tkwi wielka tajemnica serc. Chcemy kochać, chcemy być kochani. Cała nasza istota jest nastawiona, nawet na poziomie ludzkim, w kierunku tego, który przyjmie najgłębszą część nas samych. Tragedią jest nie widzieć, gdzie jest Miłość, wędrować po cieniach, nie otrzymać cudownego oświecenia. Bóg jest tym oświeceniem, które nas całkowicie przenika, całkowicie wzrusza, które nas napełnia i unosi.

Niewierzącemu to przenikanie wydaje się histerią i głupotą, ponieważ tego nie rozumie. Jest jak człowiek, który nie znalazł w ciemności włącznika elektrycznego, który da mu światło. Wielu w głębi swej istoty chciałoby wierzyć, że to światło istnieje, że istnieje Bóg, którego wezwania nie słyszeli, czasami może dlatego, że nie powiedzieli mu skromnie: Jeśli istniejesz, Boże, oświeć mnie!

Wielu podjęło to wezwanie, od św. Pawła do Pascala, od Pasteura do Léona Bloya. I otrzymali odpowiedź. Wielu innych o nic nie prosiło, pozostali, z wiszącymi rękoma, poza sacrum, u progu prawdziwego życia.

To ta miłość Boża, ta tajemnica Boża, ta łaska Boża, Jego patetyczne wezwanie do ludzi, kieruje moim działaniem. Tym razem ją posiadłem, moje serce płonęło jej radościami. Chciałem nieść innym moje szczęście.

J-M Charlier: Jak pogodzić się z istnieniem innych religii?

To inna sprawa. Być może istota wyższa mogłaby sama dojść do duchowego, a nawet mistycznego przeniknięcia.

Ale tłum musi być prowadzony, nakierowany, nadzorowany. Chrystus, ceną swej straszliwej agonii, w tym celu przyniósł ludzkości chrześcijaństwo. Nie zapobiegło to by Kościół, w rękach ludzi, często ulegał upadkom. Papiestwo niejednokrotnie było karczmą łobuzów, z ukradkowymi skandalami. Ale ogólnie rzecz biorąc, wielka instytucja Kościoła katolickiego umożliwiła milionom istot, niezdolnych do samodzielnego dotarcia do Boga, osiągnięcie wyzwalającego życia duchowego.

Inne religie również miały swoje niepowodzenia. Kościół prawosławny miał swoje ekscesy, Islam swoje zaciekłe spory. Sam Luter, donosiciel skandali w Rzymie, porwał dziewczynę, do tego zakonnicę. Człowiek wypatruje księdza jak każdy z nas. Przylega do boskości. Ale silnik religii, nawet jeśli istnieją nieudane, jest konieczny, aby dotrzeć do końca drogi duchowej; dzięki niemu na wyżyny wznoszą się miliony istot, które w przeciwnym razie pozostawałyby w rowach już od pierwszych metrów.

Co więcej, ten ziemski Kościół może naprawić swoje błędy. Naprawić swe błędy, pokonać swe słabości, być coraz bardziej godnym swej misji. Niezliczeni księża są godnymi podziwu przewodnikami. Klasztory są wielkimi jeziorami ludzi, w których odbija się niebo i z których płyną oświecające i żywicielskie fale modlitwy i miłosierdzia. W ciągu dwudziestu wieków ekspansji chrześcijaństwo miało tysiące świętych i mistyków, oddani ciałem i duszą swoim darom duchowym. Każdy wiek je znał. Wreszcie dzięki nim i dzięki Bogu, który podtrzymuje najsłabszych, dwa tysiące lat duchowieństwa katolickiego dały wierzącym sprawną organizację.

W każdym razie przywódcy Kościołów są tylko narzędziami Boga, z których każdy strzeże swego sumienia, to niedoskonali pasterze, prowadzący trzodę w pewnym porządku i minimalnej spójności, która nigdzie by nie dotarła, gdyby pozostała rozproszona.

Taki był mój stan umysłu w wieku dwudziestu lat w kwestii Boga, Kościoła, człowieka-brata, niezależnie od tego, czy wierzy, czy nie. Chciałeś, żebym oddał się tej introspekcji. Odpowiadanie na twe pytanie było kwestią delikatną. Ja to zrobiłem. Serce tego, kto marzy o byciu zdobywcą dusz, jest tego wartościowe tylko wtedy, gdy jest jak szeroko otwartą księgą. Przed chwilą widziałeś moją duszę, obnażoną jak na stole operacyjnym.

Od wiary do Reksizmu

J-M Charlier: Rzadko się zdarza, to prawda, że człowiek tak szczerze mówi o Bogu. W jaki sposób twoja wiara przełożyła się na czyny?

To, że bardzo młody chłopiec zgrywał kaznodzieję, nie było pozbawione ryzyka. Pamiętam moje pierwsze próby. Poszedłem mówić o Wielkim Tygodniu w Seraing, dużym ośrodku przemysłowym na przedmieściach Liège, który był wówczas jednym z najpotężniejszych bastionów komunizmu. Ksiądz ledwo co mógł się tam udać, aby publicznie mówić o Chrystusie przed tłumami robotników. Zorganizowałem tydzień Męki Pańskiej. Sześć dni z rzędu wyjaśniałem na głównym placu ofiarę Chrystusa na krzyżu. Cóż! Tłum, z początku kpiący, szybko coraz liczniejszy, wysłuchał. Sprawiłem, że skostniała publiczność płakała, tak, płakała. Było to dowodem na to, że wszystko jest możliwe, że religijna wrażliwość narodu wciąż istniała, i ich potrzeba przezwyciężenia mgieł i cieni niepewności…

Poza tym powtarzam to teraz wszystkim młodym: wszystko jest zawsze możliwe. Nie ma przeszkód dla tego, kto ma wiarę, kto przez nią płonie i kto dzięki jej ją rozpali u innych. Odtąd powiedziałem sobie, widząc zupełnie zrozumiały bunt ludu, że chodziło o uwolnienie ich od egoizmu i materializmu, a nie przez upieranie się przy obiecywaniu więcej niż Marx, niż Engels, niż Lenin, ale starając się odnowić każde opuszczone, znużone, zbrukane serce, aby odbudować prawdziwą wspólnotę ludzką, sprawiedliwą, braterską, aby pobudzić w niej najwyższe drgania dusz.

Właśnie to doprowadziło mnie do stworzenia Reksizmu.

1. „Kościół katolicki nic nie odrzuca z tego, co w religiach owych prawdziwe jest i święte. Ze szczerym szacunkiem odnosi się do owych sposobów działania i życia, do owych nakazów i doktryn, które, chociaż w wielu wypadkach różnią się od zasad przez niego wyznawanych i głoszonych, nierzadko jednak odbijają promień owej Prawdy, która oświeca wszystkich ludzi. Głosi zaś i obowiązany jest głosić bez przerwy Chrystusa, który jest „drogą, prawdą i życiem” (J 14,6), w którym ludzie znajdują pełnię życia religijnego i w którym Bóg wszystko z sobą pojednał. Przeto wzywa synów swoich, aby z roztropnością i miłością przez rozmowy i współpracę z wyznawcami innych religii, dając świadectwo wiary i życia chrześcijańskiego, uznawali, chronili i wspierali owe dobra duchowe i moralne, a także wartości społeczno-kulturalne, które u tamtych się znajdują.” (Punkt II, Nostra Aetate)

2 „Stwierdzenie to nie dotyczy tych, którzy bez własnej winy nie znają Chrystusa i Kościoła: Ci bowiem, którzy bez własnej winy nie znając Ewangelii Chrystusowej i Kościoła Chrystusowego, szczerym sercem jednak szukają Boga i wolę Jego przez nakaz sumienia poznaną starają się pod wpływem łaski pełnić czynem, mogą osiągnąć wieczne zbawienie.” (Katechizm Kościoła Katolickiego, 847)

3 „Jeśli chodzi o dzieci zmarłe bez chrztu, Kościół może tylko polecać je miłosierdziu Bożemu, jak czyni to podczas przeznaczonego dla nich obrzędu pogrzebu. Istotnie, wielkie miłosierdzie Boga, który pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni (Por. 1 Tm 2, 4) i miłość Jezusa do dzieci, która kazała Mu powiedzieć: „Dopuśćcie dziatkom iść do mnie, a nie zakazujcie im” (Mk 10,14), pozwalają nam mieć nadzieję, że istnieje jakaś droga zbawienia dla dzieci zmarłych bez chrztu. Tym bardziej naglące jest wezwanie Kościoła, by nie przeszkadzać małym dzieciom przyjść do Chrystusa przez dar chrztu świętego.” (Katechizm Kościoła Katolickiego, 1261)

4 „Jeśli ktoś twierdzi, że łaskę usprawiedliwienia otrzymują jedynie ci, którzy są przeznaczeni do życia wiecznego i że wszyscy inni powołani zostali rzeczywiście powołani, jednak nie otrzymują łaski, ponieważ mocą Bożą są przeznaczeni do złego — niech będzie wyklęty.” (Kanon XVII, Sobór Trydencki)

Źródło: „Léon Degrelle: persiste et signe” 1985

Powyższe tłumaczenie jest własnością portalu 3droga.pl. Kopiowanie go i modyfikowanie bez zgody Redakcji jest zabronione. Tekst został zamieszczony ze względu na niewątpliwe walory historyczne i nie ma na celu propagowania “ustrojów totalitarnych”.

Tłumaczenie: Michał Szymański

Oprawa graficzna: Resistance Arts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.