Portal 3droga.pl

Portal Nacjonalistyczny

Bartłomiej Tatar: Kształt Wody – anatomia rybiej dewiacji

kształt wody, kształt wody film

Potwory od zawsze budziły w ludzkim umyśle przerażenie. Były personifikacją szeregu zakorzenionych w społeczeństwie obaw. Odnosiły się do lęku przed tym, co nieznane, dzikie i często, a być może przede wszystkim silnie wypaczone seksualnie. Przykłady, proszę bardzo. Dracula elegancki hrabia obcokrajowiec o osobliwych upodobaniach. Praktykowany przez niego proces wysysania krwi miał nadzwyczaj charakterystyczne cechy – zawsze dochodziło do niego w nocy, ofiarą padały urodziwe dziewice, drapieżnik nabrzmiałymi kłami przebijał się przez skórę i żyły, dochodziło do wymiany płynów. Opisane przez Brama Stokera działanie miało kształt wampirycznego, perwersyjnego aktu seksualnego, a Dracula był nikim innym jak gotyckim ucieleśnieniem zboczenia. Inne przypadki nie wypadają wcale lepiej. Mumia, czyli obsesyjny kochanek, stalker sprzed kilku wieków, który napastuje dziewczynę przypominającą mu jego utraconą miłość. Potwór z czarnej laguny to hybryda gatunkowa pałająca popędem ku przedstawicielce wyższej rasy. O klimatach zoofilii w „King Kongu” już nie wspomnę. Wszystkie te potwory łączą podobne elementy — są czymś obcym, pochodzą spoza cywilizowanego środowiska oraz istnieje w ich sferze uczuciowej ogromny ubytek. Sposób obrazowania poczwary był zawsze jednoznaczny, polegał na ukazaniu jej jako społecznego wroga, któremu należy obciąć głowę i zakopać głęboko pod ziemię, aby więcej nie zagrażał zdrowemu środowisku ludzkiemu. Żyjemy jednak w czasach, gdzie wszystko staje na głowie. Nawet tak oczywisty motyw walki ładu z personifikacją czającej się poza rozumem dzikości, musiał zostać kiedyś rozbity. Pod wpływem określonych zmian społecznych, w końcu nawet w kinie popularnym obsceniczność odniosła zwycięstwo nad czystością.

Człowiekiem, który postanowił obrócić całą tą naturalną i oczywistą konwencję o sto osiemdziesiąt stopni, okazał się zagorzały liberał, wróg Kościoła Guillermo del Toro. Jego rewolucyjno-lewacka chęć zmiany dotychczas panującego w kinie schematu ma swój początek jeszcze w dzieciństwie. Miał zaledwie kilka lat, kiedy po raz pierwszy zobaczył „Potwora z czarnej laguny”, tytułowa postać ogromnie mu się spodobała, dodatkowo zafascynowała go jego relacja z bohaterką Julie Adams. Jednocześnie dogłębnie rozczarowało zakończenie, w którym potwór ginie. Wtedy właśnie narodził się w jego dziecięcym umyśle pomysł na alternatywne rozwiązanie historii, gdzie kreatura wygrywa i spędza wspólne życie z porwaną ”ukochaną”. Nie da się ukryć, że Guillermo już za młodych lat nie był zbyt normalną osobą. Niedziwne, że jego babcia wielokrotnie z powodu osobliwych rysunków wnuka wzywała do niego egzorcystę. Biedna kobieta. Wracając jednak do tematu, reżyser po latach pracy w filmowym fachu, dostał wreszcie zielone światło od jednej z wielkich wytwórni filmowych na stworzenie swojej wymarzonej historii o rybim potworze. Efekt chwycił za serce całe lobby LGBTQIAP… i tak dalej, dając ogromnej grupie dewiantów nowy popkulturowy brylant, który mogą czcić niczym odlanego ze złota cielca.

Przyznać trzeba, że pomysł reżysera, choć wzbudził niespotykanie żywe zainteresowanie, szczególnie wśród wyzwolonych miłośniczek rybich wdzięków, nie jest niczym szczególnie oryginalnym. Jeden z pierwszych kulturowych ataków na wizerunek zdrowej relacji damsko–męskiej przeprowadzili tacy pisarze jak Markiz de Sade i Leopold von Sacher–Masoch. Psycholog Gad Saad wskazuje, że „One (kobiety) wybierają partnera, bazując na jego potencjalnej trajektorii zakładanej w przyszłości. Polega to na tym, że w przyszłości przejawisz na tyle talentu, że wybierając ciebie, znajdą się na tej wznoszącej trajektorii. Żadna kobieta nigdy nie wypowiedziała słów – nie masz talentu ani ambicji, nigdy nie wyjdziesz z piwnicy, ale chodźmy się kochać”. Wyżej przytoczone osoby posługując się naturalną kobiecą chęcią posiadania mężczyzny zaradnego i stanowczego, stworzyły podniesiony do ekstremum obraz męskiego brutala o patologicznych zapędach. W książkach takich jak „Wenus w futrze” „Sto dwadzieścia dni sodomy” i „Juliette” śmiało opisują gwałty, sadyzm oraz dziwaczne związki oparte na syndromie sztokholmskim. Współczesne feministki z jednej strony toczą pianę z ust na hasło tradycyjna rodzina (bo to przecież modelowy przykład kobiecego wyzysku), a z drugiej jak na hipokrytki przystało, z chęcią sięgają po unowocześnione wersje podręczników romansowych gwałtów autorstwa E. L. James czy Blanki Lipińskiej.

Wraz z coraz silniejszym rozwojem środowisk seksualnie wyzwolonych tęczowców, nurt dzieł zapoczątkowany przez XVIII i XIX wiecznych pisarzy zaczął obierać nowe, bardziej wymyślne formy, o często przystępniejszym dla młodego rocznika kształcie. King Kong w wersji z 2005 roku stał się dla porwanej blondynki całkiem atrakcyjnym zwierzaczkiem, a krwiopijny hrabia przetransformował się w urodziwego, bladego nastolatka z sześciopakiem i ponętnym imieniem Edward. Guillermo podąża podobnym nurtem, choć całe szczęście jest na tyle uczciwy, że nie ubiera swojego potwora w nowe fizycznie atrakcyjniejsze ciało. Decyduje się dać widowni zrealizowaną na miarę XXI wieku poczwarę o dość klasycznym, monstrualnym designie. Posługuje się za to znacznie wymyślniejszymi rozwiązaniami, aby ładnie opakować prezentowaną w warstwie fabularnej perwersje.

Całej produkcji nadaje magicznego klimatu, który nieświadomego widza wciąga niemal natychmiast. Wszystko od scenografii po kostiumy zapiera dech w piersi. Reżyser po mistrzowsku prowadzi oglądającego za rękę, prezentując mu idealnie skrojony przez siebie świat. Z nadzwyczajną precyzją, konsekwentnie prowadzi fabułę do samego końca według ściśle określonego planu. Rozpościera na ekranie nowoczesną baśń dla zliberalizowanego społeczeństwa. Nie jest to więc baśń klasyczna, gdzie damę w opałach ratuje szlachetny rycerz, uprzednio ubijając jakiegoś potwora. Co to to nie, tutaj potwór jest ratowany przez damę, następnie ta dama zamyka go w swoim małym mieszkanku i wykorzystuje seksualnie. Pojęcie zła i dobra zostaje rozmyte. Przeprowadzono cichy atak na obraz przeciętnej rodziny. Zwyczajny biały obywatel to osoba uprzedzona ze wszystkich możliwych stron i oczywisty czarny charakter. Dawniej postacią negatywną był ktoś związany z siłami ciemności bądź, przedstawiciel odmiennej grupy etnicznej, dziś jest nim biały chrześcijanin. Dlatego też w tym filmowym uniwersum jedynie mniejszości narodowe i seksualne mogą być bohaterami pozytywnymi. Niema latynoska, miły podstarzały homoś sąsiad oraz czarnoskóra, uciśniona przez męża kobieta łączą siły, tworzą wspólnie paczkę multikulti przyjaciół, gotowych na przeciwstawienie się każdemu opresyjnemu systemowi białych Amerykanów.

Moim zdaniem najciekawsze jednak jest to, jak reżyser zestawił ze sobą dwa modele zbliżenia płciowego. Współżycie kobiety i mężczyzny przesiąknięte jest przemocą, brakiem subtelności, można rzec zezwierzęceniem. Natomiast zbliżenie między kobietą a człowiekiem rybą, którego poziom intelektualny przypomina poziom psa (podczas jednej sceny zdarza mu się nawet zjeść kota), ma wymiar pięknego, pełnego uroku, artystycznego wręcz uniesienia. Ukazany przez autora niby klasyczny model relacji kobiety i mężczyzny nijak się ma do zasad wyznawanych przez środowiska tradycjonalistów. Aby się o tym przekonać, wystarczy spojrzeć do Katechizmu Kościoła Katolickiego „1645 Przez równą godność osobistą kobiety i mężczyzny, która musi być uwzględniona przy wzajemnej i pełnej miłości małżonków, ukazuje się także w pełnym świetle potwierdzona przez Pana jedność małżonków”, lub statutu Obozu Narodowo Radykalnego „Rodzina, będąc fundamentem i bogactwem Narodu, jego podstawową komórką, rozumianą jako nierozerwalny związek małżeński kobiety i mężczyzny będzie objęta szczególną ochroną… Powołanie do życia w rodzinie i odpowiedzialność za nią są w równym stopniu obowiązkiem kobiety, jak i mężczyzny”. Tradycjonaliści zawsze okazywali ogromny szacunek instytucji małżeństwa. Wystawiali na społeczny piedestał związek kobiety i mężczyzny oraz podkreślali konieczność jego ugruntowania na wzajemnym poszanowaniu i miłości.

Tego typu zakrzywiony sposób przedstawiania rzeczywistości idealnie wpasowuje się w narracje wielu rządzących współczesnym światem ugrupowań. Dewiacja bowiem ma swoje odzwierciedlenie nie tylko w sztuce, mediach, szeroko pojętej kulturze. Ona już od wielu lat bryluje na salonach wielkiej polityki. Narzuca trwałe zmiany społeczne, wnikając nawet do organizacji naukowych. Obecnie nie mówi się już nawet o zalegalizowaniu małżeństw jednopłciowych, czy daniu im możliwości adoptowania dzieci. Te przywileje stały się pewnym standardem dla ”ucywilizowanych” krajów zachodniej Europy. Za pomocą nauki usiłuje się urzeczywistnić najbardziej chorą wizję środowisk tęczowych degeneratów, mianowicie możliwość posiadania przez nich własnego biologicznego potomstwa. Współżyjące z rybami feministki to nic w porównaniu z tym, co szykuje światu postęp medyczny. W 2012 roku Japończycy odseparowali z komórek zwyczajnych komórki macierzyste. Dzięki temu z komórek dajmy na to skóry, można już otrzymać jajnik lub plemnik, co zresztą udało się w 2016 roku w Hiszpanii, gdzie z komórek skóry wyhodowano plemniki. Zatem od strony teoretycznej możliwym jest już posiadanie przez np. dwójkę pederastów własnego potomstwa. Pojawia się pytanie, kto w swoim ciele nosiłby rozwijające się dziecko. Problem ten rozwiązali badacze z uniwersytetu Kornela. Rozwijali oni zarodek myszy w sztucznym środowisku. Podobne eksperymenty prowadzone są na ludzkich zarodkach – żywym, nierozwiniętym organizmie człowieka. Na razie badania nie przekraczają 12 i 13 dnia rozwoju, jednak co nieuniknione z powodu naporu pewnych grup z pewnością ulegnie to zmianie. Dla naukowych liberałów, bez znaczenia pozostają kwestie etyczne. Płeć jest dla nich, jedynie płyną, bezkształtną jak woda materią. Można ją zmieniać do woli za pomocą narzędzi chirurgicznych i odpowiedniej terapii hormonalnej.

Jak powiedział kard. S. Wyszyński:

Rodzina Bogiem silna mocą swojego narodu”.

Gdzieś na etapie zawrotnego rozwoju, a obecnie regresu cywilizacyjnego zapomniano, o podstawowej wartości zdrowej rodziny. Błądzący po omacku lud zmierza ku samozagładzie. Wartość Narodu i wiary zastępuje od dawna barwny bożek sodomii. Współczesny świat wpisał do swojego panteonu bogów pogardę, zakłamanie i zboczenie. Jako jedyni jesteśmy jeszcze w stanie połamać i spalić te stele obrzydliwości.

Tekst należy do cyklu “Cinema Nacionalismo”, w którym Bartłomiej Tatar pisze o kinematografii nacjonalistycznym okiem. Inny tekst z tej serii można przeczytać klikając tutaj.

Oprawa graficzna: Resistance Arts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.