Portal 3droga.pl

Portal Nacjonalistyczny

Filip Paluch: Śnieg zasypał wszystkie drogi…

Wstyd mi przed Tobą, Czytelniku, bowiem nie znajduję tego dnia w sobie mocy, by przelać ją w płomienne wersy. Jowisz z Saturnem zbiegły się w Wielkiej Koniunkcji, a Betlejemska Gwiazda rozbłysła na niebie przykrytym tumanem chmur. Zima się przesila, jednak powietrze nie drży, nie rozstępuje się ziemia. Przemija poranek, dzień, a słońce zachodząc, przykrywa miasto płaszczem ciemności. I ta kruszy się, spłoszona wschodzącym śpiewem Jutrzni, której rutyny nic nie jest w stanie przełamać. W końcu nie dzieje się nic nadzwyczajnego, dzień podobny do dnia. Zrywają się w bezdechu kolejne kartki kalendarza. Kończy się grudzień, kończy się rok Pański 2020. Kolejny z bezdennej głębi lat trwającej apokalipsy. Ten czas w wyjątkowy sposób domaga się pokrzepienia, które nie nadchodzi. Horyzont pozostaje przysłonięty, nie sposób dostrzec linii widnokręgu. Pozostaje uparte trwanie, wbrew wszystkiemu – może nawet… logice?

Gdzieś w Tatrach, na jednej ze stromizn Orlej Perci, drżące dłonie samotnego wspinacza po omacku szukają oparcia w skalnych zagłębieniach. Nogi uginają się w dramatycznym drżeniu powodowanym, raz to nadludzkim wysiłkiem, raz to znowuż, paraliżującym od stóp po przełyk, strachem. Czy wspinacz popełnił błąd, porywając się do samotnego starcia ze szczytem? Czy nie łatwiej było, łagodnym szlakiem spacerować z gwarnym tłumem, nasyciwszy żądze w schronisku, cieszyć podchmielone oczy gładką taflą Morskiego Oka? Śmiać się wespół ze wszystkimi, żartować z życia – korzystając z życia? Wspinacz pokonał wcześniej nie jedną ścianę, chytrze umykał …krzykom pękniętej liny, kamieniom zerwanym spod stóp. Warunki nie były łatwe, porywisty wiatr z łoskotem spadał z wysokości góry, na rzęsach zbierał się szron. Spodziewał się tego, jeszcze u dołu – przy skrzyżowaniu szlaków – spotkał starego taternika, który wyruszał by stoczyć podobne starcie. Będzie ciężko – powiedział. – Momentami niespodziewanie ciężko, ale dasz radę – obaj damy… no przecież musimy dać. – dodał pewnie, a jego twarz wypełnił pogodny uśmiech. W jego błękitnym spojrzeniu skrzyło się przejrzyste niebo i spokój. Równy oddech unosił jego pierś. Musimy dać – pomyślał mężczyzna, który resztkami sił rozedrganych mięśni bronił się, by bezwolnie nie zwisnąć na niedokładnie zabezpieczonej linie. Ku górze nie pchała go już wola życia, siła doświadczenia czy zwykły rozsądek. Przytłaczające zmęczenie, którego nie doświadczył nawet na o wiele trudniejszych szczytach, przyćmiło jego myśli. W głowie nie dawał się słyszeć wewnętrzny głos, wyobraźnia nie nasuwała obrazów, a emocje, uczucia – drgania serca i porywy duszy, zniknęły już chwilę temu – jakby nigdy nie istniały. Świadomość przepełniał tylko rwący ból, palący w mięśniach, kłujący w mostu. W świszczącym pomiędzy skałami wietrze, dało się tylko słyszeć: – …no przecież musimy dać. Na pamiętał kiedy znalazł się na szczycie. Nie wiedział, czy cokolwiek wtedy czuł, dzięki jakiej Boskiej interwencji mu się to udało. Nawet po latach, z trudem udawało mu się przywołać migawki ze szlaku, którym zszedł na dół. W schronisku czekała na niego jedyna kochająca osoba. Na jego widok, spojrzenie tej najbliższej osoby, zalały łzy rozpaczy, która nie znalazłszy oparcia w faktach, szukała ujścia w emocjach. – Opuściłeś mnie, porzuciłeś mnie, odszedłeś… – zdawały się szeptać usta. On jednak wiedział, że nic co zrobił, nie było bez celu. Wiedział, że musiał – nie dla siebie, prędzej wbrew sobie, ale… W zasadzie nie potrafił powiedzieć czemu. Po prostu wiedział, że tak trzeba, a gdzieś u dołu potylicy łaskotało go echo: – no przecież musimy dać.

To był ciężki rok, chciałoby się powiedzieć – dobrze, że już się kończy – gdyby tylko nie pozostawiał niesmaku, którego nie ma czasu już przepłukać. W ciągu tych miesięcy wylało się tak wiele nienawiści, ludzkiej pogardy, pełzającej zawiści i wzajemnego niezrozumienia. Napięcie narastało od pierwszych dni tego 2020 roku, pogłębiało się w kolejnych falach odurzenia, w nadchodzących po sobie miesiącach. Trwający w pijanym tańcu festiwal poniżenia, w którym skakano sobie do gardeł: bogaci z biednymi, rządzący z nierządzącymi, silni ze słabymi, wierzący z niewierzącymi, zdrowi z chorymi. To, co wydarzało się od października, było tylko zwieńczeniem, szatańskim podsumowaniem, w którym wybrzmiewało bluźniercza groźba, że Antychryst może być kobietą. Jak wulgarny okrzyk odbijający się od asfaltu ulic polskich miast, będący odpowiedzią na kolejne wezwania Litanii Loretańskiej. Na końcu zawsze okazuje się, że sprawiedliwych jest tylko garstka. Kilka iskierek tlących się w popiele, które tylko może – może – da się w ogóle i kiedykolwiek rozdmuchać. Iskierki nie gasną, choć w około pada rzęsisty deszcz. Wciąż nie gasną, chociaż mijają kwartały, lata całe. Masz jeszcze siłę? …idziemy?

Kimkolwiek jesteś, dziękuję Ci, że jesteś z nami – ze mną. Dziękuję, bo to może Twoja twarz dostrzeżona w jakimś miejscu, Twój oderwany od ogólnego zamętu wpis, dobre słowo czy pokorne spojrzenie, wybrzmiało w mojej głowie jak te słowa: Będzie ciężko. Momentami niespodziewanie ciężko, ale dasz radę – obaj damy… no przecież musimy dać. Więc idę, razem idziemy, czasami może na czworaka, z piersią wcale nie tak dumną, z głową może coraz rzadziej wysoko uniesioną, stawiamy kolejne kroki przyjmując z pokorom spojrzenia żalu, wyrzutu, rozpaczy, złości i nienawiści, którymi honorują nas w świecie.

Nie ma co dzielić włosa na czworo, tracić czas na wątpliwości , przystawać. Idziemy bez względu na to co w sercu i w głowie. Idziemy bo tak trzeba. Nie traćmy czasu!

Powyższy tekst został opublikowany w czwartym numerze pisma W Pół Drogi. PDF z tym numerem jest dostępny TUTAJ, inne numery naszego pisma możesz zobaczyć TUTAJ

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.