Portal 3droga.pl

Portal Nacjonalistyczny

Nepomucen Gąsior–Trąbka: Bezmyślna konsumpcja

konsumpcja kultury

Nie warto czytać książek. Poważnie! Od lat trwają kampanie społeczne, które namawiają Polaków do czytania książek. Zachęcają do tego autorytety, czytliwi pisarze – tym akurat się nie dziwię – politycy, a kto wie, może nawet i księża, w końcu powszechnie uznano, że czytać trzeba, bo to ważne, tylko nikt nie mówi dlaczego. Ja natomiast, na przekór wszystkim i z równie wysoka uważam, że książek tak po prostu czytać nie warto. Na samym końcu historii zupełnie też niepotrzebny jest wzrost statystyk czytelnictwa w naszym kraju, a za argument może posłużyć tu właśnie statystyka – choć domniemana. 

Kilka lat temu wybuchła moda na bieganie. Trzeba ćwiczyć, bo sport to zdrowie, a w zdrowym ciele i duch jest zdrowy, więc wszyscy zaczynali biegać. Powiedzenie, że sport to zdrowie, mogłoby rozbawić każdego lekarza sportowego, ale ludzie biegali, w trampkach, sandałach, w czymkolwiek się dało i gdziekolwiek się dało – głównie oczywiście po asfaltowych alejkach, brukowanych chodnikach. Patrzyłem na to, na tych pozytywnie mobilizujących się do wysiłku ludzi w tenisówkach i tylko ogromnie żałowałem ich stawów, kolan, łąkotek, bo sam od lat leczyłem się u ortopedy i ze sportowych kontuzji mógłbym napisać doktorat. Z czytaniem książek jest właśnie chyba trochę jak z tym sportem – obu rzeczy nie warto robić bezmyślnie, nie każde ćwiczenia są pożyteczne, tak jak nie każda książka ma wartość – od jednego można dostać kontuzji, a przez drugie zdurnieć. 

Można by powiedzieć: – nawet czytanie miernych romansideł jest pożyteczne, bo rozwija wyobraźnię, a jeśli kogoś te historyjki poruszają, to i ćwiczy się jego wrażliwość. Jest w tym sporo racji, nie czasy już żeby wyklinać na to, że szkodliwe powieści mącą w głowach kobietom, które zamiast wieczorami siedzieć przy krośnie i tkać piękne dywany w blasku domowego ogniska, zaczytują się w nieprzyzwoitych miłosnych historiach. Kiepska literatura jest jak paradokumenty – niektórzy to uwielbiają i to nie moja sprawa, nie można jednak mówić, że idzie za tym jakakolwiek wartość dodana – o tą naprawdę trzeba się postarać. Słowo pisane, drukowane, od początków swojego istnienia było cenione wyżej niż inne. Oczywiście, były fałszywe dokumenty, przekłamane kroniki, cała masa innych dowodów przeczących, że temu co napisane można wierzyć bardziej niż plotce. Współcześnie przyzwyczailiśmy się do kłamstw w Internecie, gazetach i nie ufamy każdemu wydrukowanemu zdaniu, jednak gdzieś w naszym podświadomym rozumieniu rzeczy, w którymś wersie naszego kodu kulturowego, tkwi zaufanie do książek, wszelkich wydawnictw zwartych. Jeśli zaś dana pozycja ma poważnie wyglądającą okładkę, a w stopce redakcyjnej znajduje się nazwa wydawnictwa, choćby „Krzak”, mało kto uzbroi się w krytyczną uważność. Na warsztatach z weryfikowania informacji, analizowałem niegdyś fenomen Wielkiej Lechii – skąd popularność tej teorii i dlaczego tak wielu, z pozoru rozsądnych ludzi, dało się złapać na coś, co jest najzwyczajniejszą spiskową teorią dziejów. Mechanizm okazał się być banalnie prosty, przynajmniej na tej podstawowej płaszczyźnie. Pierwsze wydawnictwa przypominały wizualnie podręcznik szkolny, czy akademicki z czasów poprzedniego ustroju i kierowane były do osób już niemłodych, kończących szkoły zanim Okrągły Stół zepsuł całą zabawę. 

To tylko czynnik marketingowy, przemyślany projekt, poważnie wydana książka z mniej poważnymi treściami. Jaki przeciętny czytelnik, któremu jeszcze w smak starożytne lechickie resentymenty, skusi się na powątpiewanie, weryfikację informacji, które przecież autor opatrzył przypisami i rozwlekłymi łacińskimi cytatami. Gdybym ja sam zachciał nagle poszerzyć swoją wiedzę o dziedzinę fizyki kwantowej i użyłbym do tego tak samo poważnie wydanej książki, z nie mniej absurdalnymi treściami, pewnie też nie pokusiłbym się o sprawdzanie zawartych w niej tez i wyjaśnień. Z tego powodu zawsze czytam z głową, rozsądnie wybieram książki, patrzę na wydawnictwa, a jeśli mam wątpliwości – sprawdzam opinie. Nawet do poduszki nie warto czytać gniotów, makulatury, skoro przy odrobinie wysiłku każdy znajdzie dla siebie coś odpowiedniego, co jednocześnie będzie faktycznym wytworem kultury, a nie tylko produktem. 

Nie chcę, żeby te zdania brzmiały nadęto, jakbym komuś wyjaśniał świat, bo jeśli gdzieś pobrzmiewa taki ton, to kieruję go do siebie, bo za dużo czasu zmarnowałem na robieniu rzeczy w sposób bezmyślny. Samo czytanie wiarygodnych książek, wartościowej literatury, albo po prostu dobrej, nawet niezłej, to za mało. Byłem raz w ogromnym muzeum, bilet może nie kosztował majątku, ale poczułem, że zrobiło mi się nieco lżej w kieszeni. Wstęp obejmował wszystkie wystawy stałe i wybrane czasowe. Na ścianach cały kanon europejskiego malarstwa, cały szereg obrazów, które należały do korowodu dzieł uważanych za najważniejsze w historii świata. Spędziłem tam cały dzień i w zasadzie mógłbym tam nie być. Nie pamiętam nic, bo nic tam nie przeżyłem, nie została we mnie po tej wizycie żadna myśl, ani jedno przemyślenie prócz tego, że nigdy wcześniej nie widziałem tylu azjatyckich turystów i każdy jeden, z tych kilku czy kilkunastu tysięcy, miał aparat lub kamerę, a niektórzy oba te sprzęty przyczepione rzepami do rąk. Nawet taki tłum nie byłby przeszkodą, gdybym tylko wiedział, co chcę zobaczyć. Z katalogu tych olbrzymich zbiorów wybrał – jeśli już trzeba wszystko na raz – kilkadziesiąt obrazów i podzielił je na te, którym chcę poświęcić więcej uwagi, dowiedzieć się czegoś o nich i te, które chcę po prostu zobaczyć. Na szczęście od tamtej pory nie trafiłem do tak dużego muzeum, a na dobrze przygotowaną i opisaną wystawę, można iść z ulicy. 

Samo przyswajanie wytworów kultury, bez względu na to czy jest to książka, sztuka – cokolwiek innego, nie jest żadną wartością, nie ma żadnego znaczenia czy ktoś czytał „Pana Tadeusza”, widział Koloseum z bliska, na zdjęciu lub nie widział go wcale, jeżeli nie idzie za tym żadna wewnętrzna refleksja. O nią nie zawsze jest łatwo, bo do tego trzeba coś przeżyć, odnieść wrażenie czyli w gruncie rzeczy coś poczuć, wejść w jakąś historię, która może zaowocować ogólną refleksją, bo kultura i jej wytwory są zakodowanym sposobem czucia. To czyni wartość dodaną, ponieważ pożytkiem jest nowe doświadczenie, podbudowa wrażliwości, a więc i ćwiczenie świadomego przeżywania emocji i innych wewnętrznych stanów – co brzmi jak niezła autoterapia, a to już jest coś społecznie pozytywnego. 

Na samym końcu tego wywodu zrodzonego przecież z wewnętrznej refleksji, która powstała przy przeglądaniu starych kartonów, mogę też zaprzeczyć samemu sobie: warto czytać, ogólnie i statystycznie – choćby i bądź co, bo zawsze wtedy zwiększa się prawdopodobieństwo, że trafi się na coś dobrego, co wywoła wewnętrzną refleksję, będzie częścią jakiejś kultury, a więc zakodowanego sposobu czucia ludzi w niej żyjących. W tym względzie może i warto być nawet człowiekiem kulturalnym, nawet punktowo, fragmentarycznie, ale wszechstronnie, bo jeśli całość kultury, w której żyjemy – każda jej odnoga i odłam – są sposobem czucia, odczuwania i przeżywania świata jakiegoś elementu społeczeństwa, to łatwiej byłoby się wtedy ogólnie wzajemnie zrozumieć, nawet politycznie, społecznie, czy zwyczajnie na co dzień. 

W newsletterze z nowościami wydawniczymi, pod kategorią spiski, wyświetliła mi się „Historia antykultury” – pomyślałem wtedy, że znowu zawaliłem termin, a zobowiązałem się cokolwiek napisać na wstęp tego działu, który może trochę na wyrost nazywa się „Kultura”. O tyle na wyrost, że kiedy się nad tym zastanowiłem, to nawet nie potrafiłem sam sobie wyjaśnić, ubrać słowa i zdefiniować czym kultura jest, co stanowi jej istotę. Teraz już wiem – na samym końcu historii, kultura to sposób czucia, duchowego przeżywania świata, zakodowany w ludziach żyjących w jakiejś zorganizowanej formie – dla przykładu w społeczeństwie. Przyszło mi to nie samo, tylko z przypadkowego wykładu, który znudzony zdecydowałem się kliknąć i wbrew nastrojowi – skupić. Kilka samodzielnie krążących wątków, myśli i wrażeń, pod wpływem jednego zdania, zaczęło łączyć się w jedną większą refleksję, która po drodze rozbudowywała się o pasujące przemyślenia, niektóre samodzielnie wirujące od miesięcy, niektóre stanowiące element także innej, większej struktury. Poszedłem w wątek: jeśli wszyscy funkcjonujemy w ramach polskiej kultury – ona przecież od najmłodszych lat szkolnych próbuje odcisnąć na nas sposób przeżywania i rozumienia znaczeń – to dlaczego tak często dochodzi do eskalacji konfliktów, wzajemnego mordobicia. Jeśli tylko obcowanie „w” i „z” kulturą, wpływa i kształtuje człowieka, to mimo wszystkich różnic istnieje ogromna ilość punktów wspólnych tego, co i jak czujemy, a to – przy odrobinie szlachetnie dobrej woli – powinno umożliwić zrozumienie drugiej osoby, choćby się z nią fundamentalnie nie zgadzać. Samo wczucie się w czyjś punkt widzenia powinno automatycznie łagodzić przebieg konfliktu. W skali mikro, na co dzień, być może nie jest to tak łatwe, natomiast na wyższym poziomie – politycznym, społecznym, klasowym – gdzie znaczenia są bardziej ogólne, nie powinno sprawiać to tyle trudności, a już na pewno w pewnych sprawach przeciwdziałać fundamentalnemu wzajemnemu niezrozumieniu. Być może w naszym kodzie jest z góry zapisany konflikt, jakby zawsze były dwie Polski, czy raczej cały ich tuzin. Może jest inaczej: rozumiemy się w każdej skali, więc tym bardziej się nienawidzimy. To by wyjaśniało znieważanie świętości, jak choćby faktyczne i przenośne plucie na groby. W III RP faktycznie nauczyliśmy się „pięknie różnić” i z tego powodu tęskno mi czasami do jakiejś formy autorytaryzmu, państwa totalnego, gdzie nikt nie ma prawa pomyśleć, że ma rację bardziej niż państwo, bo to ono określa co racją jest i cóż to jest prawda? 

Główny nurt kultury nigdy nie wyraża wszystkich, zwykle jest tworzony i certyfikowany przez grupy społecznie uprzywilejowane – wielkomiejska sztuka nie uzewnętrznia czucia zwykłych mieszkańców prowincji, może być co najwyżej tego wyobrażeniem. Wytwory kultury dotykające bieżących wydarzeń, zwykle funkcjonują w ramach niszy, nie są powszechne, a więc są jedynie muzealnym śladem, ponieważ nie są żywe i powszechnie obecne. Nie wypływa z nich żadna nowa ogólna wrażliwość, nie odpowiadają na aktualne problemy i nie uczą ich przeżywania i rozumienia. Mecenasem takiej sztuki powinno być państwo, które jednak w tym względzie z założenia sobie nie radzi, gdyż od niepamiętnych czasów, zwykle w takich działaniach ma ono swój interes, nie zawsze tożsamy z aktualną potrzebą. Kultura wyraża jednak nie tylko bieżące problemy (nawet jeśli tego nie robi), ale stanowi również uchwycenia całości, bo nie funkcjonuje w próżni i składa się na nią szereg czynników, z których większość należy do perspektywy długiego trwania. Jeśli więc mieści się w niej całość wraz z kontekstami, to próżnia stanowi deformację. W sytuacji gdy to, co istotne nie mogło się uzewnętrznić i wyrazić w danym czasie, to ciągłość wymaga nadrobienia braków – dlatego wciąż, po trzydziestu latach, powstaje sztuka dotykająca problemów transformacji ustrojowej. Z tego też powodu mecenat państwa skupia się na nieprzepracowanej przeszłości: Żołnierzach Wyklętych, sowieckiej okupacji i PRL oraz wszelkiej martyrologii. To niezbędne dla zdrowego funkcjonowania społeczeństwa, które nie jest zawieszone przecież w historycznej i tożsamościowej próżni. Mimo tej prawdy, nie dobrze jeśli dochodzi do przeciążeń (jak choćby w kulcie Jana Pawła II, którego skutki są przeciwne od zamierzonych), ponieważ najwybitniejsze dzieła opowiadające o Witoldzie Pileckim, Powstaniu Warszawskim, czy ofiarach stalinizmu, nie odpowiedzą – przynajmniej zrozumiale – na sprawy, które stawia przed nami współczesność. Z drugiej strony, wszystko zależy od tego, czy zrodzi się jakaś wewnętrzna refleksja i w jaką stronę pójdzie. Powyższa, zrodziła się pod wpływem przeglądania starych pudeł, jednego zdania z przypadkowego wykładu i kilku drobniejszych myśli, a spięło je zobowiązanie, które i tak dotrzymałem po terminie. 

Powyższy tekst został opublikowany w piątym numerze pisma W Pół Drogi. PDF z tym numerem jest dostępny TUTAJ, inne numery naszego pisma możesz zobaczyć TUTAJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.