Portal 3droga.pl

Portal Nacjonalistyczny

Sławomir Kowalski: Poprawa – krótkie opowiadanie o recyklingu

Filip wstał ze swojego magnetycznego łóżka, był w mieszkaniu o powierzchni 25 metrów kwadratowych należącym do męża jego matki z trzeciego małżeństwa. Lokal był przeznaczony dla dwóch osób dorosłych i jednego dziecka. Filip jedna, od kiedy prawnie uzyskał dorosłość w wieku 15 lat, przez kolejne 15 lat starał się bezskutecznie znaleźć pracę, co było niezbędne do uzyskania pozwolenia na dziecko. Pozostawała jeszcze kwestia odpowiedniej partnerki, ale aby takową znaleźć trzeba było by wychodzić z tej ciasnej klitki częściej, niż tylko w celu wyniesienia śmieci do zsypu dwa piętra niżej. Takie to było życie wszystkich 100 milionów mieszkańców Europy w XXIII wieku. Filip wolał zaczytywać się w nielegalnych książkach (kto w tych czasach wiedział jeszcze czym jest papier?) traktujących o zakazanej przeszłości, kiedy zielone drzewa widywało się za oknem, a nie tylko na pożółkłym papierze. 

Filip przeczytał kiedyś, że to fikcja musi być prawdopodobna, a nie prawda, nie sądził jednak, że znajdzie się w sytuacji w której o słuszności tego powiedzenia przekona się na własnej skórze. Bo jak to niektórzy nazywają pierwszy kontakt z pozaziemską inteligencją wyobrażał sobie w czasie bezsennych nocy zupełnie inaczej. Nie spodziewał się również, że cywilizacja zdolna do dotarcia w okolice małej żółtej gwiazdy, nazywanej przez tubylców słońcem, przybędzie z innego układu gwiezdnego w celu nawracania rdzennych mieszkańców na swoją wiarę. 

Kolejnym niemałym zaskoczeniem dla całej planety, był wygląd owych mistycznych obcych, a był on iście groteskowy. Przybysze mieli postać wysokich dwunożnych istot o smukłej budowie ciała i czarnej karnacji. W czasach gdy na ziemi pierścionki i kolczyki były dawno zapomnianą (i zakazaną) przeszłością, obcy posiadali twarz pociętą wieloma bliznami, które zadawali sobie sami, a sama twarz była poobwieszana złotymi i srebrnymi wisiorkami. Co więcej im więcej ran na twarzy tym wyższa była pozycja społeczna przedstawiciela obcych. Najbardziej absurdalne wydało się Filipowi okaleczanie nosów (czy może narząd ten maił inną nazwę, a może nawet inną funkcję niż nos ludzki) owych istot poprzez zakolczykowanie ich dużymi metalicznymi tulejami, w których znajdowała się dziwna, gęsta, opalizująca ciecz. Pierwsze co przyszło Filipowi do głowy to skojarzenie z obrazkami, które widział w książce dla szkolnych dzieci z końca XX wieku, przedstawiające dzikie plemiona zamieszkujące niegdyś kontynent afrykański. 

Stosunek Filipa do gości z odległych stron naszej galaktyki (czy na pewno naszej) był bardzo wrogi. Problem polegał na tym, że jedyne co mógł zrobić to rzucać w nich kamieniami. Poczucie frustracji potęgowało w nim porównanie jakie sam sformułował jakoby różnica pomiędzy przybyszami a ludźmi była taka sama jak pomiędzy ludźmi a mrówkami. Osobę patrzącą z boku zażenowało by to, że ten wielki przeciwnik rasy, która nie miała nawet nazwy w języku, którym się posługiwał, podąża teraz do monumentalnej świątyni wybudowanej przez obcych zaledwie w jeden dzień, i to tylko dlatego że po skończonym nabożeństwie dostanie do jedzenia średniej wielkości porcję mięsa. Jedyne czego Filip nie nawiedził bardziej niż obcych, to głodu i smak jedzenia roznoszonego przez nieliczne jeszcze organizacje powołane do przeciwdziałania umieraniu ludzi z braku pożywienia. 

Samo ‘nabożeństwo’ było dość przyjemne i krótkie, jak Filip dowiedział się podczas ‘kazania’, ludzie którzy nie są jeszcze gotowi przyjąć pełni oświecenia, dopuszczani są jedynie do przedsionka świątyni, a ilość bodźców jest im celowo obcinana do 10 procent tego co mogą przetworzyć ich prymitywne mózgi. Sama ceremonia rozpoczęła się od tego, że kandydaci na neofitów przykładali ręce do pulpitów wyglądających jakby były zrobione z jakiegoś ciekłego nieprzepuszczającego światła metalu o szarawej barwie. Do głów obecnych w wypełnionej różnokolorowymi światami hali, podpięte były dziwne elektrody, których przeznaczenie nie interesowało ludzi spragnionych nie tylko pokarmu duchowego, ale przede wszystkim cielesnego. Odczucia wypływające od dłoni, w kierunku mózgu i dalej całego ciała były nad wyraz przyjemne, jednocześnie osoby trzymające dłonie zanurzone pulpicie z ciekłego metalu miały świadomość, że mogą być bardziej intensywne. I faktycznie, będą bardziej intensywne, kiedy pojawią się w świątyni następnym razem. Problem w tym, że kolejnym razem poczują ten sam niedosyt. Pragnienie namiastki przyjemności tak samo jak ochota na porcję mięsa ściągała z każdymi miesiącem coraz więcej ziemian, a pogłoski o tym że nowe świątynie obcych wyrastają w innych mega miastach jak grzyby po deszczu okazywała się prawdą. 

Gdy ‘uczta’ była już prawie skończona, Filip zastanawiał się czy nie ukraść ze stołu wiszącej w powietrzu kolejnej porcji mięsa i wycofać się powoli do wyjścia. Gdy już sięgał po nie ręką zauważył go niski ranga kapłan i skierował w jego stronę groźne oblicze naznaczone tylko jedną blizną. Kapłan odezwał się:  

-Już chyba w waszej dawnej prymitywnej religii uczono was prostej reguły ‘nie kradnij’. 

Filip zaniemówił. Po pierwsze ze wstydu, po drugie dlatego, że obcy kapłan potrafił mówić w sposób dla niego zrozumiały.  

-Wiem, zastanawiasz się jak to możliwe, że rozumiesz moje słowa. To bardzo proste. Szanujemy ludy i gatunki z którymi chcemy podzielić się naszą wiarą i uczymy się ich języka 

-Ja wcale nie chciałem… 

-Mniejsza o to, zapraszam Cię do mojego gabinetu, tam będziemy mogli porozmawiać na spokojnie.  

-Ale… 

*** 

Gabinet kapłana nie był duży, a na ścianie wisiał tylko jeden symbol religijny, którego Filip wcale nie rozumiał i nie chciał zrozumieć. Na biurku kapłana znajdował się mały hologram przedstawiciela rasy obcych. Filip chciał zapytać czy to jego córka czy syn, ale nie chciał się spoufalać z obcym kapłanem. Poza tym wcale nie wiedział czy obcy dzielą się na dwie płcie, a może więcej, a może są hermafrodytami. W trakcie drogi do gabinetu kapłana, która wiodła przez na zmianę ruchome schody i kręte korytarze (Filip do tej pory nie wiedział czy to, że raz schody poruszały się w dół a innym razem w górę było tylko złudzeniem) chciał pokazać, że nie jest zwykłym tubylcem pozbawionym honoru i tradycji przodków. Nie wiedział tylko tego kim byli jego przodkowie, kim był on sam ani nie przypominał sobie sytuacji w której zachowałby się honorowo.  

-Mój drogi uczniu- Tymi słowami odezwał się kapłan. 

-Nie jestem Twoim uczniem.  

-Ach jesteś- Spokojnie, acz rzeczowo odparł kapłan-Stałeś się nim przychodząc tutaj. Nie sprowadziła Cię do nas sama chęć zjedzenia posiłku. 

-Nie, oczywiście że nie. My ziemianie mamy ciekawość zapisaną głęboko w genach to samo jest z umiłowaniem nauki- Na jednym oddechu odparł Filip w trakcie, gdy jego myśli rezonowały pomiędzy gniewem a ciekawością czy obcy zdolni są do ironii.  

-Ach tak, niewątpliwie. Ale zobacz gdzie ta wasza nauka was zaprowadziła. Wyniszczyliście się sami. Gdyby nie nasza zbawienna wizyta u was w następnym półwieczu pewnie byście wymarli. Dzięki nam.. 

-Wy też macie naszą krew na rękach! Wykrzyknął w gniewie Filip, aż ślina pociekła mu po brodzie.  

-Ależ tak, przyznaje, że w ostatnim ataku waszych opętanych samobójczą chucią desperackich bojówek na naszą świątynie zginęło paru obywateli Ziemi. 

-Nie paru, a wszyscy ! Ponad pół tysiąca osób- Filip żałował jak nigdy dotąd że połowę swego nędznego życia (ten przymiotnik wpadł mu do głowy jak głowica jądrowa niszcząca jego rodzinne miasto) spędził na kilku metrach kwadratowych. Gdyby częściej wychodził ze swojego więzienia, bo teraz rozumiał, faktycznie rozumiał, że tej śmierdzącej klitki nie będzie już nigdy nazywał mieszkaniem, może poznał by choć jedną osobę z tych, które brały udział w samobójczym szturmie na świątynie. Gdyby takową personę znał jego wywód byłby bardziej dramatyczny. 

-Dokładnie było tam 649 kobiet i mężczyzn w wieku powyżej 22 lat ziemskich. Były też osobniki młodsze, ale ich ciał nie wykorzystujemy, więc zostały one spalone. Przyjacielu- zaczął ponownie kapłan tak jakby wcześniejsze słowa nie miały żadnego znaczenia- Czy nie mamy obowiązku i prawa do samoobrony? Czy nie wolno nam bronić swojej wiary i jej symboli? Czy nie widzisz tego, że różnica pomiędzy waszą na naszą cywilizację jest taka jak pomiędzy waszą a kopcem mrówek? -To ostatnie porównanie rozwścieczyło Filipa, ale jego ciekawość wzięła górę i zapytał z udawanym spokojem: 

-Jak to wykorzystujecie… -i zaczął jeszcze raz- w jakim celu wykorzystujecie no ten … nasze ciała ?  

-Drogi przyjacielu. Aby wspiąć się na sam szczyt drabiny ewolucyjnej, moja rasa musiała dokonać szeregu heroicznych osiągnięć, które wam ziemianom nie mieszczą się nawet w głowach. Musieliśmy dla przykładu poradzić sobie z kryzysem energetycznym. Było to w czasach kiedy na waszej planecie liczba ludzi nie przekraczała nawet marnego miliona. 

-Nic z tego nie rozumiem! Do czego wykorzystujecie do jasnej cholery ciała ludzi?  

-My? Właściwie to źle się wyraziłem. Nam nie wolno ich wykorzystywać . To wy, inni ziemianie z nich korzystacie. I to jest piękne. To właśnie jeden z naszych najwspanialszych darów naszej cywilizacji dla was. 

-To jakiś absurd! Nigdy bym nie wykorzystał ciała zmarłego człowieka do czegokolwiek, co z szacunkiem? Co z duszą? – zapytał, chociaż sam nie wiedział, co to ostatnie słowo znaczyło.   

-O mój drogi przyjacielu, jeszcze niedawno korzystałeś z dobrodziejstw ciała jednego z poległych w ataku o którym rozmawialiśmy. Mój przyjacielu… 

-Ty pierdolony idioto, gadaj w końcu do czego wam te jebane ciała! -wykrzykując te słowa Filip nie zwracał uwagi na to, że właściwie pluję po ‘twarzy’ obcego kapłana.  

-Przed godziną zjadłeś kawałek substancji białkowej jednego z atakujących. Co więcej zasmakował Ci na tyle że połasiłeś się na kolejną porcje. 

Ostatnią rzeczą jaką Filip zobaczył przed utratą przytomności były jego własne wymiociny na biurku kapłana. 

Powyższy tekst został opublikowany w piątym numerze pisma W Pół Drogi. PDF z tym numerem jest dostępny TUTAJ, inne numery naszego pisma możesz zobaczyć TUTAJ

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.