Portal 3droga.pl

Portal Nacjonalistyczny

Wywiad z Dawidem Hallmannem z Królestwa Bez Kresu

Królestwo Bez Kresu – Herbaciarnia, to inicjatywa kulturalna funkcjonująca na zasadach niepublicznego domu kultury, miejsca spotkań skupionego wokół poezji Zbigniewa Herberta i Tradycji pisanej wielkiej literą. Dziś siedziba KBK mieści się przy ulicy Biskupiej 18 w Krakowie, z okien lokalu widać konsulat Federacji Rosyjskiej i wartownię stróżujących tam policjantów. Nieopodal mieści się gmach Akademii Muzycznej, skąd w leniwe popołudnia wpadają przez okna dźwięki strojonych instrumentów i dopracowywanych partii utworów. Dźwięki skrzypiec splatają się w skocznym rytmie z drganiami kontrabasów, gitar i fortepianów, a ich brzmienie odbija się w okolicznych zaułkach. W niektóre letnie dni, późnym popołudniem, kiedy czerwieniejące promienia słońca spływają z elewacji pobliskich kamienic i rozlewają się poszarzałych płytach parkingu, a z uchylonych okien Akademii wylatują dźwięki harf i fletów, które – choć zupełnie nie wiadomo dlaczego – najczęściej słychać właśnie o tej porze, ma się wrażenie, że z za rogu wychyli się za chwilę senny korowód tańczących faunów i greckich muz, by dolać biesiadnikom wina i wspólnie zatopić wzrok w morskim horyzoncie, wypatrując rozpostartych żagli – tych, którzy wracają z daleka. To tylko oniryczne wrażenia, jedna z percepcji urokliwości Placu Biskupiego, na którym nie dojrzewają wcale winogrona, który może nawet więcej ma w sobie mglistych i zimnych pejzaży północy, niż południa.

Królestwo Bez Kresu nie jest tylko konkretnym, fizycznym miejscem, to raczej idea, która mogłaby się zadomowić w każdym z miast, na każdej z ulic, jednak szczęśliwym zrządzeniem losu znalazła swoje eksterytorialne miejsce w lokalu przy ulicy Biskupiej 18. Od Sierpnia, w oknach KBK powiewają biało-czerwono-białe Białoruskie flagi, na znak solidarności z jednym z narodów dawnej Rzeczypospolitej. Spoglądają zadziornie na konsulat Federacji Rosyjskiej jak przestroga, którą mógł wypowiedzieć Dawid do Goliata, zanim stanęli w szranki. Obok drzwi wejściowych do kamienicy zawieszona jest czerwona urzędowa tablica, informująca, że w tym budynki mieściło się przed laty przytulisko dla powstańców styczniowych. Drzwi otwiera mi Dawid Hallmann, inicjator Królestwa Bez Kresu, muzyk, popularyzator historii, a przede wszystkim człowiek wielkiej pasji.

Dawida poznałem kilka lat temu, przy okazji naszego poprzedniego wywiadu – wtedy siedziba KBK mieściła się jeszcze w Rzeszowie. Bliżej poznaliśmy się dopiero podczas prac remontowych w Krakowie, których szczyt miał miejsce na wiosnę tego roku. Wtedy właśnie wsiąkłem w Królestwo bez reszty, dostrzegając niezwykłą wartość tego miejsca, która w przestrzeni kultury, być może przewyższa wszystkie inicjatywy naszego środowiska do tej pory mające szansę zaistnieć.

Na półkach Królestwa piętrzą się książki, ze ścian patrzą spojrzenia dziesiątek starych fotografii, a nozdrza łaskocze słodki zapach mielonych ziaren kakaowca.

Siadamy z Dawidem w pokoju, do którego wejście ukryte jest w jednej z szaf. W kącie pokoju obok bujanego fotela, stoi gramofon, z którego puszczam Budkę Suflera. Szalony koń jest jednak zbyt porywający, by dało się przy nim prowadzić rozmowę, muszę więc oderwać igłę od winyla.

Opowiedz mi jeszcze raz jak to wszystko się zaczęło – proszę Dawida i rozsiadam się na kanapie.

– Gdybyśmy chcieli dokładnie trzymać się chronologii musielibyśmy cofnąć się aż do roku 2007 i do Towarzystwa Michała Archanioła, które było naszą pierwszą inicjatywą. Napisał do mnie wtedy Kamil, harcerz z Rzeszowa, prosząc mnie o akordy do kilku moich piosenek. Swoje utwory gram w różny, pokombinowany sposób, zaproponowałem więc mu wizytę u siebie w Tarnowie i wspólną sesję. Niedługo później Kamil odwiedził mnie z kilkoma znajomymi i prócz muzyki, spędziliśmy długie godziny na rozmowie, podczas której okazało się, że nasze poglądy na świat mają ze sobą dużo wspólnego. Zastanawialiśmy się czego nam brakuje w naszym środowisku, które widzieliśmy po prostu jako ludzi, dla których ważne są takie wartości jak tradycja czy tożsamość. Wiedzieliśmy, że wokół tych pojęć narosło dużo negatywnych skojarzeń, które sprawiały, że polskość postrzega się przez pryzmat cepelii i duszności. Chcieliśmy zrobić coś co przełamie ten stereotyp, pokaże te wartości przekazywane przez pokolenia w nowy sposób, jednocześnie zachowując esencję tego co najważniejsze.

Faktycznie, niekiedy sposoby kultywowania tego wszystkiego, co składa się na nasze rozumienie polskości, przypomina muzealne wystawy. Niekiedy są one może nowatorskie, ale wciąż pozostają martwe.

– W TMA chcieliśmy rozwijać polską tradycję, która sprawia, że odróżniamy się od innych narodów. Byłem wtedy po rocznym pobycie na Łotwie i czułem w tym działaniu świeżość. Podczas swojego wolontariatu widziałem, że Łotysze mają swoje tradycje, które kultywują, że u nich to po prostu żyje i ludzie śpiewają stare pieśni. To co jest dawne, nie jest zapomniane, nie stanowi obciachu – przeciwnie, jest żywe i ludzie do tego chętnie nawiązują. Towarzystwo Michała Archanioła było naszą pierwszą inicjatywą, która miała gromadzić ludzi pod sztandarem tradycji. Sądzę, że możemy się spierać o szkoły ekonomiczne czy inne sprawy, ale tym co powinno nas łączyć to jest nasza kultura. To właśnie na tym polu przegrywamy walkę, jako ludzie, którzy wbrew głównym nurtom, uważają, że skądś się wywodzimy, że powinniśmy do tego sięgać i to pielęgnować.

TMA działało prężnie od 2008 r. Najbardziej wspominam 2009 r., kiedy to najwięcej się działo i udało nam się zapoczątkować kilka akcji, które potem były kontynuowane. To z TMA wyszedł pomysł by w rocznice urodzin Witolda Pileckiego organizować tzw. Marsze Rotmistrza. Chcieliśmy nadać tym pochodom pozytywny, bardziej radosny wydźwięk. Wcześniej zorganizowaliśmy Marsz Bemowski, podczas którego niesiono sztandary inspirowane twórczością Władysława Hasiora. W 2009 roku odbyła się też pierwsza edycja fabularnej gry miejskiej Tarnów 46. Był to pierwszy w Polsce larp poświęcony Żołnierzom Wyklętym.

Niestety w 2011 r. musiałem wyprowadzić się z Tarnowa, przez co nasza aktywność znacząco spadła. Kiedy zastanawiałem się nad tym, co jest powodem spowolnienia naszej działalności, doszedłem do wniosku, że brakuje nam miejsca, które mogłoby być kuźnią pomysłów, w którym moglibyśmy się spotykać i rozmawiać. Wcześniej to moje mieszkanie było tym swojego rodzaju hubem, do którego przyjeżdżali ludzie i mogliśmy rozmawiać do późnej nocy. To było centrum naszej osi Rzeszów–Tarnów–Kraków, a kiedy przeniosłem się na Śląsk, zostało to zachwiane. Kiedy jest gdzie się spotkać, porozmawiać, wtedy tworzą się pomysły, które zamieniają się w działania. Gdy zabrakło tego pierwszego ogniwa, trudniej było utrzymać dynamikę naszych poczynań. To był ten impuls, z którego narodziła się idea lokalu KBK. Po drodze był tez mój kolejny wyjazd na Łotwę, do Dyneburga. Mieszkałem tam przez cztery miesiące i widząc jak dużo jest tam pustostanów, zastanawiałem się czy nie wynająć jakiegoś lokalu pod Fundację Tradycji Miast i Wsi, która już istniała i bazowała na doświadczeniach zebranych w TMA, zrzeszającego nas jedynie nieformalnie. Zarejestrowanie Fundacji i związana z tym możliwość otrzymywania darowizn, znacząco nas wzmocniła.

To znamienna historia, można by powiedzieć, że nie ma przypadków, a historia kołem się toczy. Pierwsze spotkanie z Kamilem w Tarnowie, w 2007 r., było tuż po moim powrocie z pierwszego wyjazdu na Łotwę, z której wróciłem pod koniec lipca. Po siedmiu latach, w 2014 r., znowu w lipcu wracam z kolejnego, dłuższego pobytu na Łotwie, znowu przeprowadzam się do Tarnowa i od razu w moim nowym mieszkaniu odwiedza mnie Kamil. Kolejny raz możemy siedzieć, rozmawiać i dzielić się swoimi pomysłami. Podjęliśmy wtedy decyzję, że chcemy stworzyć takie miejsce, gdzie będziemy mogli się spotykać. Zaczęliśmy szukać lokali miejskich w Rzeszowie, co okazało się nie być znowu takie łatwe. Zupełnie przypadkiem, w styczniu 2015 r. Kamil zabłąkał się w jedną bramę przy ulicy Piłsudskiego w Rzeszowie, gdzie zobaczył duży dziedziniec z kompleksem budynków. Okazało się, że są tam lokale do wynajęcia od fundacji, która miała to wszystko w posiadaniu. Udało nam się wynegocjować stawkę, która odpowiadała naszym możliwościom i już pod koniec stycznia 2015 r. mieliśmy klucze do Królestwa Bez Kresu w Rzeszowie. Mogliśmy zacząć działać.

Wtedy rozpoczęła się ta czteroletnia historia KBK w Rzeszowie?

– Tak, z tym że był jeszcze remont, który trwał do końca czerwca. Znowu dostrzegam w tym jakiś cykl, ponieważ otwarcie krakowskiego KBK było dokładnie pięć lat później, w tym samym dniu czerwca, w którym otwieraliśmy lokal w Rzeszowie.

Rozumiem, że z założenia KBK miało być miejscem niekomercyjnym. Jaki był wasz pomysł na utrzymanie lokalu, zachęcenie ludzi do odwiedzania tego miejsca, i w ogóle na prowadzenie działalności?

– Zdawało się nam, że mamy prosty i skuteczny pomysł: udostępnić ludziom miejsce inspirowane poezją Zbigniewa Herberta, gdzie będzie dobra herbata – stąd ten neologizm Herberciarnia – i sądziliśmy, że to zadziała, przyciągnie odwiedzających, którzy za gościnę będę mogli się odwdzięczyć wrzucając darowiznę do puszki. Szybko się okazało, że mieliśmy nazbyt optymistyczne wyobrażenia, a dobrowolność wrzucanych do puszki darowizn nie służyła całemu przedsięwzięciu.

Pamiętam, że w trakcie etapu rzeszowskiego napisałeś kilka tekstów, w których promowałeś idee niepublicznego domu kultury. Mógłbyś przypomnieć tę myśl i powiedzieć czy KBK można nazwać właśnie niepublicznym domem kultury?

– Trudno jest odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie. Dla mnie niepubliczny dom kultury, w kontekście używania przeze mnie tego sformułowania, jest miejscem gdzie odbywają się różne wydarzenia artystyczne i kulturalne, które nie jest dotowane przez żadne instytucje państwa. Klasyczne domy kultury, te młodzieżowe czy osiedlowe, mają raczej odgórny schemat działalności. Funkcjonują w określonych ramach, także godzinowych, co sprawia, że otwarte są w porach około południowych, zwykle są nieczynne wieczorami czy w soboty. Nie chciałem żeby tak wyglądało KBK. Miałem doświadczenie z pracy w Pałacu Młodzieży w Tarnowie i wiedziałem, że musimy działać o wiele sprawniej.

I chyba też docierać do innych odbiorców niż klasyczne domy kultury?

– Tak! Zwykłe domy kultury borykają się z mentalnym betonem, z pewnymi ramami, które je ograniczają. Dla mnie znamiennym przykładem jest artykuł z okresu Polski Ludowej, który znalazłem w jakiejś tarnowskiej gazecie. Pisano w nim właśnie o Pałacu Młodzieży, który odwiedził jakiś tam minister, poza tygodniem – w sobotę, i był bardzo zdziwiony, że nie ma tam żadnych dzieci. Zastał tam tylko portiera i jednego chłopaka czyszczącego akordeon. Nikogo więcej. Stwierdził wtedy, że taka sytuacja nigdy nie powinna mieć miejsca, a Pałac Młodzieży właśnie w soboty powinien najprężniej działać, bo to jest dzień, w który dzieci i młodzież ma wolny czas. No, ale Pałac Młodzieży działał jak urząd, w soboty był zamknięty. Myśląc o KBK chcieliśmy uniknąć tych wszystkich problemów i nieporozumień, nie chcieliśmy żeby ograniczało nas cokolwiek, tylko przeciwnie – każdy, jeśli tylko przyjdzie z dobrym pomysłem, będzie mógł go zrealizować.

Wróćmy do patrona tego przedsięwzięcia – dlaczego padło akurat na Zbigniewa Hereberta?

– To był cały proces szukania tożsamości dla tego miejsca, którą uważaliśmy za rzecz kluczową. Warstwa symboliczna jeszcze w TMA była dla nas bardzo ważna. Uważaliśmy, że symbole są niezwykle istotne, tak samo jak ich odpowiedni dobór. Szukaliśmy czegoś, co mogłoby – niczym ten jedyny pierścień z Władcy Pierścieni – połączyć wszystkie elementy układanki, które składają się na KBK, między innymi Kresy, podróże, umiłowanie tradycji, historie Polski i Europy. Wszystko to znaleźliśmy w Herbercie, w bogactwie jego poezji, która potrafi przyciągnąć najróżniejszych ludzi, dlatego to właśnie książę poetów został patronem KBK. To dla nas bardzo ważny element identyfikacji.

Czy mógłbyś przybliżyć nam nieco jak wyglądała codzienna aktywność KBK w Rzeszowie?

– To co robiliśmy zależało w dużej mierze od ludzi, od ich pomysłów. Zawsze kiedy przychodził ktoś i pytał: co wy tu w ogóle robicie? Na czym polega działalność KBK? Odpowiadałem, że działalność KBK polega na tym co wymyślą ludzie. Trudno jest odpowiedzieć zwięźle, co się dzieje w KBK, ponieważ to zależy od osób zaangażowanych w ten projekt. Jeżeli ktoś chce zorganizować potańcówkę w rytm tradycyjnych pieśni, to powinien ją zorganizować. To też wymaga zaangażowania i wysiłku, jeżeli ktoś był na to gotowy, to bez przeszkód mógł w KBK to zrobić. Muzycy mogą organizować koncerty, a malarze wystawy. Wszystko zależy od inicjatywy i osób, od których ona wypływa.

Rozumiem, że zgromadziliście wokół siebie grono pasjonatów, twórców, muzyków, malarzy – ludzi kultury, jeśli można tak powiedzieć, którzy mieli serce pełne inicjatywy i chcieli współtworzyć to miejsce dla siebie samych i dla innych?

– Nie wiem czy to nie jest za dużo powiedziane. Przy tego rodzaju aktywności należy rozróżnić, że coś jest akcją, a coś jest działaniem regularnym, organicznym, takim u podstaw, polegającym na tym, że ktoś się angażuje przez dłuższy okres czasu. Ciężko w tym względzie syntetycznie opisać to co robiliśmy, ponieważ wiele wydarzeń było jednorazowymi akcjami.

Nikt nie lubi tego rodzaju pytań, ale jestem ciekawy czy wiesz jak wiele osób wspiera, interesuje się czy uczestniczy w działalności Królestwa Bez Kresu?

– Wiem, że na ten moment mamy ponad setkę kont rycarowych – to znaczy osób posiadających punkty, które można w KBK wymienić na herbatę lub inne nagrody. Tych, którzy nas odwiedzają, interesują się czy wspierają na różne sposoby, jest znacznie więcej.

Wspomniałeś o Rycarze. Mógłbyś wytłumaczyć co kryje się na tą nazwą i systemem?

– Początki Rycara sięgają początków KBK. W trakcie tworzenia koncepcji Królestwa, doszliśmy do wniosku, że chcemy mieć własną walutę komplementarną, za którą będzie można dostać w KBK różne kresowe produkty. To w ogóle miała być taka kręcąca się ekonomia. Wspomniałem o herbacie, którą można było dostać za darowiznę i wtedy fantazjowałem, że tych darowizn będzie na tyle dużo, że będziemy mogli za te pieniądze zorganizować całą ekspedycję na Ukrainę, na Łotwę, na Litwę, porządkować polskie cmentarze, robić różne akcje i z tych wypraw przywozić najrozmaitsze kresowe smakołyki, które za darowizny będzie można dostać w KBK. Tak miało być i w tym miał pomóc nam Rycar jako waluta komplementarna, wymieniana w stosunku 1:1 do PLN. Co więcej, założenie było też takie, że każdy kto przychodzi do KBK, a sam coś robi, wytwarza, produkuje, to będzie mógł to za Rycary dystrybuować, a otrzymane środki wymienić na produkty wytwarzane przez inne osoby lub rzeczy u nas dostępne. Fryzjer mógłby strzyc kbkowych klientów, którzy płaciliby mu w Rycarach, te zaś mógłby wykorzystać u ślusarza, wulkanizatora, albo kupując od kogoś rękodzieło. Oczywiście mówimy tutaj o pierwotnej koncepcji Rycara, która miała zaistnieć w Rzeszowie. Inspiracją były waluty komplementarne, które działają w wielu miejscach. Zwykle są one okazjonalne, na przykład bite przez samorządy. Takie żetony można później wykorzystać w lokalnych sklepach. Niestety pomysł ten nigdy nie został zrealizowany w pełni, choć pewne kroki zostały podjęte. Jeszcze przed oficjalnym otwarciem zamówiliśmy mennicę, krążki i biliśmy Rycary. Suma darowizn nie starczała nam jednak na opłacenie samego czynszu, co tu więc mówić o dalszym rozwijaniu tej koncepcji, organizowaniu kresowych wypraw i sprowadzania stamtąd produktów. Nie było o tym mowy, wobec czego ten Rycar nie został w KBK w pełni wdrożony. Dopiero pod koniec okresu rzeszowskiego ten pomysł znowu miał się odrodzić i Rycar miał wejść do obrotu. Co istotne, ta dobrowolność darowizn za herbatę, która była w rzeszowskim KBK dogmatem, miała zostać naruszona i chcieliśmy wprowadzić cennik w Rycarach – jak ktoś chciał nas wesprzeć, to miał sugerowany cennik. Pomysł odżył, natomiast pojawił się inny, istotniejszy problem – ewakuacja z Rzeszowa. Wypowiedziano nam umowę najmu i stanęliśmy przed naglącą koniecznością znalezienia innego miejsca.

Dlaczego tak nagle musieliście się wyprowadzić z lokalu w Rzeszowie?

– Kompleks XIX wiecznych koszar, w którym mieściło się rzeszowskie KBK, po transformacji ustrojowej, za przysłowiową złotówkę przejęła w użytkowanie wieczyste Fundacja Nowe Życie, podobno powiązana z byłymi wojskowymi. Warunkiem oczywiście było dokonywanie wszystkich niezbędnych prac remontowych, które były konieczne w poaustriackich koszarach, co do czego oczywiście mam wątpliwości – kompleks niszczał. W 2019 r. zmieniono prawo ułatwiając przekwalifikowanie użytkowania wieczystego na własność. Fundacja Nowe Życie szybko z tego skorzystała i w następstwie sprzedała tę nieruchomość. Wypowiedzenie, które przyszło końcem kwietnia było dla KBK ciosem. Włożyliśmy w rozwój tego konkretnego miejsca sporo wysiłku, poświęciliśmy dużo czasu. Przypomnę, że w 2015 r. musieliśmy wyremontować cały lokal. Sama wizja przeprowadzki była przerażająca. W KBK było bardzo dużo rzeczy, które trzeba było gdzieś przenieść, a to poważne przedsięwzięcie logistyczne. Z drugiej strony patrzyłem na to jako na szansę. Trudno było prowadzić lokal w Rzeszowie, który był ukryty w bramie, za dziedzińcem. Bardzo uciążliwa była też dla nas kwestia ogrzewania – musieliśmy używać starego, kaflowego pieca, który był niewydajny.

Stając przed koniecznością znalezienia nowego lokalu, od razu pomyślałeś o Krakowie?

– Nie, pierwszą myślą było znalezienie lokalu w Rzeszowie, który byłby tańszy, lepiej zlokalizowany i z ogrzewaniem. W takim wypadku myślałem, ze przeprowadzka mogłaby nawet wyjść nam na lepsze. Problem w tym, że mieliśmy bardzo mało czasu – zaledwie miesiąc. Taki termin przewidywała umowa. Wypowiedzenie przyszło w ostatnim dniu kwietnia. Do końca maja musieliśmy zatem opuścić zajmowany lokal. W rzeszowskim magistracie, powiedziano nam, że procedura znalezienia dla nas miejskiego lokalu może trwać nawet kilka miesięcy. W tej sytuacji zaczęliśmy rozważać inne lokalizację, w tym Kraków, zwłaszcza, że znajomy z Krakowa, który lobbował za tym miastem, znalazł aukcję ogłoszoną przez Zarząd Budynków Komunalnych, dotyczącą właśnie tego miejsca, w którym siedzimy – Biskupiej 18.

Historia chyba znowu lubi dawać o sobie znaki i nie ma przypadków, ponieważ to miejsce ma niezwykłą przeszłość. Mówiłeś, że mieściło się tutaj przytulisko dla powstańców styczniowych.

– To znamienne, bo przecież przy wejściu do rzeszowskiego KBK był duży sztandar z trójpolowym herbem z okresu Powstania Styczniowego. Trójpolówkę znajdziemy też na rewersie bitego przez nas Rycara, a więc takich odwołań do tradycji Powstania Styczniowego było sporo. Dużo mówić, przecież w powstańcach styczniowych możemy widzieć herbertowskich obrońców królestwa bez kresu, czyli tych, którzy bronią dawnej Rzeczypospolitej – od morza do morza. Powstanie Styczniowe było tym ostatnim, w którym wspólnie walczyli wszyscy ludzie zamieszkujące dawne tereny Rzeczypospolitej. Więc tak, nic nie dzieje się przypadkowo.

Pamiętam jak odwiedziłem Cię tu pierwszy raz, na początku pandemii i mam przed oczami to, jak wyglądał wtedy lokal. W remont Królestwa po raz kolejny włożono masę wysiłku i zaangażowania – wręcz nieprawdopodobnego, biorąc pod uwagę, że większość prac wykonywana była przez Ciebie i wolontariuszy. Trudno było uporać się z tym deprymującym bez końca remontem?

– Odwiedziłeś mnie jeszcze wcześniej, zdaje się we wrześniu 2019…

Faktycznie! Ale to były jednorazowe odwiedziny – w prace nad KBK zaangażowałem się dopiero wiosną i ten obraz zakodował mi się w pamięci.

– Biskupią remontowaliśmy w zasadzie rok czasu, trwało to więc dłużej niż mogłoby się wydawać. To ile mieliśmy rzeczy do zrobienia, powodowało spory bałagan – zwłaszcza wymiana instalacji elektrycznej, która przeciągnęła te prace. To był naprawdę duży wysiłek –doprowadzić to miejsce do obecnego stanu.

Pewnie na razie pewnie ciężko to powiedzieć – mamy stan pandemii i pomijając wszystkie obostrzenia , sprawia to , że ludzie są mniej aktywni – ale myślisz, że lokalizacja KBK w Krakowie daje większą szansę na rozwój?

– Na pewno. Kraków ma większy potencjał niż Rzeszów – choćby intelektualny, w końcu to duży ośrodek akademicki. Mam nadzieję, że kiedy skończy się pandemia i wrócimy do normalności, a studenci zjawią się w mieście, to nie będzie żadnych przeszkód, żeby prężnie działać. Mimo wszystko, w Krakowie jest więcej ludzi, którzy tkwią w przeróżnych niszach i interesują ich tematy, które nie są popularne. Duże miasto daje tę szansę, że jeśli chce się porozmawiać o Łotwie, to nawet znajdzie się w Krakowie Łotyszy. Tak samo w innych przypadkach – więcej ludzi to więcej możliwości. W Rzeszowie również to było możliwe, ale wymagało większego wysiłku.

W krakowskim Królestwie Bez Kresu przy Biskupiej 18 funkcjonuje system rycarowy, o którym mówiłeś wcześniej. Mógłbyś opisać reguły tym rządzące?

– Zasada jest prosta – Rycarem wynagradzamy ludzi za zaangażowanie – zarówno za darowizny, jak i aktywność. Tak naprawdę brakowało takiego instrumentu w Rzeszowie – zaangażowanie było doceniane, ale w żaden sposób nie przekładało się na to na pozycję danej osoby w Królestwie. Zastanawiałem się jak można by to było zmienić – próbowaliśmy różnych rozwiązań, ale żadne nie zdało egzaminu. W Rzeszowie trudno było też wprowadzać zmiany, ponieważ pewne zasady już funkcjonowały i ludzie się do nich przyzwyczaili. Obecna forma Rycara została tak skonstruowana, żeby można było nim wynagradzać pomoc we wszelkiej postaci, a jednocześnie żeby przekładał się na pozycje osób, które posiadają taki depozyt. Są dwie drogi żeby stać się posiadaczem Rycara: można go dostać za darowiznę, wspierając naszą internetową Zrzutkę lub robiąc przelew na konto Fundacji Tradycji Miast i Wsi; drugim sposobem jest włączenie się w działania Królestwa Bez Kresu, co wynagradzamy właśnie w Rycarach. Jak już wspominałem, Rycary wymienialne są na przeróżne nagrody, między innymi herbatę albo naszą czekoladę, którą robię z samodzielnie przygotowywanych ziaren kakaowca. Za Rycary można skorzystać też z gogli VR i innych ciekawostek, które mamy ukryte w KBK. Waga głosu osoby posiadającej Rycary polega na tym, że jest on tokenem wpływu – posiadanie Rycara umożliwia uczestniczenie w głosowaniach nad ważnymi dla Królestwa sprawami. W takim przypadku ilość posiadanego tokenu przekłada się na siłę głosu. Osoby bardziej zaangażowane mają silniejszy głos od tych mniej zaangażowanych.

Dziękuję Ci Dawidzie za rozmowę. Mam nadzieję, że po przeczytaniu naszej rozmowy w KBK pojawi się kilka nowych twarzy, które wsiąkną w to miejsce nie mniej niż ja. Tymczasem nie pozostaje mi nic innego, niż zachęcić wszystkich do śledzenia KBK w mediach społecznościowych – na Facebooku, Instagramie, no i przede wszystkim Hive’ie. Obecnie lokal działa w rygorze sanitarnym i otwarty jest o poniedziałku do soboty od 16 do 23. Większa część działalności przeniosła się do sieci, gdzie prowadzone są transmisje ze spotkań w KBK.

– Dziękuję i wszystkich serdecznie zapraszam do Królestwa Bez Kresu w Krakowie, przy ulicy Biskupiej 18. Powiedz przyjacielu i wejdź.

Powyższy tekst został opublikowany w czwartym numerze pisma W Pół Drogi. PDF z tym numerem jest dostępny TUTAJ, inne numery naszego pisma możesz zobaczyć TUTAJ

One thought on “Wywiad z Dawidem Hallmannem z Królestwa Bez Kresu

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.